10/26/2010

Zbrodnia i kara we Wrocławiu

Zbrodnia ta została ujawniona gdzieś na tyłach wrocławskiej katedry, właśnie w miejscu widocznym na rycinie F.B.Wernhera z poł. XVIII w. Na tyłach katedry znajdował się most, który w czasie wojen śląskich został zastąpiony niewielką wartownią przy grobli (tzw.”batardeau”). W 1810 r. nastąpiła sekularyzacja dóbr kościelnych, a m.in. w jej konsekwencji widoczne tu koryto Odry zostało w około 1814 r. zasypane, tworząc rozległy plac i miejsce wypoczynkowo-spacerowe. Na terenie Ostrowa Tumskiego i wokół katedry znajdowały się rozlegle ogrody w stylu francuskim, od południa graniczące z rzeką. Na planach z pocz. XIX w. widać około dwudziestu (!) takich założeń ogrodowych z tarasami, fontannami, altanami, rzeźbami itp. W poł. XIX w. powstał na tym terenie jeden duży ogród w stylu romantycznym, istniejący do około 1880 r.

Kronika miejska tak opisywała owo kryminalne wydarzenie:

1805, 25 lipiec

„Tego dnia po południu pewien chłopiec zauważył w miejscu do łowienia ryb przy „rowie komunikacyjnym”, na tyle katedry, dwie kobiety, wrzucające z grobli do wody skrzynkę. Następnie kobiety szybko się oddaliły. Po informacji, uzyskanej od niego, wyłowiono skrzynkę, otwarto ją i znaleziono na wpół obnażone, skrwawione i rozczłonkowane fragmenty ciała kobiecego. Z jednej strony jej szyja była całkowicie przecięta, a z drugiej widać było na niej jeszcze pchnięcie, obwiązane silnym szpagatem. Dłonie i stopy były razem związane i całkowicie wykrzywione. Głowę włożono „pod małą skrzyneczkę”. W szczątkach rozpoznano żonę ślusarza Selle, która handlowała rupieciami i zastawionymi rzeczami. Podejrzanymi byli: kilka niechlujnych kobiet, muszkieter i jego żona, oraz fryzjer. W mieszkaniu jednej z tych kobiet znaleziono podczas rewizji balię i miednicę wypełnione krwią”.

Ostatecznie zamordowaną okazała się wdowa po Lorenzie, a morderczyniami dwie kobiety: Anna Rosina Jakobin, z.d. Klug (56 lat), córka żołnierza i Maria Josepha Hartmnn (26 lat), trzecia córka Marquisa von Cavalcabo, byłego ogrodnika w ozdobnych ogrodach przy katedrze. Obie pochodziły z Wrocławia i uczyły się jako pomocnice przy Marquisie i stale popełniały rozmaite drobne figle i szwindelki. Od wdowy Lorenzowej brały pieniądze na kredyt i w końcu weszły z nią w jakieś interesy co rezultacie doprowadziło do zbrodni.

Morderczynie zostały skazane na śmierć przez ścięcie, a wyrok wykonano dopiero 3 kwietnia 1811 r. Jakobin szła na śmierć ze spokojem, w Hartmann jednak obudził się bunt. W drodze z więzienia na plac straceń szalała. Na jej twarzy malowała się rozpacz i strach przed śmiercią, odrzucała też każdą religijną pociechę. Uderzała dokoła łańcuchem i pięściami, zaręczając o swojej niewinności, szarpała. Wołała o zemstę i w końcu musiano ją związać i siłą położyć na rusztowaniu. Obie wyzionęły ducha już po pierwszym ciosie kata”.

Małgorzata Stankiewicz
historyk sztuki, autorka książki "Gościszów - dzieje zamku"

10/24/2010

Pałac w Samotworze wrócił do życia

W Wielkiej Brytanii wyszła właśnie książka o Dolnym Śląsku jako krainie ginących pałaców. Autorzy przyjechali, zobaczyli i wciąż nie mogą wyjść z szoku, że w środku Europy marnuje się takie bogactwo. Na szczęście są wyjątki. W Samotworze pod Wrocławiem uratowano pałac Carla Gottharda Langhansa. Przyjął już pierwszych gości.

Więcej... 







Obiekt nazywany dzisiaj Pałac Aleksandrów  posiada również swoją stronę internetową: http://www.palacalexandrow.com.pl na której można się zapoznać z pełną ofertą.

Zamki i pałace w Sudetach na starej pocztówce

Wszystkich zainteresowanych historią zamków i pałaców  w Sudetach zapraszamy na wystawę starych pocztówek w placówce muzealnej, która mieści się w ratuszu w Lwówku Śląskim.  Wystawa będzie otwarta od 2 listopada 2010 roku. Pomysłodawcą wystawy jest Szymon Wrzesiński, z którego zbiorów pochodzić będzie większość pocztówek.



10/12/2010

Chorowita baronówna z Siedlec koło Lubina

Gdy umierała w 1795 r. nie była już ani młoda, ani pewnie specjalnie piękna, była też starą panną, która swoje życie spędziła przy bracie, poświęcając się opiece nad innymi.

Jej ojciec baron Ludwig Anton v.Wechmar (*1712-†1787) służył od wczesnej młodości w armii pruskiej, zdobywając coraz wyższe stopnie oficerskie, otrzymał też medal za odwagę (Pour le Mérite). Służył aż do chwili gdy po kontuzji w bitwie pod Königgratz w 1756 r. został ranny poważnie w prawą rękę, Musiał ją od tej pory podtrzymywać temblakiem, podupadł też ogólnie na zdrowiu i wkrótce (5 lutego 1757) odszedł z armii w stopniu pułkownika kawalerii, otrzymując od króla wysoką pensję 400 talarów. W 1751 r. kupił majątek w Siedlcach (niem. Zedlitz) koło Lubina i „tak ukochał tę część śląskiej ziemi, że zatwierdził u króla Fryderyka II prawo przekazywani tych dóbr rycerskich z ojca na syna, zgodnie z prawem starszeństwa, z zakazem ich sprzedania” co udało się utrzymać aż do 1945 r.

Gdy odchodził z wojska oficerowie jego dawnego regimentu podarowali mu 25 portretów ze swoimi podobiznami, które zawisły w pałacu i znajdowały się tam do 1945 r. Pałac otaczał w XVIII w. wspaniały barokowy ogród, przekształcony w poł. XIX w park angielski. Jeszcze w latach 30-tych XX w. urządzano tam słynne zabawy karnawałowe w czasie których rozbawieni goście, przybywający w tym celu do Siedlec z całego Dolnego Śląska, w głośnych korowodach wędrowali po paradnym dziedzińcu, zacienionych alejach lipowych i ozdobnych mostkach, przerzuconych nad fragmentami fosy.

Po śmierci Ludwiga Antona w pałacu zamieszkał jego syn baron Wolfgang, a przy nim jego siostra Beata Florentina (najstarsza córka), która prawdopodobnie z powodu poważnej, długotrwałej i wyniszczającej choroby nie wyszła za mąż. Dożyła jednak wieku 55 lat, a pastor napisał dla niej krótkie epitafium, dołączając też spisaną przez nią ostatnią wolę. Pisane nieco „kwiecistym stylem”, jest świadectwem minionego czasu i tylko dzięki niemu przetrwało imię owej dziedziczki Wechmarów :

„Mały pomnik, który my tu poniżej święcimy, mówi do każdego, kto ją znał, i wraz z nami ją opłakuje, jak też do każdego innego, który jest zdolny to odczuć.

Przedstawiamy tu jej własnoręczne ostatnie dyspozycje, jako godny przykład do opisania jej determinacji, poddania i pełnego miłości spojrzenia wstecz, przy którym niejeden człowiek zawstydzi się tym odważnym patrzeniem na przechodzenie w tamto (życie), dla nas zawsze groźnie odczuwane istnienie, do niepamiętania jej całego, cielesnego lęku przed obudzeniem się w grobie. (Są to) ostatnie dyspozycje, dotyczące jej pozbawionej duszy cielesnej powłoki:

„Jako ostatnie uczynione mi dobrodziejstwo, upraszam dla siebie najusilniej i przed wszystkiem innem, aby, przy moim niemożliwym do przezwyciężenia strachu przed obudzeniem się w grobie, po wszystkich dokładnych badaniach chirurgicznych mojego nieżywego ciała, po więcej niż jednej próbie, uzyskać całkowitą pewność, że ono jest rzeczywiście martwe i nie posiada już siły życiowej.

Potem moje ciało ma zostać przyodziane w czysty lniany podwłośnik (Pudermantel), a moja głowa przykryta białym czepkiem nocnym; moja trumna ma być jak najbardziej licha, a tragarze niosący moje ciało na miejsce ostatecznego spoczynku najcichsi jak to tylko możliwe i bez jakiejkolwiek wystawności. Wszystko ma się odbyć bez kłopotu jakiegokolwiek człowieka i z uniknięciem zbędnych kosztów (poniesionych) dla mojego pozbawionego duszy ciała, (ograniczone) tylko do jego pochowania /.../. Do tych (moich) wymagań zaliczam jednak wszystkie obowiązki, wynikające z konieczności pochowania ciała i proszę o ich zaspokojenie.

Jest moją ostatnią wolą, o co jeszcze proszę tak mocno jak tylko mogę, aby po mojej śmierci jej obwieszczenie trwało nie dłużej niż ogłoszenie z ambony i składało się z następujących słów:

„W przeszłość poszła panna B.F., najstarsza córka czcigodnego pułkownika L.A. barona v.Wechmara, założyciela tutejszego majoratu i jego niezrównanej małżonki A.S.J. urodzonej v.Witzleben, w następstwie wyniszczającej choroby, przenosząc się do wieczności”.

/.../. Moja miłość do Moich i wszystkich, którzy byli mi wierni w moim życiu, jest tak nieśmiertelna, jak moja dusza. Ta moja miłość i utęsknione pragnienie, bez strachu przed rozdzieleniem, (aby) ich wszystkich spotkać w niebie, towarzyszyć mi będzie w wieczności.

B. v. W.”

Pastor dopisał jeszcze kilka słów ojej ostatnich chwilach:

„Jeszcze ostatnie słowo o tej Doskonałości, którą cechowało ukochanie innego człowieka tak, że sama, chora, odwiedzała jeszcze chorego służącego w domu (pałacu), żeby zdać relację lekarzowi, przy czym było dla niej wielkim wysiłkiem pokonanie dwóch schodów w górę i potem w dół, może pochłonęło to jej ostatnie, coraz mniejsze siły i przyczyniło się do szybszego końca. /.../. W końcu po pozornym polepszeniu i spadku silnej, osłabiającej gorączki, a także uspokojeniu się (trwającego od wielu lat) uporczywego kaszlu, wkrótce po obudzeniu się z porannej drzemki, nagle szybko i łagodnie upadła w ramiona służącej, wyrwana nam przez nagły udar”.

W kościele w Siedlcach znajdował się prawdopodobnie jakiś jej nagrobek bowiem przytoczony jest tekst podpisu „pod jej portretem”:

To było okrycie

najszlachetniejszego, najbardziej wykształconego, najświetlistszego

najpracowitszego, najpogodniejszego Ducha.

Ale

pobożnego nie na pokaz, życzliwego, zapominającego o sobie,

oddanego tylko innym Serca,

które pokazywało życie

Troszczącej się o cierpiących

Pomagającej spragnionym

Doradzającej zagubionym

/.../

której najwyższa nagroda,

po długim i pełnym cierpienia oczekiwaniu,

zaczęła się

wraz z uściskiem anioła śmierci.

Ta ziemia wydała ją 1 maja 1740

i pochłonęła 15 listopada 1795

Sam pałac nie ucierpiał w czasie ostatniej wojny, w latach 1945-47 stacjonowali tam żołnierze rosyjscy potem użytkował go PGR. Wtedy został ogołocony z reszty wyposażenia i dzieł sztuki. Od lat 70-tych popadał stopniowo w ruinę, ale w 1980 r. miał jeszcze dach. Dzisiaj zostały tylko mury, obdarte z resztek barokowej dekoracji, porośnięte niemal całkowicie dziką roślinnością - świadectwo barbarzyństwa naszych czasów i braku poszanowania dla dziedzictwa minionych wieków. Jeden z tych obiektów pałacowych, który powinien wzbudzać w oglądającym poczucie głębokiego wstydu i żalu za tym co tracimy bezpowrotnie z naszej własnej głupoty.

Na małym cmentarzyku przy kościele widać resztki prostych, kamiennych grobowców rodu v.Wechmar (najstarszy z pocz. XIXw.) niektóre rozbite, pozbawione płyt wierzchnich, wśród których szczególnie przykry jest widok zniszczonego, ozdobnego grobowca małego dziecka. Parząc w zadumie na te smutne resztki dawnej świetności majątku chciało by się strawestować znane słowa „spieszmy się kochać je, bo tak szybko odchodzą...”


Małgorzata Stankiewicz
historyk sztuki, autorka książki "Gościszów - dzieje zamku"