9/30/2011

Nieistniejący pałac w nieistniejącej wsi

Wieś, podobnie jak kilka innych z okolicy Żytawy i Bogatyni np. Gościszów, Rybarzowice, Pasternik, została pochłonięta w latach 90-tych XX w. przez kopalnię Węgla Brunatnego „Turów”. Zginęły bezpowrotnie pałace, dwory i wspaniale wyposażone kościoły. Zniszczono (rozebrano) m.in. niewielki pałac w Biedrzychowicach Górnych (Friedersdorf) i potężny budynek pałacowy w Gościszowie (Giessmansdorf - nie mylić z wsią spod Bolesławca), nie ma też już wspaniale wyposażonego kościoła w Biedrzychowicach, który obsługiwał obie wsie. Obie one należały do wieków do, potężnego na tym terenie, rodu v.Kyaw. Można tylko mieć nadzieję, że jego renesansowe i barokowe wyposażenie zostało gdzieś przeniesione. Nie ma też zbyt wielu przekazów ikonograficznych, obrazujących jak wyglądał pałac biedrzychowicki.

Warto jednak przez chwilę pochylić się nad jego historią i zastanowić nad bezmyślnym dziełem zniszczenia.

Biedrzychowicką linię rodu v. Kyau zapoczątkował Joachim Ernst mł. (*1641-†1694), który prawie całe swoje życie spędził w służbie wojskowej i dopiero w 1670 r. objął, w spadku po ojcu, połowę wsi Biedrzychowice (Friedersdorf) wraz z tzw. majątkiem rycerskim. Wkrótce, w 1680 r. wybudował „prawie od nowa” drewniany dwór, a nad wejściem kazał umieścić inicjały swoje i swojej żony:


I.E.v.K A.N.K.G.v.B

(Johann Ernst v.Kyaw) (Anaa Katharina v.Boblitz)

Omnia mihi Qui bene vixit non

Jesus non potest male mori

ANNO 1 6 8 0


Joachim Ernst zmarł w wieku 53 lat w 1694 r., a w kościele powstał dla nich okazały, kamienny nagrobek.

Jego starszym bratem był Johann Wilhelm v.Kyau (*1640-†1709), najstarszy syn spośród piętnaściorga dzieci Joachima Ernsta st. Miał 11 braci, własnych i przyrodnich, i wszystkich przeżył. Jako najstarszy dziedzic już w 1667 r. otrzymał po ojcu rodowy Gościszów wraz z należącą do niego drugą częścią Biedrzychowic. W 1658 r. udał się w podróż kawalerską po Europie, a po powrocie rozpoczął służbę w wojsku duńskim, zostając w 1661 r. kornetem. Powrócił w 1667 r. w randze kapitana i objął w posiadanie ojcowskie majątki.

W 1682 r. w niedzielę 19 kwietnia, spłonął dopiero co wybudowany „stary dwór” w Biedrzychowicach, między 1 a 2 popołudniu, gdy właściciele, a także mieszkańcy wsi, byli na nabożeństwie w kościele. Ogień został zaprószony w domu słodowym i błyskawicznie rozwinął się w ogromny pożar. W ciągu godziny spłonął dwór wraz z przyległymi budynkami gospodarczymi a także 14 domów we wsi. Pozostał tylko młyn i owczarnia. W starym, drewnianym dworze zginęła wówczas w ogniu jego dwuletnia córka Helena Adelgunda (urodzona 15 maja 1680 ), którą znaleziono w zgliszczach budowli dopiero następnego dnia. Pamięć tego tragicznego zdarzenia powracała potem we wsi przez wiele lat i corocznie, aż do 1745 r., w trzecią niedzielę po Wielkanocy, czczono w kościele ten dzień jako „Święto Pożaru”. Dwa tygodnie po pożarze ustawiono przed drzwiami kościelnymi w Żytawie (Zittau), a potem także w innych miejscach, misy, przeznaczone na zbiórkę datków na potrzeby pogorzelców.

Około 1694 r. dwór odbudowano, a na portalu wśród bogatych ornamentów znalazła się inskrypcja: „ Dom ten, wraz z budynkami dworskimi, został od podstaw odbudowany w 1694 r. przeze mnie Johanna Wilhelma v.Kyaw, pana na Giessmansdorf (Gościszów) i Friedersdorf (Biedrzychowice Górne), kapitana, po tym jak w 1682 r. żałośnie spłonął wraz z wszystkim i wraz z /moją/ córeczką, na skutek pożaru powstałego w domu słodowym”.

Johann Wilhelm był żonaty dwukrotnie: w 1671 r. z Marią Elisabeth v.Dreyling-Petersdorf zmarłą w wieku 39 lat w 1691 r. i potem z Johanną Sophie v.Ziegler-Klipphausen-Kunewalde, która przeżyła go, umierając w 1717 r., w wieku 52 lat. Był słabego zdrowia i często chorował. Po śmierci pierwszej żony, która dała mu 9 dzieci, z których większość wcześnie zmarła, przeleżał w łożu dwa lata. Obawiając się, że wkrótce umrze ufundował dla niej i dla siebie nagrobek w kaplicy w Gościszowie. Wkrótce jednak ożenił się ponownie i z drugiego związku miał jeszcze troje dzieci.

Zmarł w Gościszowie, wieku 69 lat, styczniu 1709 r., około siódmej wieczorem. W kościele w Biedrzychowicach Górnych znajdowało się „przepyszne, ale od 1806 r. nie widziane, epitafium z łacińską inskrypcją, zawierające także jego portret i dziesięć tarcz herbowych jego przodków”. Znajdował się tam także nagrobek jego drugiej żony.

W 1803 r. Ernst August Rudolph v.Kyau sprzedał Biedrzychowice Górne baronowi v. Einsiedel. Dawny barokowy pałac został rozebrany w 1813 r. i wówczas zostały odkryte fragmenty pierwszego, drewnianego dworu. Wtedy też powstał „masywny, okazały, sklepiony dom”, istniejący do czasów nam współczesnych. Na podstawie zachowanej XIX-wiecznej litografii można wnioskować, że budynek ten nie był zbyt oryginalny, ale zważywszy na epokę w jakiej powstał, mógł mieć charakter lekko klasycyzujący. Od 1820 r. sukcesywnie odbudowywano też budynki gospodarcze.

Z Johannem Wilhelmem v.Kyau wiąże się też pewna ciekawa historia. W 1686 r. przyjął na swój dwór brzemienną Turczynkę, którą podarował mu niejaki Pitzer, pasierb prokuratora skarbowego z Budziszyna (Bautzen). Była ona żoną janczara o imieniu Hassan i została przywieziona z Węgier jako zdobycz wojenna. Wkrótce po przybyciu do Gościszowa urodziła syna, który został ochrzczony w kościele w Biedrzychowicach jako Christian Gottlob Türk. Chłopiec zmarł w pałacu w Gościszowie w lutym 1690 r. W 1691 r. urodziła nieślubną córkę, której nadano imię Anna Rosina, ale potem nazywano ją „Turecką Różą (Turkenrose). Córka ta dożyła 1761 r. i pozostawiła liczne potomstwo, żyjące w obu wsiach. Sama Turczynka została ochrzczona w 1695 r. jako Christina Hassanin, jednak cała wieś wołała do niej „turecka chrześcijanka” (Türkenchristel). Miała 13 szlacheckich świadków chrzestnych, ponieważ uroczystość chrztu wypadła w dzień ślubu właściciela posiadłości. Zmarła w 1720 r.


Małgorzata Stankiewcz.
Źródło: C.G.Mrawek, Geschichte von Friedersdorf, Giessmansdorf und Zittel bei Zittau, Zittau 1863.

9/07/2011

Daszów - agonia

Pałac w Daszowie jest jednym z bardziej charakterystycznych tego typu obiektów na Śląsku. Sprawia to wysunięty ryzalit wejściowy z wolutowym szczytem, którego odpowiednika w tym kształcie trudno szukać w innych rezydencjach. Ta ozdoba jest nieco dziwaczna jeżeli spojrzymy na prostą bryłę pałacu zbudowanego na rzucie litery "L" pozbawionego w innych elewacjach architektonicznych fajerwerków. Szczęśliwie ten element zachował się dzisiaj najlepiej, ale na jak długo ?


Pałac powstał w XVII wieku, ale na poczatku XVIII wieku był powiększany i rozbudowywany w stylu barokowym. Należał do rodów von Saurma i von Tschammer.
Na starych fotografiach widać paradny podjazd z balustradą i rzeźbami, po którym nie ma dzisiaj żadnego śladu. To nie jedyne zmiany, bo rezydencja jest kompletną ruiną bez perspektyw na przyszłość. Katastrofa przyszła po 1945 roku, jak dla większości pałaców i dworów na terenie Dolnego Śląska. Do 1965 roku był użytkowany jako szkoła, ale już wtedy wykorzystywano na te cele tylko parter. Pozostała część niszczała. Mimo tego do niedawna budynek był jeszcze nakryty dachem. Wchodząc do wnętrza widać na ścianach resztki dawnego wystroju z kasetonowym sufitem. Dalej iść nie warto bo w każdej chwili mogą runąć pozostałości ścian i stropów. Elewacje od strony dziedzińca i parku gęsto porastają drzewa skrywające świadka ludzkiej bezmyślności.



We wrześniowy poranek po okolicy przechadzają się zagraniczni turyści robiący sobie zdjęcia z zabytkiem w tle. Nagle jeden z nich podchodzi z kolorowym zdjęciem w ręku, na migi pokazując, żeby porównać sobie pałac. Widać na nim zdewastowany ale jeszcze zadaszony obiekt. Zrobione było całkiem niedawno, co widać na dacie w narożniku fotografii. Kiwają głowami, wsiadają do samochodu z zachodnimi numerami rejestracyjnymi, zaparkowanego obok pałacu i odjeżdżają. Nam pozostaje tylko wstyd.


9/05/2011

nowości na stronie 05.09.2011 - zabytki na północy województwa

Północna część województwa dolnośląskiego jest niesłusznie pomijana przez turystów, jako region mało ciekawy o monotonnym rolniczym krajobrazie. Nie sprzyja wycieczkom powszechne zaniedbanie tamtejszych zabytków oraz fatalny stan dróg. Jak się spojrzy na mapę, wtedy okazuje się, że można na miejscu zobaczyć ogromną liczbę pałaców, wspaniałe zabytki sakralne i malownicze, zapomniane miasteczka.
Na początek stolica powiatu - Góra. Nad miejscowością góruje gotycka bryła kościoła p.w. św. Katarzyny Aleksandryjskiej, a wokół niej ciasno zabudowane uliczki z kamieniczkami głównie z XIX wieku. Mimo powszechnego zaniedbania warto po nich pospacerować, żeby odkryć niezwykle malownicze zaułki. Na drugim końcu miasteczka wznosi się baszta Bramy Głogowskiej będąca najokazalszą pozostałością dawnych murów miejskich. Ich spore fragmenty oplatają stare miasto wraz ze smętnymi pozostałościami zamku. Góra z pewnością zasługuje na to, żeby ją bliżej poznać.




W okolicy znajduje się dość duża liczba pałaców i dworów. Niemal wszystkie zaniedbane lub zrujnowane. Na przykładzie obiektów zamieszczonych na stronie można prześledzić różne etapy ich dewastacji, charakterystyczne nie tylko tutaj, ale w skali całego kraju.

Na początek eklektyczny pałac w Brzeżanach, który jest opuszczony ale zamknięty i wciąż nadający się do remontu. Wokół zniszczony folwark obrazujący co stanie się z tym obiektem po jakimś czasie, jeżeli nie zostaną podjęte odpowiednie kroki, żeby przywrócić go do wcześniejszego stanu lub chociaż zabezpieczyć.


Kolejny etap zobaczymy niedaleko, we wsi Glinka, gdzie miejscowy pałac nie ma już okien, jego wnętrze jest zniszczone, a walący się dach wróży nieciekawą przyszłość. Tylko piękna brama wjazdowa wciąż zachwyca swoim misternym detalem.


Pałac w Daszowie jest kompletną ruiną. Tam resztki dachu zawaliły się całkiem niedawno, a we wnętrzach wciąż widać elementy dawnego wystroju. Wszystko w stanie agonalnym, bez nadziei na lepszą przyszłość.


W Czerninie marazm i bieda jest widoczna na każdym kroku. Tylko ruina pałacu, ratusz oraz kościelne wieże obrazują, że tak nie było zawsze. Otoczona fosą rezydencja wciąż zachowała imponujące mury z narożnymi bastejami i resztką wystroju elewacji. Wokół niej morze ruin. W miejscu dawnego kościoła ewangelickiego, którego wieża wciąż stoi, zbudowano garaż dla miejscowej OSP, przy fosie stoi buda i dziki ogródek, a jedynym obiektem, który tętni życiem jest blok wybudowany dla miejscowego PGR. Pięknie wyremontowany kościół katolicki jest niestety odosobnionym przypadkiem.


Ponadto na stronie znalazł się zespół poklasztorny w Głębowicach (powiat Wołów) stopniowo przywracany do dawnej świetności.


Prusice leżące przy ruchliwej trasie Wrocław-Poznań jest oazą ciszy i spokoju. Stojący w rynku ratusz i okazałe kamieniczki wyróżniają je od większych wsi. W narożniku widać dzwonnicę gotyckiego kościoła pw. św. Jakuba, w murach którego kryje się prawdziwy skarb sztuki sepulkralnej - okazałe mauzoleum Hatzfeldów. Niestety, niemożliwe do zobaczenia dla turystów będących w Prusicach bez zapowiedzi. Inna świątynia zasługująca na uwagę to dawny neorenesansowy kościół ewangelicki. Patrząc na portal ratusza przypominamy sobie sceny nieśmiertelnej komedii "Wyjście awaryjne", kręcone w tym miejscu. Być może idąc przykładem Lubomierza Prusice powinny wyciągnąć te wydarzenia do swojej promocji. Remontowany rynek warto będzie pokazać szerokim rzeszom turystów.



9/02/2011

Śląski ślad w dziejach Pieniężna i Lęborka na Pomorzu

Jest to bardzo niewielki ślad, ot imię śląskiego rycerza, który został jednym ze znaczniejszych dowódców krzyżackich w wielkiej wojnie Polski z Zakonem Krzyżackim, nazwanej później „wojną trzynastoletnią - 1454-1466. Jest ono znane w historii tej wojny, ale o samej postaci niewiele wiadomo.

Zwał się Caspar v.Warnsdorff, znany w latach 1446-1462 i pochodził z Witkowa (Wittgendorf) pod Szprotawą (Sprottau). Wraz z bratem Nickelem, znanym dwa lata dłużej, posiadali też wieś Leszno Górne (Oberleschen). Obaj bracia znaleźli się w wojsku zaciężnym, poprowadzonym przez książęta żagańskie Balthasara i Rudolpha na wojnę Zakonu Krzyżackiego z Polską. Weszli tym samym w skład licznych przedstawicieli szlachty śląskiej i czeskiej, która wspierała Krzyżaków już od bitwy pod Grunwaldem w 1410 r.

W 1455 r. zostali wymienieni w spisie poręk, jakie śląskie rycerstwo udzieliło wojsku na wypłatę zaległego żołdu w związku z tą wojną. Książę Balthasar żagański zatwierdził 5 września 1455 jako swoich posłów (ambasadorów) przy Wielkim Mistrzu Ludwigu v.Erlichhausen: Botho v.Ileburg, Heinricha v.Haugwitz i Nickela v.Warnsdorf. Von Ileburg był dawnym dowódcą wojsk zaciężnych i członkiem rady Wielkiego Mistrza w 1438 r., którego Zakon spłacił dając mu dobra na Pomorzu (Antonin-Sonnewalde, k.Elbląga). Był on landwójtem Dolnych Łużyc i radcą margrafa Friedricha II, oraz brandenburskim posłem do Wielkiego Mistrza w 1454 r. Książęta Balthasar i Rudolf otrzymali od Wielkiego Mistrza skrypt dłużny na 40.000 guldenów reńskich, które były żołdem dla nich i ich żołnierzy za udział w wojnie. Był to czas, gdy dowódcy wojsk najemnych buntowali się przeciwko Wielkiemu Mistrzowi Zakonu, który ich nie spłacał

Nickel Warnsdorff był w latach 1454-57 (lub nieco dłużej) zaciężnym krzyżackim i dowódcą roty. Wraz z Oldrzychen Czerwonką brał udział w rozmowach na temat spłaty zadłużenia krzyżackiego, prowadzonych z Rutgerem v.Birken, rajcą i burmistrzem toruńskim (1447-71 r.). Oldrzich Czerwonka z Ledecza (†1471) początkowo także zaciężny, przeszedł w 1457 r. na stronę polską i został starostą malborskim. Od 1 lipca do 26 października 1456 r. Nickel był wymieniany kilkakrotnie jako jeden z ważniejszych dowódców a także w związku z finansowymi rozliczeniami Wielkiego Mistrza.

W dniach 12 i 14 listopada 1458 r. Zakon ustanowił nowych starostów miejskich: Georga v.Schlieben w Olsztynie (Altenstein), Martina Frodnacher w Reszlu (Rössel) i Caspara v.Warnsdorff w Pieniężnie (Mehlsack). W 1461 r. był już dowódcą wojsk krzyżackich w Lęborku (Lauenburg), koło Gdańska i 15 stycznia tego roku Bernard v.Zinnenberg (Szumborski) dowódca zaciężnych w Chełmnie, Golubiu i Świeciu, informował go o próbach zdobycia zamku w Świeciu i spaleniu mostów łączących go z przedzamczem. Bernard pochodził z Moraw i wstąpił na służbę Związku Pruskiego, przechodząc następnie na stronę zakonu, był od 1457 r. do swej śmierci w 1470 r. starostą kilku miast i jednym ze znaczniejszych i zarazem okrutnych dowódców krzyżackich. W nocy z 16/17 września 1462 r. stoczono pod Świecinem (Schwetzin), k.Wejherowa, jedną z największych bitew wojny trzynastoletniej. Jednym z dowódców był Szumborski, który wezwał wówczas posiłki z krzyżackich zamków z Pomorza Gdańskiego i wśród nich także załogę z Lęborka. Miasto to należało do państwa krzyżackiego do 1454 r., następnie krótko do króla polskiego i od 1455 r ponownie do Zakonu. W tym roku weszły tam także zaciężne wojska krzyżackie, które spustoszyły okręg lęborski. Na terenie tym było stosunkowo najwięcej zwolenników Zakonu, popieranego nawet przez część chłopstwa. Bitwa pod Świecinem zakończyła się wielkim zwycięstwem armii polskiej, śmiercią naczelnego wodza krzyżackiego Friedricha v.Raveneck (miał pochodzić ze Śląska) i śmiercią około 1000 jego ludzi, w tym 250 rycerzy. Z dowódców miał się uratować tylko Caspar v.Nostycz (dowódca z Chojnic), który zbiegł z pola walki. Po bitwie, przyprowadzono do polskiego obozu tylko 70 jeńców, duża ich część zmarła potem w Gdańsku w czasie zarazy. Dalsze losy Caspara v.Warnsdorf nie są znane, być może zginął pod Świecinem.

Jednak to nie jedyni rycerze z rodu v.Warnsdorffw, którzy znaleźli się w czasie wojen polsko-krzyżackich na Pomorzu. W bitwie pod Grunwaldem walczyli bowiem w latach 1410-1411, pośród masy śląskiego rycerstwa - Franz v.Warnsdorff właściciel Witkowa i Gościszowa (Giessmansdorff) pod Bolesławcem wraz ze swym bratem Nickelem, prawdopodobnie ich ojciec i wuj. Po bitwie Nickel dostal się do polskiej niewoli, a Franz, jako jeden ze specjalnych wysłanników Wielkiego Mistrza Heinricha v.Plauen i tzw. „znamienity gość Zakonu”, uczestniczył w pertraktacjach ze stroną polską w sprawie rozejmu, niekorzystnych aspektów pokoju toruńskiego i zapłaty okupu za jeńców. Wszyscy jeńcy krzyżaccy (w tym także zaciężni, a więc i Nickel v.Warnsdorff) zostali spisani i następnie uwolnieni, po warunkiem stawienia się w Krakowie 29 września 1410 r. Zakon zobowiązał się zapłacić królowi polskiemu sumę 100 tysięcy kóp czeskich groszy za uwolnienie wszystkich jeńców, cały też czas prowadził rokowania w sprawie rozejmu i form odszkodowania. Rokowania prowadzono na wyspie wiślanej pod Toruniem. W dniu 20 grudnia 1410 r. czterech wziętych pod Grunwaldem rycerskich jeńców, zobowiązało się w Krakowie, pisemnie, do zapłacenia sumy wyznaczonego okupu: 100-200 kóp groszy czeskich i dostarczenia po 1 pancerzu i po 2 kusze. Ponieważ na dokumencie nie ma żadnych pieczęci rycerskich, można wysnuć wniosek, że okup został zapłacony, a pieczęcie zwrócone rycerzom. Jednym z nich był „Niclosβ de Warnsdorff , który zapłacił za swe uwolnienie 150 kop groszy. Powrócił on wraz ze swym bratem na Śląsk, gdzie żyli jeszcze przez wiele lat.

Tekst pochodzi z niepublikowanej monografii rodu v.Warnsdorff.
Małgorzata Stankiewicz, Wrocław, 2011

Zaginiony świat

Dolnośląskie zabytki po 1945 roku spotkał prawdziwy kataklizm. Zniszczony został dorobek wielu pokoleń jego mieszkańców. Część budynków spłonęła, a ich wyposażenie zostało rozkradzione i wywiezione do ZSRR oraz w inne zakątki Polski. Skalę grabieży łatwo sobie wyobrazić jeżeli uświadomimy sobie, że z kilkuset pałaców nie zachowało się praktycznie żadne wyposażenie wnętrz. Meble, obrazy, przedmioty codziennego użytku, biżuteria, pamiątki gromadzone przez lata przepadły. To, czego nie zdołali wywieźć krasnoarmiejcy i ich brygady trofiejne dokończyły władze i nowi mieszkańcy. Efekt jest dzisiaj widoczny na każdym kroku - pożoga i zniszczenie. Te wnętrza pałaców i zamków, które jeszcze w jakiś szczątkowy sposób przetrwały bardzo często dzisiaj niszczeją tak jak ma to miejsce w Bożkowie. Jeżeli ktoś chciałby tropić losy mebli i obrazów, zapewne znalazłby je w warszawskich i nie tylko urzędach, z tymi najważniejszymi na czele. Być może wśród mebli pochodzących z "poniemieckiego pałacu" przechadza się prezydent lub premier naszego kraju, nie wiedząc nawet o ich pochodzeniu. Znane są przypadki identyfikacji takich zabytków w najmniej oczekiwanych miejscach. Na Dolnym Śląsku nie ma dzisiaj prawie nic.

muzeum w Kętrzynie

Podobne losy przechodziły rezydencje dawnych Prus Wschodnich, czyli dzisiejsza Warmia i Mazury. Podobne, nie znaczy, że tam było tak samo. Historia pokazuje, że po zakończeniu II wojny światowej rewindykacją i ochroną zabytków na północnych kresach Polski zajęli się ludzie bez antyniemieckich uprzedzeń i starali się ratować, co tylko było możliwe. Niewiele w tamtych czasach można było zdziałać, tymczasem urzędnicy tacy jak Jan Grabowski lub Cecylia Vetulani pod groźbą utraty stanowiska gromadzili to co ocalało. Było tego niewiele, ale dzięki takim działaniom możemy dzisiaj w muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie, w pałacu Dohnów w Morągu lub w muzeum na zamku w Kętrzynie podziwiać świadków dawnej historii tych ziem. Sztandary, obrazy, skrzynie, rzeźby, nawet duży kartusz herbowy zniszczonego pałacu w Arklitach. Ekspozycja nie jest wielka, ani nie poraża bogactwem. Spełnia za to swoją rolę, pokazując pogmatwaną historię swojego regionu. Świat, który odszedł na zawsze. Podziwiamy ją i zastanawiamy się dlaczego prawie nic nie ocalało na nieporównywalnie bogatszym Dolnym Śląsku.

9/01/2011

Perły czy odgrzewane kotlety ?

Perły w koronie 2011 rozstrzygnięte. Na Dolnym Śląsku zwyciężył pałac w Jedlince, wyprzedzając Warmątowice Sienkiewiczowskie i zamek Czocha. Na ostatnich miejscach ulokowały się pałac Paulinum, zamek Bolczów i zamek w Karpnikach. Na początek trzeba sobie zadać pytanie czym jest perła. Według Wikipedii:  perły tworzą się w małżach słonowodnych, niektórych małżach słodkowodnych, sporadycznie również w ślimakach. Najczęściej stanowią reakcję na ciało obce, które wniknęło między muszlę małża a jego płaszcz lub do wnętrza płaszcza. Są one więc ukryte i aby je zdobyć trzeba wydobyć je z muszli.
Idąc tym tropem pierwsze miejsce w konkursie jest jak najbardziej zasłużone. Pałac w Jedlince jest wyjątkowy ponieważ nie pełni funkcji stricte komercyjnej, ale i kulturalną. Można obiekt zwiedzać i poznawać jego historię bez żadnych przeszkód, a ekspozycja jest niezwykle ciekawa i pomysłowa. To jest prawdziwa perła. Drugie miejsce już może budzić więcej emocji ponieważ pałac w Warmątowicach Sienkiewiczowskich zobaczymy jedynie zza ogrodzenia lub tylko wtedy, jeżeli jest w nim organizowana jakaś impreza. Ostatnio został pięknie wyremontowany, ale ta perła wciąż pozostaje w swojej muszli. Niedostępna dla śmiertelników. Nie można tutaj tworzyć żadnych zarzutów bo prywatny właściciel włożył duże środki finansowe w uratowanie tego obiektu i ma prawo korzystać z niego jak sobie życzy.


Kontrowersje budzą kolejne miejsca, bo jakim odkryciem jest zamek Czocha, pałac w Wojanowie, Chojnik czy zamek Książ ? Zna je chyba już każdy w Polsce i szturmują je tysiące ludzi więc reklama jest tutaj niepotrzebna patrząc na to jakim zainteresowaniem się cieszą. W zasadzie można było się zastanawiać nad tym już przy nominacjach. Jaki jest sens umieszczania tych samych obiektów co rok, jakby więcej ich w regionie nie było ? Może lepiej pokazać ich mniej, a za to rokrocznie coś zupełnie nowego ? Przecież na Dolnym Śląsku jest kilkaset pałaców i dworów, z których kolejne kilkaset jest warte umieszczenia na liście. Być może są zniszczone i zrujnowane, ale z pewnością są perłami. Może warto je wydobyć i pokazać szerszej liczbie miłośników bo w ten sposób można im przecież pomóc znaleźć nabywcę, zainteresować ich stanem urzędników, zawstydzić odpowiedzialnych za ich zniszczenie. Może to temat na inny konkurs... Zamek Książ lub zamek w Kliczkowie są perłami bez żadnego plebiscytu. Trzeba poszukać czegoś, co jeszcze tkwi w swojej muszli i czeka na szerszą prezentację.