9/29/2010

Zabójstwo w majątku Królikowice

W Królikowicach (gmina Kobierzyce), pod Wrocławiem (niem Krolkwitz) stoi pięknie odremontowany pałacyk, przebudowany w stylu neorenesansowym na przełomie XIX i XX w.. W jego murach mieści się dawny dwór barokowy z XVII w., z zachowanymi starymi sklepieniami i klatką schodową. Mało kto wie, że w tych murach wydarzyło się niegdyś coś strasznego. Poniżej relacja opisana współcześnie i przetłumaczona, z niewielką ingerencją autorki, prawie dosłownie:

„W 1810 r. po Dolnym Śląsku krążyła z ust do ust wstrząsając wiadomość o zbrodni jakiej dokonał w majątku Królikowice jego właściciel von Eisenhart. W straszliwym obłąkaniu zamordował swoją żonę i najstarszą, 10-letnią córkę i był to jeden z najbardziej drastycznych kryminalnych wypadków tego czasu. W czasie oględzin doliczono się na ciele żony około 75 ciosów i ran ciętych, a na ciele córki 65. Większość z ich była śmiertelna, prawdopodobnie jednak ofiary nie zmarły od razu lecz w wyniku wykrwawienia. Tak straszliwy czyn wytłumaczyć można jedynie obłąkaniem Eisenharta tym bardziej, że ze swoją żoną z.d. v.Rechell tworzyli szczęśliwy związek. Często też podkreślał jej wyjątkową cnotliwość i ogólną doskonałość. Jego córka, najstarsza z trzech jakie mieli, była bardzo miłą istotą i była przez swoją babcię bardzo dobrze wychowana.

Od jakiegoś czasu głową v.Eisenharta zawładnęła myśl, że wszyscy z którymi miał jakikolwiek kontakt są przeciwko niemu, a w ostatnich dniach obawiał się nawet o swe życie i sądził, że żona która starała się mu pomóc, jest także w tym spisku. Do tego dochodził ból głowy na który skarżył się już od kilku tygodni i wysoka gorączka. Z tego też powodu na ten właśnie nieszczęśliwy dzień wezwany był lekarz z Wrocławia.

Rano, dnia 4 sierpnia, skarżył bardzo się na złe samopoczucie. Wezwano chirurga, który zalecił lekarstwo na zbicie gorączki i na wymioty. Po jego wyjściu stwierdził, że ktoś chce go otruć, lekarstwo wymiotne dał psu, do wzięcia reszty medykamentów zmusił kucharkę po czym wepchnął ją do izby i zamknął. Następnie zrobił listę zamówień do zrealizowania w mieście na, przygotowywane na następny dzień, urodziny teściowej. Wysłał też tam swego ochmistrza z różnymi zleceniami, ponaglając go aby jak najszybciej ruszył w drogę, aby pozbyć się ewentualnego świadka. Wieczorem zamknął w pokoju mamkę z najmłodszym dzieckiem i oddalił resztę ludzi po czym zamknął się z żoną i obiema starszymi córkami w swojej sypialni. Wszystko to czynił z zamiarem morderstwa i dlatego też (wcześniej) naostrzył swój szpadę.

Mimo tych zastanawiających działań nikt nie myślał, aby czemukolwiek zapobiegać, ponieważ sama kobieta zachęcała do tego aby spełniać jego wolę (zapewniając), że on nie spał kilka nocy i potrzebuje spokoju i nic nikomu nie uczyni.

Według zeznań samego v.Eisenharta, obudził się on wcześnie, około 3 godziny. Jego żona stała przy oknie. Myśląc, że chce wpuścić jego zabójcę, zadał jej szpadą kilka pchnięć, ona (zaś) rzuciła się w ucieczce pod łóżko zakrywając posłaniem i sprawiło mu wiele wysiłku, wężowi, jak się wyraził, aby ją dosięgnąć i zabić. Córki nie chciał zamordować, ale (zrobił to ponieważ) ona tak bardzo prosiła o życie dla swej niegodziwej matki. Prawdopodobnie złożyła błagalnie dłonie i z tej pozycji poobcinał jej prawie wszystkie palce. Drugie dziecko też bardzo krzyczało, ale na (jego) pogróżki samo schowało się pod łóżkiem.

Po tej rzezi zrobiło mu się lżej i był przekonany, że dobrze zrobił i zasnął na trzy godziny. Mamka, zaniepokojona, słyszanym w nocy, odgłosem jęku wyszła wcześnie rano przez oko pokoju (w którym był zamknięta) na dziedziniec. Eisenhart, obudzony przez szmery, zastąpił jej drogę ze szpadą i pistoletem, a potem pobiegł do wsi, krzycząc: wychodzić ! wychodzić ! jestem królem i został w końcu pochwycony na polu.

Obdukcja została przeprowadzona zaraz w dniu zdarzenia. Ustawiono go między obydwoma ciałami. Rozpoznał je jak też ociekającą jeszcze krwią szpadę. Nie było widać na nim żadnego wstrząśnienia, żadnego śladu skruchy, bardziej zadowolenie.

Nieszczęściem jest przechowanie go w tutejszym ratuszu. Także w areszcie uważał, ze wszyscy mają zamiar go otruć. Niekiedy szalał, pewnej nocy, sam zakuty w łańcuchy, próbował udusić jednego ze strażników./.../. Badający go lekarz sporządzili już opinię na potrzeby śledztwa, stwierdzając, że v.Eisenhart popełnił ten mord będąc niepoczytalnym”.

źródło: Schlesische Provinzialblätter 1810/52/8


Małgorzata Stankiewicz
historyk sztuki, autorka książki "Gościszów - dzieje zamku"

9/16/2010

Świeczniki „śląskie”

W drugiej połowie XIX w. zaczęły masowo powstawać na Dolnym Śląsku wyroby użytkowe z różnych mas ceramicznych: porcelany, porcelitu i fajansu. Pierwsza fabryka porcelany powstała tu już w 1808 r. w Parowej, w okręgu Bolesławca, jednak tych najwcześniejszych wyrobów nie zachowało się wiele. Nieznane są też wczesne wyroby z fabryki Karola Kristera, założonej w Wałbrzychu w 1831 r. Po połowie wieku takich fabryk i małych zakładów manufakturowych powstawało jednak coraz więcej, szczególnie na Pogórzu Sudeckim właśnie w okolicy Wałbrzycha (np. fabryka Karola Tielscha w Starym Zdroju, obecnie dzielnicy miasta), Parowej, w Jaworzynie, Szczawienku czy Stanowicach. Ich liczba pomnożyła się szczególnie w latach 80-90-tych tego wieku i około 1900 r było już 15 takich fabryk, zatrudniających niemal 8000 pracowników. Roczna ich produkcja wynosiła wtedy aż około 22.000 ton.

Powstawały tam w XIX w. wyroby zbliżone do siebie pod względem poziomu artystycznego, głównie użytkowe (porcelana stołowa i techniczna) lub służące do dekoracji wnętrz. Była to ceramika raczej grubościenna, szczególnie w porównaniu z współczesnymi wyrobami wielkich fabryk, takich jak Miśnia czy Berlin. Posiadała często plastyczną dekorację i przeważnie była malowana ręcznie, a jej formy nie zmieniały się nawet przez kilkadziesiąt lat aż do początku XX w.

Wytworzył się na tym terenie specyficzny typ świeczników łączący grubościenny, porcelanowy, fajansowy (w późniejszym czasie także szklany lub nawet blaszany) trzon z mosiężną podstawą i profitką. Miały nieznacznie zróżnicowaną wysokość, w zależności od jakości wyrobu części metalowe były wykonane z grubszej lub cieńszej blachy, niekiedy z wyciskanym wzorem, a ponieważ był to wyrób lekki, umieszczano wewnątrz stopy obciążenie (np. w postaci drobnego piasku). Część środkowa, często bardzo ozdobna, była ręcznie malowana. Malowane były także wkłady szklane i blaszane, najczęściej były to formy nawiązujące do neorokoka, a wzornictwo kwiatowo-roślinne.

Zdecydowanie najpiękniejsze i najrzadsze były formy figuralne, które na ogół przedstawiały figurki rokokowych markizów i dam, pasterek, czy też putt, czasem trzon był ażurowy i dekorowany kilkoma malutkimi postaciami. Datuje się je zwykle na czas od połowy XIX w.-do lat 70-tych tego wieku. Podobną formą były trzonki o kształcie wazoników z silnie wygiętymi „uszami”, także o kształtach zoomorficznych, zdobione figurkami zwierzęcymi (zwykle ptasimi). Dodatkowo były one malowane i złocone. Jakość tej ceramiki nie była najwyższa i często widać na niej zabrudzenia z masy formierskiej. Takie same formy miały także zwykłe wazoniki i figurki, powstające wówczas masowo jako tani przedmiot dekoracyjno-pamiątkarski.

W ostatniej ćwierci XIX w. formy zaczęły się uspokajać, trzonki stawały się prostsze, bardziej przypominające kolumienki. Pojawiły się za to wyroby szklane, barwione na kobaltowo lub rubinowo, czasem o barwie mlecznej lub matowane, malowane i złocone, niekiedy z plastycznymi, barwionymi nakładkami. Był to jakby produkt uboczny i anonimowy bardzo licznych hut sudeckich, okolicznych małych zakładów rzemieślniczych i malarni powstających masowo w Kotlinie Jeleniogórskiej (np. w Szklarskiej Porębie, Cieplicach, Piechowicach, Szczawnie Zdroju), a następnie na Ziemi Kłodzkiej. (np. w Batorowie, Lasówce i okolicach Bystrzycy, Nowej Rudy), które w XIXw. osiągnęły bardzo wysoki poziom techniczny i artystyczny. Wkłady tych świeczników były zwykle wykonane ze szkła barwionego powierzchniowo tlenkami metali i wypalanego w piecu, ponieważ była to technika łatwiejsza i tańsza niż szkło barwione w masie czy warstwowe. Na tym tle znajdowała się malatura wykonana emaliami lub farbami przejrzystymi oraz złocenia.

Wraz z początkiem XXw. produkcja tych specyficznie śląskich świeczników zanikła. Do dziś nie zachowało się ich zbyt wiele i pewnie dlatego stały się przedmiotem poszukiwań zbieraczy i hobbystów.


Małgorzata Stankiewicz
historyk sztuki, autorka książki "Gościszów - dzieje zamku"