7/28/2010

Miłość i śmierć w Dębowym Gaju

Był niegdyś w Dębowym Gaju (niemieckie Siebeneichen) piękny dwór renesansowy, po którym - jak po wielu w tej okolicy - niewiele już pozostało. Wiąże się z nim mało znana, ciekawa i smutna historia z początku XVII w., dotycząca jego właścicieli i zanotowana przez miejscowego pastora.

Wieś otrzymała w posagu Hedwig, jedyna córka Hansa v.Zedlitz z linii Buchwald (†1608), osiadłego w Dębowym Gaju i Barbary v.Czettritz z d. Neuhaus (†1604). Hedwig urodziła się w 1602 r. i gdy miała 2 lata została osierocona przez matkę, a 4 lata później zmarł również jej ojciec. W chwili zamążpójścia w 1618 miała 16 lat. Jej mężem został 26-letni Heinrich v.Reichenbach (*1591-†1660), osiadły w Ciechanowicach, koło Jeleniej Góry, dla którego był to już drugi związek. Ślub odbył się w jego dworze.

Prawdopodobnie jeszcze przed ślubem (lub krótko po nim) dwór został odnowiony i wówczas powstał bogaty manierystyczny portal z dwoma herbami w zwieńczeniu: v. Zedlitz i v. Reichenbach. Na belkowaniu znajdowała się inskrypcja: PAX INTRANTIBUS SALUS EXUNTIBUS (Pokój wchodzącym, pozdrowienie wychodzącym). Portal ten, jeden z najpiękniejszych i najcenniejszych śląskich portali manierystycznych, mocno uszkodzony i pozbawiony zwieńczenia z partą syren, znajduje się dzisiaj w lapidarium w Twierdzy Kłodzkiej.

Hedwig zmarła w połogu dwa lata po ślubie (19 marca 1621) „w wieku 18 lat , 30 tygodni i 4 dni, pomiędzy 3 a 4 godziną po południu, po 2 latach i 37 tygodniach małżeństwa, wydając ba świat swą pierwszą i ostatnią córkę, spędziwszy w łożu 4 tygodnie i 6 dni”. Bardzo cierpiała i gasła z dnia na dzień, usiłując zachować cały czas pogodę ducha. Na krótko przed śmiercią poczuła się lepiej i chcąc ucieszyć męża, pozwoliła się ubrać i usiadła przy stole. Próbowała nawet zjeść jajko na śniadanie. Nagle upadła wraz z krzesłem i przeniesiono ją na stojące obok łóżko mamki, gdzie usiłowano cucić ją wodą lawendową i rozgrzewano gorącymi ręcznikami, a mąż wlewał jej do ust łyżeczką lekarstwo. W końcu, gdy okazało się to bezskuteczne, wezwano pastora, aby udzielił jej ostatniej posługi.

Pochowano ja w majątku męża w Ciechanowicach (dawne Rudelsdorf), gdzie do dziś zachowała się środkowa płyta z epitafium, silnie zniszczona, zwietrzała, pozbawiona inskrypcji i herbów. To rzadki przykład w śląskiej sztuce sepulkralnej, w którym tak plastycznie pokazane zostało uczucie wiążące niegdyś dwoje młodych ludzi. Ukazano na niej młodą parę klęczącą pod krucyfiksem, z niemowlęciem leżącym przy matce, na poduszce. W tym przypadku nie oznacza ono zmarłego noworodka lecz śmierć matki w połogu. Młoda kobieta ubrana jest w bardzo ozdobną suknię, może ślubną. Małżonkowie trzymają swoje prawe dłonie tak, jakby jeszcze raz, w obliczu śmierci, ponawiali swoją przysięgę małżeńską, ona przyciska swoją lewą dłoń do serca w geście miłości i oddania, on wskazuje palcem na wiszącego Chrystusa, jemu powierzając swój ból. Rzeźbiarz, poszukując sposobu na plastyczne oddanie uczucia, odwzorował tu gest znany z gotyckiej płyty domniemanej pary książęcej Agnieszki i Henryka jaworskiego z Lwówka Śląskiego. Nad małżonkami wyobrażono putto z czaszką i klepsydrą - symbolami znikomości życia ludzkiego oraz słońce i księżyc, symbole nieskończoności. Hedwig miała ulubioną książeczkę do nabożeństwa, oprawioną w czarny aksamit, złoto obrzeżoną, ze swoim odręcznie dopisanym mottem , którą mąż (w obecności pastora) włożył jej w prawą dłoń do trumny. Takie motto posiadały wszystkie jej książki:

W.G.W.I.M.Z.D.I.L.V.S.W. („Wie Got wiel, so ist mein Ziel, darauf auff ich leben und sterben wiel“).

Mąż ufundował dla niej (może także z myślą o sobie) ów nagrobek. Sam dożył jednak 69 lat, ponownie się ożenił i miał inne dzieci.

Urodzona z tego związku Susanna Barbara była oczkiem w głowie swego ojca. Pastor napisał o niej: „opuściła tak pięknie wybudowany dom, tutaj w Dębowym Gaju, który ojciec dla niej przygotował i z miłością przyozdobił”, który miała otrzymać w posagu, jak niegdyś jej matka. Dziewczynka zachorowała jednak na dezynterię i zmarła po dwóch tygodniach, „29 września 1629 r., o 11 godzinie przed południem, w wielkich cierpieniach w wieku 8 lat, 29 tygodni i pięciu dni”. Pochowano ją razem z matką. Po śmierci matki dziecko wychowywała jej ciotka. Jej też przypadało czesanie dziewczynki, która miała wyjątkowo piękne jasne, długie i miękkie włosy, zaplatane w dwa grube warkocze. Do niej też mówiła: „kochana ciociu, jak ja nienawidzę tych moich warkoczy” i prosiła ją: ”jeśli stałoby się kiedyś tak, że umarłabym, to uczesz mi je tak swobodnie, z góry na dół i zostaw rozpuszczone i pozwól im swobodnie wisieć”. Tak też została Susanna przedstawiona na płycie nagrobnej, znajdującej się do dziś w Ciechanowicach. Wprawdzie dziewczęta przed zamążpójściem przedstawiano właśnie z rozpuszczonym włosami, jednak w tej płycie rzeźbiarz wyjątkowo starannie wyrzeźbił włosy spadające w luźnych, grubych puklach, zakrywające ramiona i częściowo ręce.

Dwór w Dębowym Gaju powoli zapada się w ziemię, ginie pamięć o jego dawnych mieszkańcach, a płyty nagrobne stają się coraz bardziej zatarte i nieczytelne. Warto jednak stanąć przed nimi na chwilę i wspomnieć historię zamkniętą w kamieniach.

Żródło: Jacob Nerger (1621), H.v.Reichenbnach (1906)


Małgorzata Stankiewicz
historyk sztuki, autorka książki "Gościszów - dzieje zamku"

7/26/2010

Nagrobki z Soboty, k. Lwówka Śląskiego (niemieckie Zobten)

W miesięczniku „Sudety” (nr 3/2007) ukazał się ciekawy artykuł na temat nagrobków, skradzionych z Soboty. Zawiera pewien błąd historyczny, wynikający z niedostatecznego rozeznania, bardzo zresztą skąpych, źródeł. Zdążyłam je jeszcze zobaczyć w sierpniu 1997r. i widok był imponujący, mimo iż płyty były zasłonięte zwałami gruzu ze zrujnowanego kościoła (zawalił się w 1945r.). Nie wiem dokładnie ile ich wtedy jeszcze było - pierwotnie znajdowało się w Sobocie około 20 płyt nagrobnych, w większości całopostaciowych, wyobrażających figury zmarłych, szlacheckich właścicieli posiadłości, umieszczonych na ścianach i w posadzce. Były bardzo dobrej klasy artystycznej, ze śladami oryginalnej polichromii i złoceń. Zostały one kilka lat temu „skradzione”, ale trzeba wyraźnie podkreślić, że padły ofiarą nasilonego na Dolnym Śląsku w ostatnich 15 latach masowego wycinania i wykradania z zabytkowych obiektów elementów kamieniarki, zarówno z opuszczonych budowli świeckich jak i kościelnych. Do nich należą też płyty nagrobne i jest zupełnie niezrozumiałe - płyty te ważą nawet 300-500 kg - jak to się dzieje, że „nikt nic nie widzi”. Przecież ich wycięcie wymaga specjalistycznego sprzętu, dźwigu, dużego samochodu, a w wypadku Soboty taka złodziejska ekipa musiała obrócić kilka razy i kradła „na raty”. Widać, zresztą na zdjęciach, znajdujących się we wspomnianym czasopiśmie, że część płyt w czasie wycinania, została zniszczona i porzucona. Ruiny kościółka leżą w otoczeniu zabudowań, a nie na skraju wsi, więc jest absolutnie niemożliwe, żeby stało się to w sposób niezauważalny.

W Sobocie grzebani byli nie tylko właściciele tutejszego majątku, ale także ci, którzy mieszkali w sąsiednim dworze Dębowym Gaju (Siebeneichen), gdzie nie było kościoła. Dlatego pochowano tu Franza v.Zedlitza (*1504-†1584) i jego żonę Hedwig v.Warnsdorff (*1518-†1595), z którą przeżył w szczęśliwym związku 46 lat. W testamencie Franz zapisał świątyni w Sobocie 50 talarów, zaś biednym mieszkańcom wsi 20 marek i 2 płótna (sukna?), a także nakazał wydawać im, przez okres 6 lat, po 1,5 korca zboża, zawsze w rocznicę swej śmierci. Tutaj został też pochowany ich syn Hans (*1551-†1608) wraz z trzema żonami (czwarta go przeżyła, i ponownie wyszła za mąż). Jego druga (nie trzecia, jak się czasem podaje) żona Helena v. Mülheim (*1570-†1594), poślubiona w wieku 16 lat, przeżyła z nim 8 lat. Była bardzo hojna dla kościoła w Sobocie: podarowała mu swą „suknię z aksamitu, zdobioną przepysznie srebrem i złotem, którą nosiła w dzień swego ślubu”, oraz „piękną chustę zdobioną złotem, srebrem i jedwabiem” z przeznaczeniem na „tkaninę ołtarzową”-zyskała prze to „wieczny spokój i dobre wspomnienie u wiernych”. Sam Hans także był dobroczyńcą kościoła, który kazał „odnowić, powiększyć i pięknie przyozdobić”.

Kilka słów należy się jednemu z ciekawszych nagrobków śląskich, który już w końcu XIXw. nie posiadał obudowy z inskrypcją i stąd H.Lutsch wymieniał go jako anonimowy. Nawet w znanych zbiorach grafa J.A.v. Hoverdena, mimo iż opisano tam 6 innych płyt, tę pominięto. Nagrobek był okazały, ujęty w ozdobną obudowę architektoniczną, polichromowany i złocony. Upamiętniał rodziców i ich zmarłe 12 dzieci. Dużo ciepła było widać w przedstawieniu dzieci, stojących rzędem: synowie przy ojcu, a córki przy matce i trzymających się za ręce, ustawionych tak jak się rodziły i umierały, pewnie co rok-dwa. Nie ma już w Sobocie tego nagrobka, nie ma go też w tzw. fachowej literaturze, więc najwyższy czas, aby utrwalić imiona osób, którym był poświęcony.

Wyobrażono na nim Johanna Friedricha v.Braun (*1632-†1688), (a nie Christopha Friedricha, jak napisał autor wspomnianego artykułu), starszego ziemskiego księstwa świdnicko-jaworskiego, królewskiego sędziego księstwa legnickiego i właściciela majątków: Sobota (Zobten), Solniki (Zölling), k.Kożuchowa, Langenneudorf (?), Pieszkowa (Petersdorf), k. Lwówka Śląskiego i innych wsi. Był synem Siegismunda v.Braun (sędziego księstwa) i Anny Margarethy v.Romnitz z.d.Ausche (w okolicy Legnicy), której herb widnieje na jego nagrobku (srebrna gwiazda, uformowana ze strzał, na czerwonym tle). Herbem v.Braunów były trzy czerwone zęby, złączone wierzchołkami, na białym tle, a w klejnocie trzy ryby i dwa strusie pióra. Jego, wyobrażoną obok, żoną była Susanna Helena, córka Siegmunda v.Mauschwitz z.d.Harpersdorf (Twardocice, k.Złotoryi), zmarła w 1706r. Jej herbem był zielony liść na białym tle, w klejnocie ten sam liść między dwoma ptasimi skrzydłami, herbem zaś jej matki Hedwig v.Reder z.d.Kauffung (†1691) koło od wozu-oba herby znajdowały się na jej płycie.

Nie zachowały się żadne wzmianki o śmierci ich dwanaściorga dzieci, wiadomo tylko, że wcześnie stracili dwóch synów. (Joachima Siegmunda i Hansa Leopolda). Wiadomo też, że mieli trzech synów urodzonych w latach 1665, 1675 i 1677 i na okoliczność urodzin ostatniego z nich dyrektor szkoły w Sobocie Teofil Kahl, napisał panegiryk. Nosili oni imiona: Christoph Friedrich (†1735), Ernst Konrad (†1699?), Karl Ferdinand i w 1699 r. otrzymali od cesarza tytuł „wolnego pana” („Freiherr”). Mieli też córkę Sophie Elisabeth (†1743), wydaną za N.N.v.Dobschütz/Langenoels, oraz drugą Marię Helenę (*1673-†1700), wydaną w 1689r. prawdopodobnie za Sebastiana v.Rausnitz, która zmarła w wieku 27 lat i osierociła 5 dzieci.

Można dziś tylko stwierdzić, że małżeństwo pary z nagrobka trwało ponad 35 lat i wydało na świat co najmniej 17 dzieci. Najstarszy syn Christoph Friedrich (*1665-†1735r.), żonaty z Anną Marią v.Schaffgotsch z.d.Plagwitz (Płakowice, k.Lwówka Śl.) odziedziczył Sobotę, ale mimo, że posiadał 8 dzieci, nie doczekał się męskiego potomka. Wieś została więc sprzedana, chociaż jego brat posiadał dwóch dziedziców. Okazały pomnik nagrobny ufundowała prawdopodobnie wdowa wraz z dorosłymi już synami, około 1700r.

Źródła m.in.:
G.Hartranfft, (1595), Th.Kahl, (1677), J.Sinapius, t.1 (1720), J.H.Zedler, t.4 (1733), B.G.Sutorius (1784), Klose, t.1 (2.poł.XVIIIw.), H.Lutsch, t.3, (1891), A.Schellenberg (1938)


Małgorzata Stankiewicz
historyk sztuki, autorka książki "Gościszów - dzieje zamku"

Nowy dział na stronie

Zapraszamy do zapoznania się z artykułami na temat historii Dolnego Śląska i nie tylko.

Dział HISTORIA na www.zabytkidolnegoslaska.com.pl

7/24/2010

„Cęgowa Panienka” ze Świecia

Niedaleko Leśnej (Marklissa), koło Lubania (Lauban) znajduje się malownicza wieś Świecie (Schwerta). Stoją tam ruiny średniowiecznego zamku, wzniesionego z kamienia na skalistym wzgórzu, które wtapia się częściowo w mury budowli tworząc jednolitą całość. Niedawno kupiony przez kilku młodych ludzi-archeologów z wykształcenia-odzyskuje powoli swój dawny wygląd. Pełni autentycznego zapału i fascynacji z wielkim samozaparciem odkopują oni od wielu wieków nawarstwioną ziemię i zarośnięte dziką roślinnością mury. Dzięki tym pracom i tonom wywiezionej ziemi budowla nabiera znowu swych dawnych proporcji.

Niedaleko zamku stoi mały kościółek p.w. Serca Jezusowego, wzniesiony w 1645 r. na miejscu starszego, z połowy XIV w. Był zniszczony poważnie w czasie wojny 30-letniej, gdy urządzono w nim stajnię, potem jednak został odbudowany. Szczęśliwie zachowało się na jego zewnętrznych ścianach kilka płyt nagrobnych z XVI i XVII w. Wśród nich także nagrobek upamiętniający młodą dziewczynę, nazywaną niegdyś w miejscowej tradycji „Cęgową Panienką” („Zangenjungfrau”) od nazwy zamku „Zangenburg”, stojącego niegdyś przy drodze z Leśnej do Świecia. W początku XIX w. mawiano: „starzy pomarli, a młodzi zamku już nie widzieli”, ale był jeden, który powiadał: „mój dziadek w swojej młodości widział na górze Zangenberg wielki zamek”.

Niestety nie wiadomo kim mogła być owa panna, bowiem zniszczone są dolne krawędzie płyty, gdzie zwykle umieszczano napisy umożliwiające rozpoznanie przedstawionej osoby. Pochodziła w rodu v.Spiller z Maciejowca (Matzdorf), koło Wlenia, a jej matka z rodu v.Nimptsch. Obie jej babki zaś ze znamienitych rodów z okolicy Lwówka Śląskiego: v.Zedlitz i v.Warnsdorff.(z Gościszowa pod Nowogrodźcem). Układ herbów był następujący:

v.Spiller v.Nimbtsch

v.Zedlitz v.Warnsdorff

v.Hochberg v.Thader

v.Uchtritz v.Dobschütz

Nie była jeszcze zamężna o czym świadczą rozpuszczone włosy i wianek na głowie. Zachowana końcówka imienia może wskazywać na „Helene” lub „Magdalene” (?) Sama płyta nie jest dziełem najwyższej klasy artystycznej co widać w schematycznym opracowaniu dłoni, ale jej styl odpowiada przełomowi XVI/XVII w.. Nie wiadomo czemu tak ją nazywano i przypisywano wiele legend pochodzących jeszcze z czasu, gdy wiosną 1431 r. husyci zajęli sąsiednią Leśną i Giebułtów, spalili je i ograbili po czym ruszyli na Świecie.


Uczeni nie są zgodni co do tego czy zdobyli oni zamek, zniszczyli za to i splądrowali kościół, a także całkowicie porozbijali znajdujące się tam nagrobki rycerskie rodziny Üchtritzów. Z „Cęgową Panienką” wiążą się różne legendy i może niosą w sobie echo jakichś rzeczywistych wydarzeń. Według jednej wykorzystywała ona sekretne przejście łączące zamek z łaźnią w Leśnej, wymykając się na spotkania z kochankiem. Przez to przejście poprowadziła do zamku wrogów, którzy zabili jej ojca. Ten zaś przeklął córkę i zamek, który się potem zapadł. Według następnej piękna panna z zamku pokochała przywódcę husytów i pokazała mu tajemne przejście. W efekcie tego weszli oni do warowni, jej brat przeklął ją i zginął z rąk wrogów, podobnie jak i siostra. W XIX w. opowiadano sobie, że jej duch ubrany w czarną, stylową suknię krąży po okolicy i szuka zbawcy, który odkupiłby jej winy obiecując w zamian bogactwo.

Anonimowa dziewczyna z nagrobka musiała mocno pobudzać wyobraźnię okolicznych mieszkańców skoro kilkaset lat po jej śmierci „dorobili” jej owe legendy.


Małgorzata Stankiewicz
historyk sztuki, autorka książki "Gościszów - dzieje zamku"

7/22/2010

Czy to cIągłość tradycji czasów PRL ?

Utarło się myślenie, że największe zniszczenie w zabytkach na Dolnym Śląsku i nie tylko przyniósł okres Polski Ludowej. Na pewno jest to prawda, bo przecież po 1945 roku przestał istnieć bezpowrotnie pewien budowany od wieków świat. Jakby na to nie spojrzeć to było to nieuniknione ze względu na całkowite wysiedlenie poprzednich mieszkańców tych ziem, jak i ustrój który zniósł przywileje arystokratów i wszelką własność prywatną. Wraz z tym pałace i zamki straciły rację bytu i zaplecze finansowe, a ogromna ich ilość wykluczała stworzenie w każdym muzeum. Nie było to wtedy wskazane ze względu na ich historię, jak i na to, że ich wyposażenie oraz materiały budowlane potrzebne były w zniszczonej części kraju. To każdy chyba zna i mimo tego, że dzisiaj ciężko się z tym pogodzić to takie było myślenie ówczesnych władz i mieszkańców.
Z dzisiejszego punktu widzenia trzeba patrzeć nieco inaczej, bo to co wydarzyło się po 1989 roku jest dużo większym problemem. W wolnym kraju wszystko miało wrócić do normalności, zabytki miały znaleźć prywatnych właścicieli, którzy mieli je odbudować lub przynajmniej utrzymać w takim stanie aby przetrwały. Ciężko zrozumieć, dlaczego stał się inaczej. Czy to był błąd ze strony władz, które sprzedawały zabytkowe pałace za złotówkę komu popadło, czy może pozostałość myślenia z poprzedniego systemu ? Powrót do normalności, czyli przywrócenie prywatnej własności tych obiektów okazał się kompletną klapą w większości przypadków. Po 1989 roku zniszczono to, co jeszcze w czasach PRL było w miarę w dobrym stanie, a kradzieże zabytkowych elementów wyposażenia i detali przybrały zastraszające rozmiary. Dzisiaj wiele zamków i pałaców, które jeszcze niedawno można było podziwiać w całej okazałości to tylko kupa gruzu, a nawet ten gruz jest przetrząsany w poszukiwaniu kamieniarki, którą da się jeszcze sprzedać. Nikt już nie panuje nad tym co zginęło, a co zostało bezmyślnie zniszczone. Niech na wyobraźnie podziała fakt, że jeszcze przed 1989 rokiem zamek Niesytno w Płoninie był zaniedbanym, ale przykrytym dachem, zamkniętym obiektem. W Piławie Dolnej był PGR, ale pałac jakoś się trzymał i był zamieszkały, w Bożkowie funkcjonowała szkoła rolnicza, a pałac w Grodźcu był przygotowywany do remontu. Pałac w Wilkanowie miał wspaniałą klatkę schodową, a w ruinach zamku w Gościszowie można było podziwiać wspaniałe detale architektoniczne. Czy PRL był lepszy ? Na pewno nie, bo suma strat i zysków przemawia jednak na jego niekorzyść. Wiele obiektów zostało odbudowanych po zniszczeniach z tego okresu, ale drugie tyle już nie istnieje. Niestety, okazało się że przegraliśmy ze złodziejami i bezczynnością władz po 1989 roku. Nie wiadomo co gorsze dla tych zabytków, czy gospodarka oparta na PGR-ach, czy pogoń za zyskiem za wszelką cenę, nawet zniszczenia dorobku pokoleń. Wypada postawić znak równości i czekać aż państwo po tylu latach, w końcu stworzy odpowiednie prawo i zacznie je egzekwować.

Dwór w Kozińcu dzisiaj

7/21/2010

Lepsze czasy dla pałacu w Bożkowie ?

Jak informują media, pałac w Bożkowie ma nowego właściciela - spółkę DOM z Sobótki, która kupiła pałac za 1,2 mln. złotych od Fenelon Group International. W pierwszej chwili wypada się cieszyć, bo czy może być gorzej ? Irlandzka firma obiecywała cuda, a doprowadziła obiekt do kompletnej ruiny. Co ciekawe, prokuratura uznała że są oni niewinni, ponieważ nie doszukała się umyślnego działania na szkodę pałacu. Wypada pogratulować prokuraturze wiedzy i dobrego samopoczucia, bo widocznie winny jest deszcz lejący się z dziurawych dachów i to on powinien być skazany. Czy nieumyślne zniszczenie dóbr kultury nie podlega karze ? Jakby ktokolwiek z nas "niechcący" podpalił las poprzez rzucenie papierosa to prokurator by był tak łagodny ? Czy ludzie kradnący jedzenie w supermarkecie są tak samo traktowani jak ci co niszczą przez swoją bezczynność jeden z cenniejszych pałaców w kraju ? Przecież przez czyjeś niedbalstwo przepadły miliony złotych, które teraz będzie musiał w ten obiekt zainwestować nowy właściciel. Te miliony nie mają widocznie znaczenia w tak bogatym, nie tylko w zabytki, kraju. Wystawiony na aukcji pałac został sprzedany za 1,2 mln. złotych, a jeszcze kilka lat temu jego cena wynosiła 22 miliony.
Teraz trzeba zaczekać co zrobi nowy właściciel, bo na otwieranie szampana jest chyba jeszcze za wcześnie. Wypada wierzyć, że ktoś nie wydał tych dosyć dużych pieniędzy, żeby robić to samo co poprzednik. Poza tym pałac jest już tak "znany" w całym kraju, że głupotą by było robić sobie antyreklamę takimi działaniami, jeżeli oczy wszystkich będą zwrócone w jego stronę. Czas pokaże czy firma o swojsko brzmiącej nazwie DOM okaże się zbawcą tego wspaniałego zabytku, ale już dzisiaj trzeba się cieszyć że poprzedni właściciel odszedł w niepamięć. Miejmy nadzieję że nie organów ścigania.

zniszczona sala balowa pałacu w Bożkowie

7/19/2010

Gawęda o Dolnym Śląsku

Początków Dolnego Śląska jako wyodrębnionego subregionu doszukiwać można się w wydarzeniach z roku 1173. W wyniku rozgrywek o władzę pomiędzy Piastami (potomkami Władysława Wygnańca), z prowincji śląskiej wydzielone zostały wówczas dwie nowe dzielnice: raciborska i opolska. Tym samym Śląsk (właściwy) okrojony został do obszaru, który dziś nazwalibyśmy dolnośląskim.

Kiedy w latach 1201-1241 Henryk Brodaty i Henryk Pobożny zjednoczyli Śląsk, podbili Wielkopolskę i Ziemię Krakowską oraz zbliżyli się znacznie do sięgnięcia po polską koronę, wydawać się mogło, że podział Śląska okaże się tymczasowy. Stało się inaczej. Pod ciosami najazdu mongolskiego z 1241 roku, upadła monarchia Henryków, a spustoszony region podzielił się na szereg mniejszych księstw. W pierwszych dekadach XIV wieku było ich już 18.

Dolny Śląsk jako odrębna jednostka administracyjna, ostatecznie ukształtował się pod koniec XV wieku, pod rządami węgierskiego króla Macieja Korwina (1443-1490). Monarcha ten, by osłabić siłę opozycyjnych względem siebie książąt, dokonał formalnego podziału nadodrzańskiego kraju na 2 starostwa: dolnośląskie i górnośląskie. Obydwa nowe regiony otrzymały także odrębne sejmy stanowe. Odtąd pojęcia Dolny Śląsk i Górny Śląsk na stałe zagościły w słowniku politycznym Europy.

W momencie swych oficjalnych narodzin w XV wieku, Dolny Śląsk był już regionem silnie zurbanizowanym i gospodarczo rozwiniętym. Odległość pomiędzy miastami nie przekraczała 18 km (1 dzień wędrówki, nawet w krótkie, zimowe dni). Silnie rozwiniętymi gałęziami gospodarki było - jak podaje prof. Jan Harasimowicz - m.in. tkactwo (Pogórze Sudeckie) i papiernictwo (Legnica, Wrocław, Świdnica, Nysa). Rozwijało się także piwowarstwo (Świdnica, Wrocław, Lwówek Śląski). W 1475 roku we Wrocławiu powstała pierwsza na Śląsku oficyna drukarska, założona przez Kacpra Elyana. Miasto od 100 lat posiadało już linie wodociągowe, należące do najdłuższych w Europie. W Sudetach wydobywano złoto (Złotoryja, Złoty Stok) i srebro (Srebrna Góra). Stopniowo rozwijało się także górnictwo węglowe (Wałbrzych) i huty szkła (Szklary, Szklarki).

Na lewym, południowo-zachodnim brzegu Odry mówiło się po niemiecku. Na prawym, północno-wschodnim po polsku. Wspomina o tym dzieło Descriptio totius Silesiae et civitatis regis Vratislaviensis, autorstwa Bartłomieja Steina z Brzegu, z 1513 roku. Powinniśmy być jednakże świadomi, że języki te nie miały wiele wspólnego ze współczesną mową, ukształtowaną przez literaturę i państwa narodowe. Bliższe prawdy byłoby zatem mówienie o powstawaniu dialektu Schlessich (będącego odmianą mowy niemieckiej z licznymi zapożyczeniami słowiańskimi) i średniowiecznych dialektach słowiańskich (polskich, czeskich, dolno- i górnośląskich). Nad Odrą można było usłyszeć także m.in. język jidysz, węgierski, ruski (kupcy z Rusi podróżujący traktem Via Regia wiodącym z Kijowa przez Kraków, Wrocław, aż na zachód Europy), waloński (francuski), wreszcie - inne dialekty niemieckie.

Zasięg mowy słowiańskiej (polskiej, czeskiej, dialektów śląskich) malał wraz z upływem wieków i pokoleń, cofając się na północny-wschód. Po 450 latach, w 4 dekadzie XX wieku mową słowiańską posługiwało się już nie więcej niż kilka procent mieszkańców Dolnego Śląska (głównie we wschodnich rejonach Brzegu i Namysłowa).

Działo się tak za sprawą kolonizacji, osadnictwa oraz przesuwania się granic w Europie na wschód. Na obszarze słabo zaludnionego Pogórza Sudeckiego powstawały „od zera” liczne niemieckie wsie i miasteczka. Osadników sprowadzali śląscy książęta, dla których większa liczba poddanych oznaczała większe dochody z podatków. W średniowieczu nie znano jeszcze pojęcia narodów i władcom było raczej obojętne, jakiego pochodzenia są przedsiębiorczy osadnicy. Niegdyś uboga i słabo zaludniona, południowa część Śląska, stała się w ciągu 200 lat (XIII-XV wiek) częścią bogatszą i lepiej rozwiniętą. Zbudowana ona została przy tym generalnie na języku i kulturze niemieckiej. Również lokacje miast na prawie magdeburskim i średzkim, stawiały w uprzywilejowanej pozycji nowych osadników. Schlessich stał się językiem urzędów, biznesu, kultury.

Zmieniały się także granice. Pomiędzy XIII a XVII wiekiem granice wszystkich państw środkowo- i wschodnioeuropejskich położonych na północ od Karpat i Alp (Cesarstwa Niemieckiego a później Rzeszy Niemieckiej, Rzeczypospolitej, Wielkiego Księstwa Litewskiego, Państwa Moskiewskiego) przesunęły się – w wyniku podbojów bądź pokojowych aneksji - o kilkaset kilometrów na wschód. Fale osadników przez 400 lat wędrowały na wschód, niosąc ze sobą język, kulturę, religię, przekonania polityczne, styl życia. Dopiero w tym kontekście zrozumieć można osadnictwo niemieckie na Śląsku. Region ten na kilkaset lat stał się częścią Rzeszy Niemieckiej.

W XVI wieku Dolny Śląsk i jego stolica leżały w centrum nowoczesnego świata. Zdaniem Gregora Thuma - Wiek szesnasty był dla Wrocławia tym, czym fin de siecle dla Wiednia i Złote Lata Dwudzieste dla Berlina. To właśnie wtedy nadodrzański gród cieszył się sławą jednego z największych i najznamienitszych miast europejskich. W słynnym na całą północną Europę ogrodzie botanicznym Laurentiusa Scholtza, dysputy toczyli humaniści, poeci, ludzie Renesansu. Miasto od 1474 r. było członkiem Hanzy - międzynarodowego sojuszu 130 miast kupieckich Europy. Interesy na Dolnym Śląsku prowadzili najwięksi bankierzy i kupcy ówczesnego świata, łącznie ze sławną rodziną Fuggerów. Budowano bogate, reprezentacyjne kamienice, brukowano place. Podejmowano śmiałe projekty inżynieryjne i hydrologiczne, takie jak zmiana biegu koryta Odry. Postępowe, mieszczańskie społeczeństwo chłonęło także jak gąbka wodę, idee reformacji.

U schyłku średniowiecza i progu epoki nowożytnej, Europa Środkowa celebrowała swój Złoty Wiek XVI. Obszar pomiędzy Lipskiem, Pragą, Wrocławiem, Krakowem i Gdańskiem był bogaty, rozwinięty cywilizacyjnie i stosunkowo bezpieczny. Zmiany na rynkach światowych przybierały jednak niekorzystny obrót. Szlaki handlowe do Konstantynopola przestały istnieć po podboju ziem bizantyjskich przez Imperium Osmańskie. Państwo Moskiewskie zlikwidowało dawne republiki kupieckie takie jak Nowogród i Psków, ważnych partnerów handlowych Hanzy. Niderlandy i Anglia, zasilane towarami kolonialnymi z Nowego Świata i dalekiej Azji, stawały się centrum gospodarczym kontynentu. Przez kolejnych 200 lat, cały region centralnej Europy - a wraz z nim Dolny Śląsk, miał nieustannie tracić na znaczeniu.

Jednak nie tylko koniunktura międzynarodowa odwróciła się od tej ziemi. W 1618 roku w Czechach, wybuchła krwawa wojna religijna, do której wkrótce włączyły się kolejne państwa i armie (katolickie z jednej i protestanckie z drugiej strony). Dolny Śląsk znalazł się w oku cyklonu, nazwanego później Wojną Trzydziestoletnią (1618-1648). Skala zniszczeń była niewyobrażalna. Jak wynika z informacji podawanych przez Normana Daviesa, jeszcze 20 lat po ustaniu działań wojennych wiele śląskich miast nadal nie potrafiło podnieść się z upadku. Świdnica liczyła wówczas raptem 350 mieszkańców, a Lwówek Śląski - 200. Najsłynniejsza śląska kobieta-naukowiec, astronom Maria Cunitz (1610-1664) ze Świdnicy, pisała swoje dzieło Urania propitia na emigracji w Polsce, gdzie schroniła się właśnie przed wojną. W konsekwencji podpisanego w 1648 r. pokoju westfalskiego, region poddany został przez zwycięskich Habsburgów austriackich, rekatolizacji. W latach 1653-1654 zamknięto ponad 500 protestanckich kościołów, a pastorów zmuszano do emigracji.

Habsburska kontrreformacja, w walce o dusze wiernych szeroko posługiwała się sztuką. Na Dolnym Śląsku pozostawiła po sobie liczne barokowe kościoły, kaplice, sanktuaria i rzeźby. Wiele z nich możemy podziwiać do dziś. Ok. 1660 r. w Lubiążu zamieszkał Michael Willmann - najsłynniejszy malarz śląskiego baroku. W tym samym okresie tworzył również Johannes Scheffler - katolicki poeta i mistyk, znany szerzej jako Angelus Silesius (od jego imienia pochodzi Wrocławska Nagroda Poetycka Silesius, przyznawana przez władze miasta od 2007 r.). Do najsłynniejszych zabytków tego okresu, należą jednak - wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO - ewangelickie Kościoły Pokoju w Jaworze i w Świdnicy. Zbudowane z gliny, drewna i słomy (takie obwarowania dla świątyń ewangelickich wniósł cesarz Ferdynand III, by budowle nie okazały się zbyt trwałe), do dziś zadziwiają rozwiązaniami architektonicznymi. Zezwolenie na ich budowę było realizacją obietnic udzielonych protestantom przez cesarza w wyniku pokoju westfalskiego. Zobowiązań pokoju generalnie dotrzymano, a represje austriackiej kontrreformacji jakie spadły na Śląsk po roku 1648, były stosunkowo bezkrwawe.

Panowanie Habsburgów (jak i późniejsze rządy pruskich Hohenzollernów oraz epoka zjednoczonych Niemiec) są słabo udokumentowane w polskich opracowaniach historycznych. Epoce panowania austriackiej dynastii zapamiętano m.in. inwestycje w oświatę. W 1702 roku cesarz Leopold I wydał przywilej ustanawiający Kolegium Jezuickie - zaczątek przyszłego Uniwersytetu Wrocławskiego. W 1724 roku kształciło się w nim już ok. 1300 studentów. W tym samym okresie w Legnicy (1708) utworzono Akademię Rycerską, gdzie oprócz jazdy konnej i szermierki, żacy doskonalić mogli znajomość matematyki, prawa, historii, dobrych manier oraz języków obcych. Miała ona rangę dobrej szkoły średniej. W XVIII wieku nie każde małe miasto mogło poszczycić się podobną placówką oświatową.

Pod rządami Habsburgów odrodził się także na Śląsku katolicki kult świętych. W latach 1676-1685 zmodernizowano znacznie np. XIV-wieczne sanktuarium św. Jadwigi w Trzebnicy. Dzień św. Jadwigi - patronki Śląska, w 1680 roku ogłoszony został przez papieża Innocentego XI świętem powszechnym w całym kościele katolickim. Co ciekawe, o podniesienie rangi śląskiej świętej skutecznie zabiegał u głowy Kościoła największy ówczesny sojusznik Habsburgów - Jan III Sobieski. Trzebnickie sanktuarium do dziś jest celem podróży pielgrzymów oraz turystyki religijnej.

Dość często można spotkać się z tezą, że Śląsk rozkwitał pod rządami Jagiellonów i Habsburgów dzięki znacznej autonomii, swobodzie oraz uszanowaniu starych przywilejów (nadanych w przeszłości miastom, księstwom, państwom stanowym). Retoryka taka ma na celu wykazanie, ile złego wyrządziły regionowi Prusy, znosząc stare przywileje po skutecznym podboju Śląska w latach 1740-1742. To oczywiście uproszczenie. Zapomina się, że późnośredniowieczna, archaiczna struktura prawna i społeczna Dolnego Śląska nijak nie przystawała już do wyzwań XVIII wieku: industrializacji i urbanizacji. Gdy Europa Zachodnia wkraczała na nową ścieżkę rozwoju, w otoczonych średniowiecznymi murami dolnośląskich miastach liczących po kilka tysięcy mieszkańców, nadal funkcjonowały średniowieczne cechy rzemieślników i gildie. Aż do końca XVIII wieku nie było na Dolnym Śląsku ani jednej drogi bitej - średniowieczne trakty łączyły ze sobą równie archaiczne miasta. Bez twardej pruskiej ręki, prawdopodobnie nie zmieniłoby się nic. W XVII i XVIII wieku Dolny Śląsk rozwijał się (podobnie jak reszta Środkowej Europy) powoli, tracąc dystans do Europy Zachodniej.

Przez wiele lat nie potrafili zmienić tego także Hohenzollernowie, którzy w 1742 wydarli Śląsk Habsburgom i przyłączyli prowincję do Królestwa Prus. Likwidacja resztek autonomii regionalnej i centralizacja władzy służyła bowiem początkowo głównie budowie potęgi militarnej. Młode ambitne królestwo, proklamowane w 1701 roku, o godne miejsce na mapach świata walczyć musiało zbrojnie. W kręgu ambicji Hohenzollernów leżały nie tylko zdobycze terytorialne (m.in. kosztem Austrii i Rzeczypospolitej), ale i kwestia prymatu w Rzeszy. Wydatki militarne pochłaniały w niektórych latach około 70% budżetu Prus. Dolny Śląsk zawdzięcza im głównie zabytki architektury obronnej: m.in. Twierdzę Kłodzką (Festung Glatz), rozbudowaną i umocnioną z rozmachem w latach 1770-1776, oraz wzniesioną w latach 1765-1777 Twierdzę Srebrnogórską (Festung Silberberg).

Około roku 1800 Wrocław, stolica Dolnego Śląska - liczył 60 tys. mieszkańców. Prawdziwe metropolie były już wówczas znacznie większe. Londyn - 861 tys., Paryż - 547 tys., Neapol - 430 tys., Wiedeń - 270 tys., Berlin - 151 tys. Kraków liczył wówczas 20 tys. mieszkańców, Warszawa 63 tys., a Katowice były jeszcze wsią. Nawet tak znaczne poniekąd miasta środkowoeuropejskie jak Gdańsk i Monachium, nie przekraczały liczby 50 tys. mieszkańców.

Przebudzenie w Królestwie Prus - dające szansę na nawiązanie konkurencji z nowoczesnym światem i dogonienie europejskich potęg, miało nastąpić po roku 1808. Impulsem do zmian stała się przegrana przez Prusy wojna z Francją Napoleona Bonaparte. W wyniku reform z roku 1808 wprowadzona została m.in. nowa ordynacja miejska, obdarzająca wszystkie miasta jednakowym ustrojem samorządowym. Zniesione zostały ograniczenia w obrocie nieruchomościami. Wprowadzono wolną przedsiębiorczość (Gewerbefreiheit), krępowaną przez wieki statutami cechowymi. Rozebrano także większość fortyfikacji, ograniczających urbanistyczny rozwój miast. Stworzone zostały solidne podstawy pod rozwój kapitalizmu. W 1811 roku połączono katolickie Kolegium Jezuickie z frankfurcką ewangelicką Viadriną, powołując do życia nowoczesny, świecki Uniwersytet Wrocławski. Po roku 1815 (Kongres Wiedeński), Dolny Śląsk czekało zaś 130 lat pokoju i intensywnej modernizacji (do 1945).

Siłą Dolnego Śląska u progu epoki przemysłowej okazała się m.in. miejscowa szlachta. Jak pisze prof. Harasimowicz - Wykorzystując przyznane przywileje, pozostawała z reguły w kręgu spraw gospodarczych, chętnie angażując się - w przeciwieństwie do szlachty innych ziem niemieckich - w przemysł, handel i transport. I tak np. ród Hochbergów rozwijał wałbrzyskie górnictwo węglowe, von Reichenbachowie zakładali papiernie, huty żelaza i szkła, cegielnie. (Miasteczko Reichenbach im Eulengebirge nazywane także Rychbach, po 1945 ochrzczono Dzierżoniowem.)

Rosnąca konkurencja międzynarodowa uderzyła tymczasem w tradycyjną dolnośląską produkcję tkacką. Poszukiwano zatem innych dróg rozwoju. Miejsce włókiennictwa stopniowo zajmował intratny handel tkaniami wełnianymi. Na wsi zaczęto uprawiać rzepak, upowszechniła się uprawa kartofli i buraków cukrowych. W 1802 roku w Wołowie wybudowano pierwszą na świecie cukrownię przetwarzającą buraki cukrowe. Zniesiono pańszczyznę. W pierwszej połowie wieku XIX na Dolnym Śląsku produkowano już silniki parowe, maszyny tkackie i lokomotywy. W latach 1842-1847 dokonano gigantycznych inwestycji kolejowych. W połowie wieku pociągiem z Legnicy, Oławy lub Wrocławia dojechać można było do Berlina, Wiednia, Drezna i Krakowa. W latach pięćdziesiątych uruchomiono połączenie z Poznaniem. Kolej żelazna otworzyła nowe rynki zbytu i pomogła przyciągnąć nowych inwestorów. Rozwijano również drogi oraz żeglugę śródlądową. W 1838 roku zainaugurowano żeglugę parową na Odrze, a statki pływały m.in. z Wrocławia do Hamburga.

Kolejny impuls inwestycyjny i rozwojowy nadszedł po roku 1871. Prusy pokonały wówczas Francję i doprowadziły do zjednoczenia Niemiec. Francuskie reparacje wojenne wyniosły 5 miliardów franków w złocie. Pojawienie się takiej fortuny, spowodowało boom budowlany w całych Niemczech. Okres prosperity w pierwszych latach II Rzeszy doczekał się nawet własnej nazwy: Gründerzeit. Choć Gründerzeit to na Śląsku przede wszystkim narodziny nowoczesnego, bogatego i uprzemysłowionego Górnego Śląska, to i Dolny Śląsk w jakiejś mierze skorzystał prawdopodobnie z francuskiego złota. Polskie źródła z reguły milczą na ten temat i trudno dziś rzetelnie odtworzyć rozwój gospodarczy Dolnego Śląska w drugiej połowie XIX wieku. Wiadomo, że powstawały m.in. gmachy publiczne, zakłady produkcyjne, linie tramwajowe (początkowo konne, później także gazowe i elektryczne), czy wreszcie gazownie miejskie, dzięki którym ulice dolnośląskich miast oświetlone zostały po zmroku. Sieć kolejowa docierała do coraz mniejszych miejscowości. W 1880 uruchomiono np. połączenie Wałbrzych-Jedlina Zdrój wraz z imponującym tunelem kolejowym długości ponad 1600 metrów. W 1885 uruchomiono połączenie Lwówek Śląski-Gryfów, w 1890 Strzegom-Bolków, a w 1895 kolej dotarła do Karpacza, czyniąc z niego popularną miejscowość wypoczynkową.

Błyskawiczna modernizacja, radykalne przemiany w strukturze gospodarczej i społecznej, powodowały również napięcia i niepokoje. Protestowali tkacze-chałupnicy tracący pracę w wyniku mechanizacji produkcji (bunt tkaczy w 1844), rewolucyjne wystąpienia europejskiej Wiosny Ludów (1848) dławione były przy użyciu wojska. Dolny Śląsk zrodził wówczas m.in. postać Ferdinanda Lassalle (1825-1864), założyciela pierwszej w historii partii robotniczej i ojca duchowego europejskiej socjaldemokracji. Lassalle bronił wolności, równości i sprawiedliwości społecznej, odrzucał jednak działania rewolucyjne. O współczesnej mu rzeczywistości pisał, iż jest to: „ Wielkie więzienie pełne ludzi, rządzone przez tyranów”. Jego nagrobek do dziś znajduje się na wrocławskim Starym Cmentarzu Żydowskim.

Wśród znanych postaci tamtego okresu, wymienić należy m.in. urodzonego w 1864 r. w Szczawnie Zdroju Gerharta Hauptmanna (literacka nagroda Nobla w 1912), wrocławskiego profesora fizyki teoretycznej Maxa Borna (1882-1970), czy pochodzącego ze Strzelina wybitnego lekarza, bakteriologa i chemika Paula Ehrlicha (Nobel za osiągnięcia w dziedzinie immunologii w 1908).

Działania wojenne z lat 1914-1918 ominęły Dolny Śląsk. Jedynym symptomem wojny były listy poległych na froncie żołnierzy i przeszło 100-tysięczna rzesza jeńców wojennych (głównie francuskich, rosyjskich, angielskich). Tych ostatnich wykorzystywano do ciężkich prac, m.in. budowy wałów przeciwpowodziowych we Wrocławiu. Tych samych, które skutecznie chroniły miasto przed zalaniem aż do lipca 1997 roku.

Dolny Śląsk przełomu wieków był także świadkiem krystalizującej się niemieckiej świadomości narodowej i wzbierającego na sile nacjonalizmu. Zabraniano używania języków słowiańskich (których enklawy nadal istniały w mniejszych miejscowościach), podczas nabożeństw oraz w urzędach. Kilkakrotnie nakazywano rozwiązanie organizacji studenckich zakładanych na Uniwersytecie Wrocławskim przez studiujących w śląskiej stolicy Polaków. Nastroje te pogłębiły się w wyniku przegranej wojny, krociowych kontrybucji wojennych jakie Niemcy zmuszone były płacić aliantom po 1918 roku, wypędzenia 2 milionów Niemców z Wielkopolski (część z nich osiedliła się na Śląsku) oraz wojny propagandowej z Polską, toczonej o Górny Śląsk. W epoce III Rzeszy, na NSDAP głosowało niemal 40% Dolnoślązaków (powyżej średniej krajowej).

W trakcie działań wojennych (1939-1945), Dolny Śląsk przez długi czas pozostawał poza zasięgiem bombardowań alianckiego lotnictwa. Z tego względu, lokowano tu produkcję zbrojeniową, budowano także podziemne kwatery dla dowództwa. W latach 1943-1945 w Górach Sowich realizowano (nie dokończony nigdy) gigantyczny podziemny kompleks o kryptonimie „Riese”. Wiele wskazuje na to, że tunele i podziemne instalacje powstawały także pod górą Ślężą. Do dziś nie jest znane dokładne przeznaczenie tych obiektów. Przy ich budowie, wykorzystywano pracę więźniów obozów koncentracyjnych. W największym dolnośląskim obozie Gross-Rosen w Rogoźnicy, zamordowano około 40 000 osób.

W 1945 roku, gdy do Śląska zbliżały się kolumny radzieckich czołgów, kilkanaście miast ogłoszonych zostało twierdzami. Twierdze miały za zadanie związać walką wrogie wojska i zatrzymać pochód Armii Czerwonej. Z dnia na dzień zarządzono ewakuację ludności. Kolumny uchodźców maszerowały na zachód przy 15-stopniowym mrozie, ostrzeliwane przez radzieckie lotnictwo. Od mrozu, bomb i kul zginęło około 80 000 uciekających cywili. Kilkusetletnia niemiecka cywilizacja na Dolnym Śląsku, obracała się w pył. Miasta-twierdze zostały doszczętnie zniszczone, a ludność która nie ewakuowała się zimą 1945 roku, została przymusowo wysiedlona w latach 1946-1947. Bandyckie napady rabunkowe na pociągi z wysiedleńcami, nie należały do rzadkości (polskie wojsko zaczęło ochraniać je dopiero po 6 miesiącach).

Zaordynowane na konferencji wielkich mocarstw w Teheranie przesunięcie granic Polski na zachód (utrata 1/3 terytorium na rzecz ZSRR i zagarnięcie olbrzymich połaci Niemiec) sprawiło, że dzieje Dolnego Śląska skończyły się. I zaczęły toczyć na nowo...

Polscy osadnicy zaczęli docierać na Dolny Śląsk już w 1945 roku. Gdy przyjeżdżali pierwsi z nich, Wrocław nadal płonął. W mieście zniszczonych było ponad 60% budynków, ulice tonęły w gruzach, nie działały miejskie instalacje: wodna, gazowa, elektryczna. Szalały pożary. Odbudowa miasta trwała ponad dekadę (choć w gruncie rzeczy nie zakończyła się w pełni do dziś). Ze wspomnień osadników przybywających na „odwiecznie polskie, piastowskie Ziemie Odzyskane” (jak tłumaczyła propaganda), wyłaniają się poczucie obcości i tymczasowości. Mieszkańcy Kresów, Polski centralnej, Wielkopolski – nagle znaleźli się wśród ulic o niemieckich nazwach wyzierających z każdej tabliczki i bramy, w mieszkaniach i domach wypełnionych niemieckimi sprzętami. Jedli na czyichś talerzach, spali na czyichś łóżkach, wieszali ubrania do czyjejś szafy. Niektórzy wierzyli, że będą jeszcze mogli spakować się i wrócić do siebie, na wschód. Wielu przez lata żyło na walizkach, nie dbając o swoje domostwa, nie ufając w stabilność nowych granic. Dopiero kolejne pokolenia polskich Dolnoślązaków stawały się – krok po kroku – prawdziwymi gospodarzami tej ziemi.

Odbudowa Dolnego Śląska była utrudniona. Armia Czerwona demontowała i wywoziła do ZSRR wszystko co miało jakąkolwiek wartość: maszyny, zakłady przemysłowe, samochody, meble, a nawet windy z budynków i tory kolejowe. Rosjanie uważali konfiskaty majątku poniemieckiego za należną im rekompensatę wojenną. Na szkodę regionu działała także niekiedy warszawska centrala. Na odbudowę stolicy, wywieziono stąd kilkadziesiąt milionów cegieł, częstokroć rozbierając nieznacznie uszkodzone zabytkowe budynki, które nadawałyby się jeszcze do odbudowy. Nieustannie brakowało także pieniędzy. Wiele starych uszkodzonych kamienic, pozbawionych dachów, wystawionych na deszcz i mróz, nie remontowanych – po kilku latach nadawało się już wyłącznie do rozbiórki. Znaczne obszary Dolnego Śląska, nigdy nie dźwignęły się już w pełni z ówczesnego upadku.

A jednak – na gruzach Niederschlesien, już w pierwszych latach powojennych kiełkowało i rozwijało się życie polskiego Dolnego Śląska. Odgruzowano miasta, uruchomiono instalacje i zakłady pracy. Odbudowano i wyremontowano miejskie starówki. Przywrócono połączenia kolejowe, otwarto szkoły, szpitale, polskie uczelnie i gazety. Dolny Śląsk znów zaczął generować wartości cywilizacyjne. Gospodarczą chlubą regionu stał się w latach 50-tych KGHM. W 1951 rozpoczęto budowę huty miedzi w Legnicy. W 1957 rudę miedzi odkryto w okolicach Lubina i Polkowic. W 1959 roku powołano Kombinat Górniczo-Hutniczy Miedzi, zajmujący się eksploatacją obydwu złóż. Firma ta istnieje do dziś i jest jedną z najbardziej rentownych spółek Skarbu Państwa. Za jej sprawą zmieniła się znacznie geografia gospodarcza Dolnego Śląska. Obecnie to zagłębie miedziowe w północnej części województwa, jest wyspą dostatku.

Obok przemysłu wydobywczego, starano się rozwijać także nowocześniejsze gałęzie gospodarki. W 1952 roku, na terenie zniszczonej niemieckiej fabryki zbrojeniowej w Jelczu, powstały Jelczańskie Zakłady Samochodowe (współcześnie ZS Jelcz SA, upadłość w 2008), znany w całym kraju producent autobusów. W 1959 roku zaś, uruchomiono Wrocławskie Zakłady Elektroniczne „Elwro”, produkujące wpierw kalkulatory, a w późniejszych latach także komputery „Odra”, procesory i kalkulatory drukujące. W 1971 roku we wrocławskich Zakładach Metalowych „Polar” rozpoczęto produkcję pralek automatycznych, popularnych przez 2 dekady w wielu polskich domach, topornych lecz niezniszczalnych Polar PS 663 Bio. W latach 80-tych Instytut Immunologii i Terapii Doświadczalnej Polskiej Akademii Nauk we Wrocławiu stał się pierwszą polską jednostką medyczną oferującą leczenie przy pomocy bakteriofagów.

Tam, gdzie pozwalała na to PRL-owska cenzura, rozwijało się życie kulturalne. Międzynarodowe uznanie zdobyły m.in.: Teatr Laboratorium Jerzego Grotowskiego (od 1965), unikatowy w skali europejskiej festiwal Wratislavia Cantans (od 1966), czy popularny wśród miłośników jazzu - Jazz nad Odrą (od 1964).

Przełom roku 1989 był wstrząsem dla Dolnego Śląska. Gigantyczne bezrobocie, hiperinflacja, likwidacja PGR-ów i wałbrzyskich kopalń węglowych, prywatyzacja i/lub upadek szeregu państwowych zakładów pracy – odcisnęły się ciężkim piętnem na pierwszej dekadzie transformacji. Akordem spinającym to niełatwe dziesięciolecie – i dającym nadzieję na przyszłość - była reforma administracyjna kraju z 1999 roku. W jej wyniku powstało Województwo Dolnośląskie, którego obszar odpowiada w pewnym przybliżeniu historycznemu terytorium Dolnego Śląska. Poza granicami województwa znalazły się jednak takie miasta dolnośląskie jak Zielona Góra, Brzeg czy Namysłów.

Województwo Dolnośląskie należy dziś – obok woj. Śląskiego i Mazowieckiego, do najatrakcyjniejszych w Polsce pod względem inwestycyjnym. Najbogatszym miastem powiatowym w kraju są dolnośląskie Polkowice. Najprężniej rozwijającym się miastem wojewódzkim poza Warszawą – od dekady pozostaje Wrocław. To stąd pochodzą znane w kraju marki takie jak Europejski Fundusz Leasingowy (EFL), Getin Holding, Bankier.pl, Dekoral, Impel, Krajowy Rejestr Długów (KRD), nasza-klasa.pl, czy Bank Zachodni BZWBK. Na uwagę zasługują dolnośląskie wynalazki i odkrycia ostatnich lat. Znajdziemy wśród nich m.in.: anteny ARISS zamontowane na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, odkrycie Heksafiryny (nowej cząsteczki), czy wynalezienie Kolostryniny – substancji stosowanej w leczeniu choroby Alzheimera.

Mamy również trochę na sumieniu. 25% dolnośląskich zabytków nieruchomych (ponad 2 tysiące obiektów) chyli się ku ruinie. Nie potrafiliśmy, a czasem nie chcieliśmy po prostu zatroszczyć się o substancję cywilizacyjną tej ziemi. Brakowało nam środków, ale i dobrej woli. Spuściznę po obcej kulturze zbyt często chcieliśmy wymazać z kart historii.

Cóż powiedzieć na zakończenie… My, współcześni mieszkańcy Dolnego Śląska, jesteśmy tutaj jeszcze krótko. Nasze osiągnięcia i zaniedbania z pewnością zostaną ocenione kiedyś przez przyszłe pokolenia. Jesteśmy tu jednak dostatecznie długo, by śmiało i bez kompleksów spoglądać w przeszłość regionu. Taką, jaka ona była. Bez znieczulenia.


Maciej Wołodko
politolog, twórca "Czerwonej listy zabytków Dolnego Śląska"
http://zabytki.blox.pl/html

7/14/2010

Zbliża się oblężenie Twierdzy!

Już dziś zaplanujmy ostatni weekend lipca. Będziemy bronić Twierdze przed wojskami z całej Europy. Zbliżają się X Dni Twierdzy Nysa.
więcej na naszanysa24.net

7/10/2010

Czy dolnośląskie zabytki mogą już wrócić na swoje miejsce na zawsze ?

Jak podaje serwis swidniczka com:

Kosztowne świdnickie zabytki wróciły (tymczasowo) do swojego miasta

Cenne eksponaty ze zbiorów muzeów we Wrocławiu oraz w Warszawie, Poznaniu, Kielcach, Bytomiu, a także z Archiwum Państwowego we Wrocławiu, Muzeum Dawnego Kupiectwa w Świdnicy i trzech świdnickich parafii (p.w. św. Stanisława i Wacława, parafii p.w. św. Józefa i ewangelickiej parafii przy Kościele Pokoju) przez dwa miesiące można oglądać w Świdnicy. Wczoraj niezwykła wystawa została otwarta.
Wernisaż wystawy zatytułowanej „Świdnica w kulturze i sztuce na tle dziejów” zaplanowano na godz. 21.00. Późno, jak na Muzeum Dawnego Kupiectwa, które czynne jest w tygodniu do godz. 15.00, a w weekendy do 17.00. Godzina była nieprzypadkowa, wczoraj bowiem zorganizowano Noc w Muzeum. Wystawy można było zwiedzać za darmo i to do późnego wieczora.
Przez sale świdnickiego muzeum przewinęło się około sześciuset osób. To piękny wynik, jak na kilkugodzinną akcję. Rodziny z dziećmi podziwiały eksponaty z historii miasta.

Ale prawdziwa gratka czekała na piętrze. Wystawa „Świdnica w kulturze i sztuce na tle dziejów” prezentuje niezwykłe dzieła świdnickich artystów, rzemieślników i innych twórców. Przedstawia eksponaty związane z kupiectwem i historią świdnickich rajców. Jak na przykład skarbczyk z 1574 r., albo ceremonialny miecz sędziowski pochodzący z przełomu XVI i XVII wieku, wykonany ze stali, srebra, brązu złoconego, żelaza, mosiądzu i drewna. Miecz pochodzi ze Świdnicy, ale na co dzień oglądać go można w Muzeum Narodowym w Kielcach.
Ogromną wartość mają też gotyckie epitafia Steinberga i proboszcza Stanisława Berwalda oraz ważne dokumenty informujące o przeszłości miasta. Najstarszy został wystawiony 13 czerwca 1249 roku przez papieża Innocentego IV dla świdnickiego klasztoru Franciszkanów. Na mocy tego przywileju papież udzielił czerdziestodniowego odpustu wszystkim tym, którzy wspomogą finansowo budowę kościoła Najświętszej Marii Panny. Z 25 stycznia 1335 r. pochodzi dokument Bolka II zezwalający na budowę kościoła zakonu dominikanów w Świdnicy, a z roku 1452 - pismo dotyczące nadania Świdnicy herbu przez Władysława Pogrobowca. Niezwykły jest też tłok pieczętny miasta Świdnica z wizerunkiem gryfa, który prawdopodobnie pochodzi z roku 1305, a należy do zbiorów Muzeum Narodowego we Wrocławiu (podobnie zresztą jak dokumenty z XIII, XIV i XV wieku). Zabytków jest dużo więcej. Są to malowidła, rzeźby, obrazy – jak „Nagi jeździec” Georga Lebrechta, który urodził się w Świdnicy w 1875 r., a nawet wskazówki z zegara z wieży ratuszowej.
- Od 1999 roku zabiegam o to, żeby świdnickie zabytki wróciły do Świdnicy - mówi Mariusz Barcicki, radny miejski. No i udało się, ale tylko na dwa miesiące. Wystawę można oglądać do 12 września.
Muzeum Dawnego Kupiectwa w Świdnicy (Rynek 37) odwiedzać można od wtorku do piątku w godzinach 10.00-15.00, w soboty i niedziele w godzinach 11.00-17.00. W poniedziałki muzeum jest nieczynne. Ceny biletów: 5 zł normalny, 3 zł ulgowy.


Wspaniały pomysł Muzeum Kupiectwa i radnych miejskich, tylko coś w tym tekście razi normalnego czytelnika. Dlaczego te wszystkie zabytki przyjechały w miejsce swojego pochodzenia tymczasowo ? Każdy, kto odwiedził Dolny Śląsk zdążył zauważyć jak uboga jest oferta muzeów na tym terenie, pomijając większe ośrodki miejskie. W tych mniejszych lokalne społeczności łapią się każdego pomysłu żeby stworzyć swoją izbę regionalną, a na wystawach poza pocztówkami i kilkoma eksponatami wiele zobaczyć nie można. To wszystko w regionie, który ma najwięcej zabytków nieruchomych w kraju. Można zrozumieć, że po 1945 roku ogromna ilość cennych zbiorów uległa zniszczeniu, a duża ich część została przeniesiona w inne części kraju. Jednak mamy 2010 rok i dawne demony (niemieckie) już nikogo nie straszą, a Dolny Śląsk jest taką samą częścią Polski jak Podlasie, czy Pomorze Zachodnie. Chyba, że się mylimy ? Ten problem dotyczy wszystkich "ziem odzyskanych" i wychodzi w przypadku takiej wystawy jak ta w Świdnicy. Dlaczego eksponaty związane z tym miastem nie znajdują się tam, gdzie ich miejsce ? Przecież Muzeum Kupiectwa jest placówką, która jest w stanie zapewnić im bezpieczeństwo, podobnie jak kościół Pokoju i inne instytucje w tym mieście. Jakby tak przenieść "Damę z Łasiczką" lub wawelskie arrasy do Olsztyna to będzie to czymś normalnym ? Przecież to jest chluba Krakowa i nikt nie wyobraża sobie tych eksponatów w innym miejscu. Można zrozumieć, że część z nich jest eksponowana we Wrocławiu, bo to stolica regionu i muzeum wrocławskie powinno pokazywać dolnośląską sztukę w najlepszym wydaniu. Muzeum w Bytomiu ? To Muzeum Śląskie, ale jego profil powinien być raczej skupiony na górnośląskich zabytkach. Tylko co robi ceremonialny miecz sędziowski w Muzeum Narodowym w Kielcach ? To prawdziwe kuriozum...
Ta wystawa to tylko przykład pokazujący los dolnośląskich zabytków w powojennej Polsce. Każdy, kto był w Muzeum Narodowym w Warszawie widział w dziale rzeźby średniowiecznej, że większość eksponatów pochodzi z Dolnego Śląska. To raczej przykłady sztuki innego narodu niż Polacy, a w zjednoczonej Europie są pięknym przykładem dorobku konkretnego europejskiego regionu i w tym własnie regionie powinny być pokazywane. Dlaczego Polacy chcący zobaczyć dolnośląskie zabytki muszą przejechać cały kraj ? Czy na Dolnym Śląsku znajdują się zabytki z Małopolski czy Kujaw ? Czy Michael Willmann miał kiedykolwiek coś wspólnego z Warszawą, że tam wiszą jego dzieła, a klasztor w Lubiążu, gdzie spędził dużą część swojego życia, stoi pusty ? Czy renesansowe elementy zamku Książ są na swoim miejscu w zamku w Pieskowej Skale ? Czy ocalałe fragmenty słynnych stalli anielskich z Lubiąża, które są wyposażeniem wiejskiego kościółka na lubelszczyźnie nie powinny być eksponowane w lubiąskim kościele ?. Czym Dolny Śląsk chce przyciągać turystów ? Pustymi salami i ruinami ? Przykłady można mnożyć. Nie zawsze powrót eksponatów na swoje miejsce jest uzasadniony i potrzebny, ale z pewnością większa ich część powinna znaleźć się tam, skąd pochodzi. Czy region chcący zarabiać na turystyce nie powinien poprzez swoje władze wpłynąć na to, żeby te zabytki wracały na swoje miejsce ? Czy to jest niemożliwe ?
Przykład lwa stojącego przez lata przed warszawskim zoo, o którego upomnieli się bytomianie pokazuje że takie działania mają sens, a także integrują lokalne społeczności w działaniu. Rozgłos przy całej akcji z pewnością miastu pomoże. Ja sam pojadę zobaczyć tego lwa na bytomskim rynku, tego samego, który wcześniej stał zapomniany i był tak pospolity, że nikt nie zwracał na niego uwagi.

nowości na stronie 10.07.2010

Na stronie kolejne obiekty z terenu województwa opolskiego:




7/04/2010

nowości na stronie 04.07.2010




Na stronie pojawił się nowy obiekt - pałac w Polskiej Cerekwi. Wprawdzie miejscowość położona jest na Górnym Śląsku, jednak w granicach województwa opolskiego, którego obiekty są zamieszczane na stronie. Zapraszamy.