7/26/2011

nowości na stronie 26.07.2011 - pałace w okolicy Głogowa

Na stronie pojawiły się kolejne obiekty. Tym razem są to głównie okolice Głogowa, Polkowic i Lubina. Zagłębie Miedziowe to nie tylko przemysł, ale i wspaniałe rezydencje pałacowe, które mimo kompletnej ruiny zachwycają do dzisiaj. Ten niedoceniany turystycznie region Dolnego Śląska z pewnością zasługuje na dłuższą chwilę uwagi, a dla każdego miłośnika starych zamków i pałaców powinien być obowiązkowym punktem do odwiedzin.

Na początek Gaworzyce - dzisiaj wprawiają w zachwyt, a to jeszcze nie koniec remontu. Jeszcze niedawno na blogu pojawił się wpis, że na Dolnym Śląsku nie potrafią, ale okazało się, że nic bardziej mylnego. To co robią w Gaworzycach to jest absolutne mistrzostwo świata. Zdewastowany obiekt lśni na tle szarej okolicy odnowionymi elewacjami i nowym dachem. Co będzie się w nim mieściło w przyszłości ? Dom kultury "Jowisz"! Bo remont pokryła gmina starając się dodatkowo o dotacje z MKiDN i Urzędu Marszałkowskiego. Już teraz widać, że 2 miliony złotych nie poszły w błoto. Gmina Gaworzyce to wzór, który trzeba stawiać innym, bo już kilka kilometrów obok jest inny, gorszy świat...


Potrafią o zabytki zadbać też w Grębocicach. Pałac jest wprawdzie w kompletnej ruinie, ale ta ruina jest ogrodzona, wykarczowana i bezpiecznie można wszystko zobaczyć z bliska. Obok zadbany park, miejsca parkingowe i pięknie wyremontowany kościół. Na murze wisi tablica informacyjna skierowana do turystów. Wydaje się, że to nic nadzwyczajnego, ale w porównaniu z innymi wsiami wzbudza podziw.


Pałace w Dalkowie i Czerńczycach wyglądają na opuszczone. Bynajmniej nie są ruinami i nie wygląda na to, żeby w najbliższym czasie groziła im katastrofa bo zadbane otoczenie zdradza że mają one swojego gospodarza.



W Żukowicach kościół p.w. św. Jadwigi chylił się ku ruinie, ale już jest lepiej. Nowy dach, spięte mury i zadbany teren wokół świątyni. Wygląda na to, że jest uratowana, chociaż jeszcze wiele zostało do zrobienia.


Podobnie w Jakubowie, gdzie zmierzają pielgrzymi drogą św. Jakuba. Miejscowy kościół jest zadbany i oblegany przez wiernych, lecz zupełnie niedaleko straszą ruiny pałacu. Tablica informacyjna na drzewie zdradza, że pałacowy park jest porządkowany z przeznaczeniem na cele rekreacyjne dla mieszkańców wsi. Być może przy okazji zostanie uporządkowana ruina pałacu...


Na koniec przykłady, których chciało by się oglądać jak najmniej. Pierwszy z nich to pałac w Krzydłowicach.  Jest kompletną ruiną. Zarośnięty drzewami, zdemolowany przez wandali, w zarośniętej rzęsą fosie leżą tony śmieci. Nie tylko tam, bo cały teren wokół ruin przypomina wysypisko śmieci. Żal tylko pięknych kamiennych detali, które jeszcze można zobaczyć w pałacowych murach. Patrząc na to, jak zabawia się tam miejscowa młodzież, to niedługo ich nie będzie..



Tuż obok Głogowa leży mała wieś Droglowice, a w niej barokowo-klasycystyczny pałac. Jak informuje Leksykon Zabytków Architektury Dolnego Śląska był on remontowany w 1977 i 1991 roku, a (...) we wnętrzu zachował się klasycystyczny wystrój salonu i dwóch pomieszczeń, z dekoracją w postaci alegorycznych rzeźb, medalionów, groteski, girland, wazonów, kolumn i pilastrów. (...) Wystarczy spojrzeć na zdjęcia, żeby zobaczyć, że została już tylko groteska. Nie ma stropów, dachu, a w klasycystycznym salonie zabawiały się miejscowe prymitywy pisząc po ścianach i załatwiając swoje potrzeby fizjologiczne. Droglowice to kompletna ruina, ale jeszcze można ją uratować. Jeżeli był remont w 1991 roku to wygląda na to, że musiały się tam toczyć jakieś działania wojenne bo pałac jest w opłakanym stanie. Nie tylko tutaj...





Sięgając do tego samego słownika, pod hasłem Glinica można min. przeczytać, że we wsi jest pałac (...) Murowany, czworoboczny, dwutraktowy, z sienią przelotową na osi, piętrowy, nakryty dachem dwuspadowym z lukarnami i powiekami, ujętymi w neorenesansowe szczyty. Wnętrza parteru są przekryte renesansowymi sklepieniami kolebkowymi, w sieni ozdobionymi dekoracją okuciową. Pałac został wzniesiony na sztucznej wyspie otoczonej fosą z mostkiem od północy ozdobionym kamienną regencyjną balustradą (...) Opis według opracowania K. Guttmejera z 1992 roku! Autor nie widział pałacu na własne oczy lub w ciągu tych kilkanastu lat ktoś go zbombardował. Nie ma innego wytłumaczenia. Zarośnięta drzewami ruina, rozkradziona ze wszystkich detali, z których zachował się tylko fragment "regencyjnej balustrady". Fragment niewielki, a co stało się z resztą nie wiadomo. Pałac przecież nie leży na odludziu. Na rozległym majdanie mieszkają ludzie, którzy z zaciekawieniem obserwują przyjezdnych. Jakim cudem nie zauważyli gdy znikał wspaniały pałac ?



Jest jeszcze zapomniany pałac w Zaborowie, tuż obok znanego każdemu miłośnikowi zabytków Dziewina. Stoi w opuszczonym parku, tuż obok zadbanego kościoła i niszczeje. Zachowany detal i mury do pełnej wysokości sprawiają, że warto poświęcić chwilę, będąc w okolicy Ścinawy.



Region jest zróżnicowany pod względem ochrony zabytków. W jednym miejscu wpada się w zachwyt, w innym w rozpacz. To drugie niestety dominuje. W ramach odpoczynku po dniu pełnym wrażeń warto zajrzeć do Głogowa lub Lubina. Wtedy można poczuć niewiarygodny kontrast między bogatymi miastami i biedną prowincją. Z jednej strony lokalny blichtr i kolorowy świat, z drugiej marazm i ruiny. Na szczęście są Gaworzyce, gdzie miejscowa gmina ratuje honor tych co nie chcą i nie potrafią. I robią to w wielkim stylu.

7/18/2011

Chcieć to móc - przykład z Górnego Śląska

Wydaje się, że w naszym kraju niemal wszędzie jest tak samo w kwestii zabytków, czyli źle. W szczególności dotyczy to tych będących w posiadaniu gmin lub ANR, bo przecież nie ma pieniędzy... Dlaczego jedni je mają, a inni nie ? Może to jednak kwestia chęci i wyobraźni ?


Na Górnym Śląsku, w powiecie Racibórz jest niewielka wieś Tworków, która na pierwszy rzut oka przypomina te dolnośląskie, ale to tylko złudzenie. Z daleka widać pięknie wyremontowaną wieżę kościelną. W 1993 roku postanowiono tą świątynię wyremontować i podczas prac odkryto kryptę, a w niej 11 zniszczonych trumien ze szczątkami dawnych właścicieli wsi - von Reiswitzów. Już rok później wpisano je do rejestru zabytków i rozpoczęły się poszukiwania pieniędzy na ich renowację. Na szczęście udane i dzisiaj możemy je podziwiać w jednej z kaplic wraz z ubraniami z epoki, które odnaleziono w środku. Bogato dekorowane i malowane zachwycają i stanowią niezwykłą atrakcję turystyczną, która wzbogacona opowieściami o klątwie sprawiła, że Tworków stał się znany w całym kraju. Co w tym nadzwyczajnego ? Wystarczy przeczytać jak postąpiono z takimi trumnami na Dolnym Śląsku w tym artykule - Twardocice - zabytkowe trumny. Dlaczego jedni potrafią, a inni nie ?


To nie jest jedyny cud w Tworkowie, bo przecież we wsi stoją ruiny renesansowego zamku, spalonego w 1945 roku. Pozostały po nim jedynie gołe mury zasypane gruzem, do niedawna niemożliwe do zwiedzania. Warto już dzisiaj tam przyjechać, żeby zobaczyć, że jest gmina w naszym kraju, która potrafi działać prężnie i z wyobraźnią. Teren jest ogrodzony, przy wejściu stoi tablica z historią zamku, a obok niej niewielka budka z informacją, że ruiny można zobaczyć z bliska za symboliczną opłatą - za złotówkę. Jeżeli ktoś chce zrobić zdjęcia ślubne to musi wyłożyć 50 złotych. Sympatyczna pani w określonych godzinach wpuszcza chętnych, a jeżeli jej nie ma to na budce jest kartka z numerem telefonu i jeżeli godzina jest rozsądna to natychmiast się pojawi. Na pamiątkę można kupić widokówki, foldery, ozdobione pieczątką przedstawiającą ruiny.


Po przekroczeniu bramy uderza w oczy skoszona trawa i niesamowity porządek jaki tam panuje. Obecnie zamek jest odgruzowywany, a w przyszłości planowane są kolejne prace mające na celu zwiększenie atrakcyjności tego miejsca. Może któreś skrzydło zostanie zadaszone, może będzie można wejść na wieżę... O odbudowie nie ma mowy, bo koszt by był ogromny i gminy zapewne nie stać na taką inwestycję. Co będzie w przyszłości jeszcze nie wie nikt, ale pierwszy krok wykonano. Na pierwszy rzut oka widać, że nie był to krok kosztowny i przekraczający możliwości jakiejkolwiek dolnośląskiej gminy.



Dlaczego w takim razie na Dolnym Śląsku straszą walące się mury, zarwane dachy ukryte za gąszczem zieleni ? Czy koszt ogrodzenia, skoszenia trawy przekracza możliwości finansowe którejkolwiek z nich ? Wreszcie, dlaczego nikomu nie przeszkadza bałagan i zniszczenie na wsiach i w miasteczkach ? Mieszkają tam ludzie tak bogaci, że nie potrzebują pracy i pieniędzy płynących od turystów ? A może tak biedni, że nie mają nawet na zwykłą kosę, bo o kosiarce nie ma co wspominać ?
Czy w żadnej z dolnośląskich wsi nie znajdzie się człowiek mieszkający w pobliżu zabytku, który mógłby zarobić kilkaset złotych miesięcznie, jeżeli tylko gmina by mu to niewielkim kosztem umożliwiła ? Przed ruinami w Tworkowie niemal non stop zatrzymują się ludzie, zazwyczaj rowerzyści. W dni powszednie nie ma ich wielu, ale w jeden dzień weekendu bywa i sto osób. Jeżeli doliczymy do tego młode pary to rachunek ekonomiczny jest prosty. To relatywnie niewielkie pieniądze, ale na pewno warto się o nie postarać w myśl zasady, lepszy rydz niż nic.



Oczywiście trzeba na początek zainwestować, bo nikt nie będzie się przedzierał przez krzaki i brnął w śmieciach. Na przykładzie Tworkowa łatwo zobaczyć co trzeba zrobić: wyciąć niepotrzebną zieleń, odgruzować, nocą iluminować, postawić tablicę z historią, miejsce dla osoby, która będzie turystów wpuszczała, do tego regularnie kosić trawę. Jaki jest koszt takiej inwestycji ? Od kilkudziesięciu, do kilkuset tysięcy złotych w zależności od zabytku. Może trzeba zorganizować w Tworkowie kongres samorządowców z Dolnego Śląska, żeby zobaczyli na własne oczy, że chcieć to móc.

7/05/2011

Frankenstein

Powiem szczerze - chciałbym to doświadczenie mieć jeszcze przed sobą. Chciałbym któregoś dnia znów znaleźć się w tym miejscu po raz pierwszy w życiu. Za każdym razem - ilekroć tam jestem - pragnę tego samego. Żeby bez żadnego wcześniej powziętego zamiaru, ot tak, z przypadku, bez wyraźnego planu i powodu, nieoczekiwanie wysiąść z pociągu lub autobusu wprost pod pogodne późnoczerwcowe niebo. I z takim samym co wtedy, lekkim zamętem w myślach, tym jaki znają zakochani, a przeczuwający że żadna miłość nie może być wieczna, pójść ulicą pustą jak głowa. Wdychać zapach kwitnących akacji pomieszany z kurzem ulicznym i odkrywać za trzecią przecznicą widok otwarty wprost na pola, kępki lasów i Góry Sowie w tle.
Chciałbym jeszcze kiedyś, po raz pierwszy w życiu, wejść do tego miasta i nieść w sobie melancholię pomieszaną z odczuciem, że kiedyś już - sto lat temu ? dwieście ? jeszcze więcej ? - byłem już tutaj z jakiejś ważnej przyczyny. Tylko przelotem, tak jak teraz. Ale jest to po prostu niemożliwe. Bo nie można po wielokroć przeżywać tego samego po raz pierwszy. Można tylko szukać czegoś, łudzić się, nie znajdywać, szukać ponownie, znów bezskutecznie. I ostatecznie ratować się wspomnieniami.
Są miasta, które - choć niby te same - niegdyż były zupełnie inne. Nazywały się całkiem inaczej i dla swoich mieszkańców były odwieczną miłością, rajem, całym światem, a nie tylko dożywotnim wyrokiem. Dlatego nie sposób kiedykolwiek być w nich po raz pierwszy. Bo skądś znam to wszystko jak własną kieszeń, chociaż - przysięgam - jeszcze nigdy tutaj nie byłem. Może tylko we śnie. I nigdy nie ma tego pierwszego razu, bo wszystko jest po raz ostatni. Szkoda. 
Takich miast, w których jesteśmy jak w niebie, jest wiele. Praga, Florencja, Monachium, Paryż. I właśnie to, o którym zaraz opowiem, do tamtych w ogóle się nie umywające. Małe. Maleńkie. Prawie nic. Odkąd je znam, nie wątpię ani przez moment, że jest wielkim szczęściem znaleźć się w tym miasteczku - niegdyś dumnym mieście - choćby na krótkie pół godziny. Pogoda jest bez znaczenia, ale czerwcowe popołudnie po słonecznym dniu - najlepsze.




Tak o Ząbkowicach Śląskich napisał Henryk Waniek w książce "Inny Hermes" i się nie mylił. To wciąż niedoceniane miasteczko jest jednym z najpiękniejszych na Dolnym Śląsku. Jest także jednym z najlepiej zachowanych, bo nie zniszczyła go wojna, a czas PRL-u jedynie nieznacznie naruszył. Wciąż otoczone murami obronnymi, z ogromnymi ruinami zamku, cennymi świątyniami, wspaniałym ratuszem i najbardziej znaną atrakcją - Krzywą Wieżą, urzeka nie tylko w czerwcowe popołudnie. Zabytki są zaledwie uzupełnieniem dla urokliwych uliczek z malowniczymi zaułkami, z których wciąż wygląda bogata historia miasta. Jeżeli odrzuci się współczesne patologie, których i tutaj nie brakuje, to można zauważyć, że czas stanął w miejscu. Kiedyś nazywane Frankenstein być może było inspiracją dla autorki książki o potworze stworzonym z ludzkich zwłok przez doktora Frankensteina. Sprzyja temu miejscowa legenda o grabarzach wywołujących zarazę w mieście w 1606 roku. Atmosfera zbrodni to nic nadzwyczajnego w tej okolicy. W sąsiednich Ziębicach przecież mieszkał w latach dwudziestych XX wieku Karl Denke - najsłynniejszy europejski kanibal. Dzisiaj jedynie organizowane co roku weekendy z Frankensteinem i miejscowe muzeum przypominają te mroczne historie. Ząbkowice nazywane są również "Śląską Pizą" ze względu na niezwykłą dzwonnicę niebezpiecznie odchyloną od pionu. Ta ząbkowicka stoi wśród ładnych kamieniczek i sprawia wrażenie, że runie na ich dachy któregoś dnia. Kto jest chętny może z jej szczytu podziwiać panoramę miasteczka ze srebrogórską twierdzą na horyzoncie. Na ścianie sąsiedniego kościoła św. Anny możemy zobaczyć epitafium wnuka Wita Stwosza, a we wnętrzu nagrobki księcia Karola I Podiebrada i jego żony Anny. Wspaniały neogotycki ratusz jest kolejną charakterystyczną dominantą starego miasta, która kiedyś raziła swoją obcą w tym regionie architekturą, a dzisiaj już tylko zachwyca. A przecież to nie wszystko, bo w Ząbkowicach zachowała się duża liczba, jak na tak niewielkie miasteczko, kościołów i kaplic. Niektóre w ruinie, są takie, które zamieniono na inne potrzeby, lub pięknie wyremontowano. Historia atakuje turystę na każdym kroku, trzeba tylko pospacerować po staromiejskich zaułkach i ją dla siebie odkryć.












7/04/2011

Nie bądź obojętny na niszczenie dóbr kultury

Stale mamy roszczeniowy stosunek prawie do wszystkiego i do wszystkich. To nam nasze państwo powinno wszystko dać, nam inni powinni się pierwsi kłaniać, to my czujemy się niedowartościowani a przecież tacy jesteśmy wspaniali. My wiemy jak mają postępować drudzy, wiemy jak i co im doradzić a także jak zaszkodzić gdy nam podpadną. Ale najważniejsze to myśleć tylko o sobie. Ktoś wzywa pomocy – nie słyszę, kogoś biją – nie widzę ale gdy mnie to spotka to mam pretensje do wszystkich, że nie pomogli. Bo u nas bohaterem jest ten, który pomógł drugiemu chociaż była to sprawa oczywista. Uratował tonącego gdy na brzegu stało kilkadziesiąt osób, udzielił pierwszej pomocy podczas wypadku gdy inni się przyglądali itp, itd. My oczywiście też tak byśmy mogli ale jak już ktoś nas uprzedził to lepiej się nie pchać. A już w żadnym przypadku nie być świadkiem. Zeznania, chodzenie po sądach, komu to potrzebne. Bo nas to nie dotyczy.
  Podobnie ma się sprawa z naszą akcją. Prawie wszyscy w rozmowie są oburzeni, że niszczejącymi zabytkami nikt się nie interesuje – no może z wyjątkiem złodziei i że należy coś z tym zrobić. Oczywiście tym powinni się zająć „tajemniczy” inni bo to nie moje. A zresztą co ja mogę zrobić? Nic.
  I tu, że tak powiem „jest pies pogrzebany”. Nie wierzymy, ze mamy na coś wpływ. Nawet jako jednostka mogę zwrócić uwagę urzędu na fakt niszczenia mienia czy zabytku i nikt mi tego nie będzie miał za złe. Nie bójmy się podpisać listu swoim imieniem i nazwiskiem i żądajmy na niego odpowiedzi. W końcu to urzędy są dla ludzi a nie ludzie dla urzędów. Dlatego czym więcej listów zostanie wysłanych tym większą zwrócą uwagę na problem. Niech pracujący w nich urzędnicy uczciwie zarobią na swoją pensję.
  Zbliżają się wybory i nagle wzrosło zainteresowanie polityków zwykłymi ludźmi, ich życiem, marzeniami, oczekiwaniami. Aby zostać wybranym obiecają wszystko. Dziwne tylko, że chyba żaden z nich nic nie wspomina o ochronie zabytkowych a mało znanych obiektów. Temat jest bowiem bardzo niepopularny i śliski. Łatwiej jest bowiem obiecać darmową służbę zdrowia czy zniesienie podatków niż wyremontowanie konkretnej budowli. Naciskanie i ciągłe przypominanie ma więc cel a my możemy się także przyczynić do uratowania jakiejś części historii naszego kraju.




Aby wziąć udział w akcji wystarczy mieć 5 minut wolnego czasu na odebranie i wysłanie listu. I to jest cały wkład jaki wnosimy do akcji. Później możemy się chwalić, że my też zrobiliśmy coś pożytecznego dla następnych pokoleń.


zobacz więcej: http://cichomir.blog.interia.pl oraz http://ratujemypolskiezabytki.com.az.pl/

7/03/2011

Kto zniszczył zamek w Kamieńcu Ząbkowickim ?

Monumentalny zamek, a właściwie pałac powstał pod koniec XIX wieku z inicjatywy księżnej Marianny Orańskiej, a zaprojektował go wybitny architekt K.F. Schinkel. O wspaniałości tego miejsca krążą do dzisiaj legendy, które znajdują poparcie na starych fotografiach. Wspaniały pałac na tarasach, otoczony pięknym parkiem z fontannami zachował jeszcze cząstkę dawnej świetności. Spłonął w 1945 roku w wyniku celowego podpalenia przez Armię Czerwoną. Na pewno ?


Najlepszą monografią pałacu jaka wyszła dotychczas jest książka Marka Gaworskiego "Pałac w Kamieńcu Ząbkowickim - architektura, właściciele" Bogato ilustrowana i praktycznie wyczerpująca temat. Na końcu autor umieścił intrygujący list p. Zdzisława A. Wiktorowskiego, który miał okazję obserwować dzieło zniszczenia w latach powojennych. Poniżej kilka cytatów:

"(...)Rosjanie spalili - owszem, ale chyba przypadkowo - wozownie, które mieściły się w obmurzu północnym. Nie ulega za to wątpliwości, że wywieźli zapewne wiele dóbr ruchomych "co i ile się dało", bo wtedy wywozili zewsząd. Poza wozowniami uszkodzeniu uległo wnętrze jednej z północnych wież - chyba północno-zachodnia, ale czy akurat ta, dziś nie jestem pewien.(...)"
"(...)Zapamiętałem, że mówiono jakoby do wieży wpadła niewielka bomba, ale raczej inne było źródło wybuchu. Niewykluczone, że nastąpiło to jeszcze przed wkroczeniem Rosjan.
Poza tym główny korpus pałacu był nienaruszony!!!(...)"

Następnie autor opisuje wnętrza pałacu z pustymi ramami po obrazach wiszącymi na ścianach, boazeriami i ozdobami i nawet ogromnym kredensem na parterze!

"(...)Wkrótce pałac spotkał kolejny kataklizm: wywóz materiałów do Warszawy - podobno na budowę Pałacu Kultury. Wtedy zniszczono do reszty pomnik Nike, zwalając marmurową kolumnę(...)"
"(...)Niszczenie pałacu poszło lawinowo: tłuczono szyby, drewno szło na opał, wyrywano okna, podłogi, konstrukcje metalowe wywożono na złom, rozwalano co się dało np. sklepienia. Na początku lat 70-tych nie było już okien, podłóg, części posadzek, dziedziniec zarosły krzewy(...)"
"(...)Pałac niszczono ze szczególną pasją jako pozostałość niemiecką, a zatem obcą piastowskim korzeniom, za więcej niż cichą zgodą ówczesnych władz.(...)"




Warto sięgnąć po tą książkę i zapoznać się z listem w całości, a głównie z historią pałacu uwiecznioną również na licznych fotografiach archiwalnych.


Dzisiaj na każdym kroku podkreśla się, że to Armia Czerwona tak barbarzyńsko potraktowała pałac. Można to przeczytać niemal w każdym opracowaniu na jego temat. Krasnoarmiejcy niewiniątkami nie byli, mają na swoim koncie ogromną pożogę i zniszczenie, jednak ostatnio na każdym kroku wychodzi nasz udział w bezmyślnym demolowaniu, który nie tylko nie jest mniejszy, ale wręcz przerasta to co wydarzyło się w 1945 roku. Nie tylko skalą, ale i systematyką doprowadzania do ruiny kolejnych zamków, pałaców, dworów. Celowym niszczeniem wszystkiego co wpadło w ręce niektórych "pionierów" Ziem Odzyskanych. Minęło od tamtych chwil już sporo czasu, skąd zatem ciągle rozpowszechniane na każdym kroku opowieści o niszczycielskim działaniu Armii Czerwonej ? Czy to chęć zrzucenia wszystkich win na innych, żeby odsunąć od siebie podejrzenia ? Czy po prostu zwykła niewiedza popierana opowieściami miejscowych, nader chętnie opowiadających jak żołdacy "rubensami" czyścili buty, a strach przed tym, żeby nie wyszło na jaw, że chwilę później w miejscowych chlewikach świnie jadły z szuflad wyjętych z zabytkowej komody ? Że dla zabawy niszczono balustrady i wszelkie kamienne detale, a miejscowe zakłady kamieniarskie traktowały zamek jak kamieniołom ? Łatwiej powiedzieć przecież, że wzięli do Warszawy niż, że to zrobił sąsiad.
To nie jest tylko przypadłość Kamieńca Ząbkowickiego, bo na każdym kroku mamy do czynienia z takimi historiami. Co gorsza "Armia Czerwona" niszczy i plądruje w wielu wsiach do dzisiaj!