11/19/2011

Niezwykła fontanna

Tuż obok ratusza w Gryfowie Śląskim stoi bardzo ciekawa fontanna. Wokół wysokiej kolumny umieszczono postacie bawiących się dzieci. Na postumencie leży porzucony tornister, na szczycie kolumny znajdują się medaliony z herbami miasta, Neptuna i Nereidy, a u podstawy cztery figury gryfów. Powstała w 1908 roku  i jest dziełem berlińskiego rzeźbiarza Arnolda Künne. Był on autorem min. pomnika cesarza Wilhelma I w Złotoryi, pomnika Strzelców w Oleśnicy lub fontanny Trzech Cesarzy na rynku w Ostródzie. Tylko to ostatnie dzieło przetrwało do naszych czasów na terenie Polski i oczywiście gryfowska fontanna.

 

Została postawiona na pamiątkę ukończenia miejskich wodociągów (1905 rok), ale skąd figury bawiących się dzieci ? Z tym wiąże się miejska legenda:

Był to jeden z pięknych słonecznych jesiennych dni. Dwaj przyjaciele z tornistrami na plecach szli do szkoły. Ale jak tu siedzieć cały dzień w ławkach, gdy wrześniowe słońce świeci tak mocno i woda szumi kusząco. Sami nie wiedząc kiedy, zamiast w szkole znaleźli się w pobliskim lesie, wspinali się na drzewa i zaglądali do ptasich gniazd. Po kilku godzinach wrócili do miasteczka, aby ugasić pragnienie zimną wodą z miejskiej studni. Rzucili tornistry, ochlapywali się nawzajem i wtedy zauważyli dym wydobywający się z okna jednej z kamienic. Gdy się rozejrzeli, okazało się, że pożar objął już kilka budynków. Co robić? Niewiele osób zostało w miasteczku, większość mieszkańców pracowała w polu. Sami nie ugaszą pożaru! Chłopcy pobiegli w stronę ratusza. Weszli na wieżę i z całych sił ciągnęli za sznury, uruchamiając ratuszowe dzwony. Na dźwięk dzwonów ludzie zaczęli zbiegać się ze wszystkich stron. Na szczęście pożar szybko ugaszono. A chłopcy? Nikt już nie pamiętał, że byli na wagarach, wszyscy mówili tylko o bohaterskich dzieciach, które uratowały miasto. Na pamiątkę postawiono na gryfowskim Rynku rzeźbę przedstawiającą chłopców beztrosko bawiących się przy fontannie.


11/16/2011

Dolnośląskie koszmary PRL - Mirsk

Mirsk jest małym, niezbyt bogatym, ale bardzo ciekawym miasteczkiem. Na szczęście zachował w większości swoje wspaniałe zabytki z kościołem parafialnym i ratuszem na czele. Jak dodamy do tego piękną kaplicę cmentarną i ruiny kościoła ewangelickiego oraz zachowany dawny układ urbanistyczny z kamieniczkami, których rodowód sięga przynajmniej XVIII wieku lecz w większości mają dzisiaj XIX-wieczną szatę to jest on atrakcyjnym przystankiem dla każdego turysty. Zaletą jest też położenie, tuż przy znanym kurorcie - Świeradów Zdrój. Mimo tych atutów niewielu odwiedza Mirsk, a ci którzy przyjadą i staną na środku rynku mogą przeżyć szok estetyczny. Bloki z czasów PRL i tego typu zabudowa na terenie starych miast w zasadzie nie dziwi, ale to co widzimy na rynku w Mirsku poraża. Ludzie, którzy zdecydowali się na postawienie tych budynków na pewno nie zasługują na miano architektów lub urbanistów. To musiał zrobić ktoś, kto nie miał wyczucia, kultury i elementarnego poczucia smaku. Jakaś litościwa ręka (może nawet ta sama?) namalowała linią na blokach "daszki". Ciężko powiedzieć czy jest to nawiązanie do sąsiedniej zabudowy, czy po prostu ktoś zauważył jaką zbrodnię wyrządzono tkance miejskiej i zasygnalizował że to był błąd. Nie pomogło. Te banalne klocki powinny zniknąć, ale znając życie przeżyją kolejne rozwalające się kamienice i będą szpeciły Mirsk na wieki.

 "wyczucie skali"

 "nawiązanie do istniejącej zabudowy"

 podwórko przed kościołem

 narożnik rynku - przyszło nowe - poziomem nawiązało do "starego"

też strasznie, ale w skali

11/14/2011

nowości na stronie 14.11.2011

Na stronie pojawiły się nowe zabytki lub aktualizacje już istniejących.

Szczątki pałacu w Olszanach, a właściwie portal wejściowy z fragmentem ściany mający dzisiaj symboliczny wymiar obrazujący działalność dolnośląskich PGR i specyficznej myśli konserwatorskiej dzięki której to kuriozum oglądamy dzisiaj w takiej postaci.


Dla pałaców w Bronowie i Sadach Górnych właściwie nie ma już żadnej nadziei. Niszczeją od lat i chyba tylko cud może je uratować.



Ruiny kościoła ewangelickiego w Gostkowie:


Wspaniałe zabytki sakralne Starych Bogaczowic są mało znane szerszemu gronu miłośników Dolnego Śląska. Widać na miejscu jak dobrą pracę wykonał Szlak Sakralnej Sztuki Barokowej im. Michaela Wilmanna oraz lokalne władze stawiając tablice informacyjne, tworząc miejsca odpoczynku dla turystów co pozwala poznać lepiej tą zazwyczaj omijaną obojętnie miejscowość. Na razie jeszcze wiele brakuje, patrząc na zaniedbany klasztor, ale pierwszy krok został wykonany.


Ponadto aktualizacje zdjęć z miast, miasteczek, miejscowości takich jak:














11/09/2011

Wygrać z czasem, złodziejami i wandalizmem...

Otacza nas bylejakość, chaos i kicz. Żyjemy w zdegradowanym otoczeniu nad którym ktoś już dawno stracił kontrolę. Jakość i architektura większości powstających wokół nas budynków odrzuca i przeraża. Zapanował brak reguł, poszanowania dla tradycji, którą wypracował człowiek przez lata. Wszechobecne reklamy, tarasujące ulice tysiące samochodów, plątanina wszelkiego rodzaju sieci, chaotyczna i tandetna zabudowa znieczuliły nas na piękno. W zasadzie rzadko mamy z nim do czynienia, stąd może tkwi w głębi duszy tęsknota za uporządkowanym światem widzianym na starych pocztówkach. Chcemy mieć wokół siebie chociaż jeden przedmiot pochodzący z tamtych czasów, gdy nie produkowano wszystkiego masowo w milionach sztuk, nadając każdemu z nich indywidualne cechy. Z czasów kiedy dzieła sztuki były wyznacznikiem zamożności, dobrego gustu i statusu ich właściciela. Na aukcjach staroci lub na czarnym rynku krążą setki przedmiotów pochodzących z kradzieży bo istnieje popyt na antyki, stare meble, zabytkową kamieniarkę. W latach 90-tych okazało się, że zdobycie tej ostatniej stało się bajecznie proste. Setki opuszczonych zamków i pałaców nie było chronione w żaden sposób i całkiem spore pieniądze były dla złodziei na wyciągnięcie ręki. Bezpowrotnie zginęły portale, opaski okienne, rzeźby, balustrady, płyty nagrobne, sarkofagi, kartusze herbowe masowo wykuwane i wywożone za granicę. Cięte na kawałki, przerabiane, składane w różnych konfiguracjach tworzących zupełnie nowe kreacje i "dzieła sztuki" za niewielkie pieniądze. Jednak wiele z nich ocalało do dzisiaj, tylko czy wyciągnęliśmy jakieś wnioski z lekcji jaką dało nam życie ?


W zrujnowanych kościołach, zamkach, pałacach wciąż możemy natknąć się na zachowany detal kamieniarski, epitafia, rzeźby, portale. W wielu przypadkach silnie zniszczone. Nie pilnowane w żaden sposób są wystawione na pastwę złodziei lub wandali. Dlaczego, jeżeli istnieje coś takiego jak transfer zabytku i lapidaria. Na co czekamy ?


Koszt wywiezienia tych elementów w bezpieczne miejsce nie jest wysoki, a korzyści z tego wynikające warte każdej ceny. Nie można udawać, że niektóre obiekty będą nagle odbudowane lub będą gorzej wyglądały, bo skorupom bez żadnej przyszłości niepotrzebne są już ozdoby. Poza tym przecież należy takie przemieszczenie potraktować jako swoisty depozyt. W przypadku odbudowy zabytku w każdej chwili można zwrócić je na swoje pierwotne miejsce.


Oprócz ratowania cennych detali i rzeźb jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy - tworzenie w otoczeniu większych skupisk ludzkich miejsca gdzie mieszkańcy i turyści będą mogli obcować z tym pięknem bez żadnych przeszkód. Tworzenie lapidariów, ścieżek historyczno-dydaktycznych daje szansę na uatrakcyjnienie nieciekawych miast, a przede wszystkim stają się one swoistą "reklamą" obiektów z których pochodzą. Najważniejsze że można uratować chociaż cząstkę czegoś, co jest skazane na zagładę. Trzeba tylko tego chcieć.


Aby sobie wyobrazić skutki takich działań wystarczy spojrzeć na bogate Zagłębie Miedziowe, które pod względem zadbanych zabytków jest na szarym końcu nawet w skali Dolnego Śląska. Wielki i bogaty przemysł nie poczuwa się do mecenatu nad dziełami sztuki w swoim regionie i nie dba o otoczenie swoich "włości". W tej okolicy oprócz miedzi bogactwem są wspaniałe pałace - niemal wszystkie w ruinie. Bogate miasta i biedna prowincja tworzą specyficzny kontrast. Niestety, zamożność miast nie przekłada się na ich estetykę. Ciężko znaleźć osobę, która uzna Lubin lub Polkowice za miejsca atrakcyjne dla turystów. Czy przeniesienie na teren dawnego zamku w Lubinie kamieniarki niszczejącej w okolicznych pałacach nie dodało by mu atrakcyjności ? Dlaczego nikt nie pomyślał przy tworzeniu kiczowatego "Starego Miasta"w Głogowie nad nadaniem mu pewnej autentyczności poprzez wmurowanie w ściany nowych "kamienic" oryginalnych detali, które nie mają żadnych szans na przetrwanie ?


Można się zastanawiać nad etycznym wymiarem tak radykalnego postępowania z zabytkami, ale trzeba sobie wyobrazić że złodzieje i wandale nie mają takich skrupułów. Nie ma nic nadzwyczajnego w tego typu działaniach. Wystarczy spojrzeć na wrocławskie skwery ozdobione rzeźbami pochodzącymi z nieistniejących rezydencji, dzierżoniowskie mury obronne z wmurowanymi portalami zburzonych kamienic. Takie elementy są również w Lubaniu, Bolesławcu, Świdnicy i wielu innych miastach. To wciąż za mało. Kontrowersyjny i ciekawy przykład "lapidarium" jest w Opolu, ale gdyby nie transfer to rzeźby z parków pałacowych w Kopicach i Biestrzykowicach by przetrwały do dzisiaj ? Wątpliwe, patrząc jaki los spotkał to co pozostało na miejscu. W takim razie na co czekamy ?


Obecna doktryna konserwatorska uznająca pozostawienie zabytków w swoim pierwotnym otoczeniu nie pasuje do czasów w jakich żyjemy. W wielu przypadkach się skompromitowała dostatecznie, żeby zmienić sposób postępowania ocalić to co możliwe. Czasu jest coraz mniej. Jeżeli ktoś ma jeszcze wątpliwości powinien zobaczyć zamieszczony poniżej film:


11/08/2011

Pan Samochodzik i zabytki Dolnego Śląska

Tytuł prowokacyjny bo tytułowy bohater nigdy na Dolnym Śląsku nie był co wzbudza zdumienie. Nie ma w Polsce bardziej "skarbowego" regionu owianego legendami o ukrytych podczas wojny nieprzebranych bogactwach. Dlaczego w takim razie autor tej popularnej serii nie umieścił akcji żadnej ze swoich książek w tym miejscu pozostanie już na zawsze tajemnicą. Można się pokusić jedynie o krótka analizę opartą na jego życiorysie i twórczości.


Dlaczego to takie ważne ? Przecież to tylko literatura dla dzieci i młodzieży, która z założenia nie ma większego znaczenia. Nic bardziej mylnego. Przygody bohaterów serii miały ogromny wpływ na wychowanie dzisiejszych 30-sto, 40-sto, 50-ciolatków i starszych. W czasach PRL zaczytywali się oni w pełnych przygód powieściach, których akcja w zdecydowanej większości toczyła się w zamkach, pałacach, lub dotyczyła zabytków. W końcu główną postacią był detektyw poszukujący z ramienia Ministerstwa Kultury i Sztuki zaginionych skarbów. To dzięki Zbigniewowi Nienackiemu młodzi czytelnicy poznali historię templariuszy, krzyżaków, wolnomularzy i wiele innych, nawet jeżeli ta historia nie była do końca zgodna z prawdą. Najważniejsze, że pisarz miał niezwykły talent do tworzenia intrygi i opisywania miejsca akcji, co na długo pozostawało w pamięci. Działało to na wyobraźnię młodych czytelników i zaszczepiało w nich szacunek do zabytków i historii. Pod tym względem Dolny Śląsk, który nie pojawił się nigdy na kartach powieści stracił bardzo wiele.

Należy się zastanowić dlaczego pominięty został region w którym każda wieś ma swoją historię o ukrytych skarbach, ma najwięcej zabytków i najwięcej tajemnic do odkrycia. Autor nie znał Dolnego Śląska i nigdy tu nie był ? Zanim został pisarzem mieszkał w Szklarskiej Porębie, gdzie pracował w domu dziecka. Na pewno zdążył poznać miejscowe legendy, zabytki, nawet w ograniczonym zakresie. Może ten okres miał wpływ na późniejszą tematykę jego książek ? W takim razie dlaczego nigdy nie wspomniał o tym w późniejszym czasie ? Jedynym wyjaśnieniem mogą być niemiłe wspomnienia podczas pracy w górskim kurorcie do których nie chciał wracać.

Innym wątkiem może być działalność pisarza w okresie powojennym. Dał się on poznać jako zagorzały zwolennik systemu, który gorliwie propagował. Wielce prawdopodobne jest to, że brał udział w zwalczaniu AK-owskiego podziemia, co opisał w jednej ze swoich książek "Worek Judaszów". Ziemie Odzyskane były w tym czasie mekką odrzuconych przez system dawnych żołnierzy, gdzie próbowali oni w dalszym ciągu prowadzić walkę i sabotaż lub ukryć się w tłumie przesiedleńców. Niechęć i strach przed nimi mógł mieć wpływ na późniejsze pomijanie terenów Śląska w swojej twórczości.

Z drugiej strony trzeba pamiętać, że dolnośląskie zamki i pałace zostały zamienione na PGR-y gdzie gospodarka wołała o pomstę do nieba. Dbałość o zabytki była znikoma. Praktycznie nie istniały one jako "atrakcje turystyczne", a ich historia miała być wymazana z pamięci na zawsze. Taka scenografia nie była niczym zachęcającym do opisywania. Nienacki, który słynął ze swojego oportunistycznego podejścia do życia wolał się pewnie nie narażać opisami niemieckich pałaców wobec władzy. Jest tylko jedno "ale" - w "Księdze Strachów" bohaterowie poruszają się po "Ziemiach Odzyskanych" - po Pojezierzu Myśliborskim, gdzie jest poniemiecki pałac, pamiętnik hitlerowskiego zbrodniarza, wojna wywiadów, wszystko okraszone propagandowym komentarzem. "Niemieckie" skarby też pisarza nie przerażały, bo wojennych depozytów szukają bohaterowie w mazurskich jeziorach, Fromborku, koło Torunia. Chyba jednak nie tutaj tkwi problem.

Już nigdy się nie dowiemy dlaczego na kartach powieści nie ma zamku Książ, wieży w Siedlęcinie lub zamku Grodziec. W tym muszą tkwić osobiste przeżycia pisarza lub brak zainteresowania obcym dla niego Śląskiem. Istotne jest to, że wychowani na jego książkach młodzi czytelnicy przemierzają dzisiaj szlaki w poszukiwaniu przygody, nawet jeżeli w naszych cywilizowanych czasach jest to znacznie utrudnione. Fenomen tej serii sprawił że starsi już dzisiaj czytelnicy w dalszym ciągu sięgają po lekturę z dzieciństwa, powstają prace magisterskie i doktoraty na ten temat, a Pan Samochodzik jest dzisiaj ikoną PRL obok kapitana Klossa i "Czterech pancernych i psa".

Po śmierci pisarza powstały kontynuacje. Pisane przez różnych autorów, których wspólnym mianownikiem jest niestety brak talentu. Postacie są papierowe, dominuje przemoc i prostacki język. O opisach nie ma nawet co wspominać, chyba że chodzi nam o opisy telefonów komórkowych, samochodów lub broni. Jedno wielkie literackie dno. Nie było by o czym wspominać gdyby nie dwie ciekawsze pozycje z tej serii, których akcja toczy się w dolnośląskich zabytkach: "Pan samochodzik i zamek Czocha", "Pan samochodzik i królewska baletnica", "Pan samochodzik i perły księżnej Daisy". Szczególnie ostatnia pozycja, autorstwa Igi Karst oddaje klimat dawnych powieści. Pozostałe książki trzeba pominąć milczeniem. Może chociaż one zainteresują młodego czytelnika tak samo jak fascynowały powieści Nienackiego ? Trzeba trzymać kciuki bo "takie jest będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie". W tym wychowaniu dużą rolę odgrywa literatura, po którą tak niechętnie sięgają dzisiaj młodzi ludzie.

Filmowa kapliczka

Przy wjeździe z Wrocławia do Trzebnicy mijamy po prawej stronie ukrytą wśród zieleni kapliczkę. Przed pierwszymi zabudowaniami musimy skręcić w prawo na gruntową drogę tuż obok tej ciekawej budowli. Położona na niewielkim pagórku kaplica powstała według tradycji w miejscu, gdzie św. Jadwiga wypoczywała podczas swoich podróży do Wrocławia. Dzisiaj jest to budynek w stylu barokowym do którego prowadzi z obu stron niewielka aleja lipowa. W jej wnętrzu znajduje się ołtarz z obrazem przedstawiającym modlącą się św. Jadwigę.




To ciekawe miejsce docenili filmowcy kręcący tutaj sceny do filmów "popiół i Diament" oraz "Czterej pancerni i pies". Szczególnie znana jest ta pierwsza, w której Maciek Chełmicki, grany przez Zbyszka Cybulskiego oraz jego towarzysze, dokonują zamachu na partyjnych dygnitarzy. Stojąc w tym samym miejscu dzisiaj i przeglądając filmowe kadry nie sposób nie docenić niezwykłego uroku tego miejsca, które przez lata niewiele się zmieniło.



11/07/2011

Lapidarium przemysłowych baronów

W połowie lat 70-tych XX wieku zakłady przemysłowe i robotnicy w nich pracujący byli oczkiem w głowie ówczesnej władzy, która dbała także o ich wypoczynek. W ten sposób postanowiono stworzyć oazę, gdzie strudzeni ciężką pracą ludzie mogli by w pięknym otoczeniu zbierać siły i chwalić swoich dobroczyńców. Na obrzeżach Bogatyni powstał Ośrodek Wypoczynku Świątecznego Elektrowni "Turów". Miejsce urokliwe i ładnie położone stanowiące kontrast w porównaniu ze zdegradowaną przez kopalnię odkrywkową okolicą. Dzieło natury jednak nie wystarczyło żeby zadowolić twórców tego zakątka, którzy postanowili je upiększyć sprowadzoną z dolnośląskich pałaców kamieniarką. Jak podaje w swojej książce "Losy rezydencji dolnośląskich w latach 1945-1991" Romuald Łuczyński, nad brzegiem stawu znalazły się balustrady i rzeźby pochodzące z pałacu w Radomierzycach, kwiaton z Dębowego Gaju, ozdobne kraty i kolumny pałacu w Modłej. Wszystko w uzgodnieniu z konserwatorem zabytków! To specyficzne lapidarium już w latach 80-tych XX wieku było poważnie zniszczone. Dzisiaj zostały tylko smętne resztki postumentów, tralek i innych zniszczonych elementów, a sam ośrodek mimo, że wciąż zachował swój naturalny urok, jest zdewastowany i zaniedbany. Co się stało ze wszystkimi elementami kamieniarskimi i rzeźbami które go dawniej "zdobiły" ? Jak podaje Słownik Geografii Turystycznej Sudetów tom. 2 - kamieniarka miała być zwrócona do pałacu w Radomierzycach w przypadku podjęcia na miejscu remontu. W bogatyńskim ośrodku pozostały po niej już tylko ślady.







To nie jest jedyny przykład artystycznych ambicji dawnych dyrektorów elektrowni "Turów". Według niektórych informacji, lwy zdobiące dawniej wejście do pałacu w Siedlimowicach powinny znajdować się dzisiaj przed biurowcem elektrowni. Niestety nie udało się tej informacji zweryfikować na miejscu. Być może w Bogatyni i okolicach znajdują się jeszcze inne fragmenty dolnośląskich pałaców.

11/05/2011

Kuriozalna odbudowa

Pałac w Brzegu Dolnym przypominał kiedyś francuskie zamki znad Loary. Analogię stwarzała nie tylko jego forma, ale również położenie nad brzegiem Odry. W 1790 roku właściciel rezydencji Karl Georg Heinrich von Hoym zatrudnił znanego architekta Karla Gottharda Langhansa do przebudowy skromnego pałacu oraz otaczającego go parku. Z tych czasów zachowała się do dzisiaj w niezmienionej formie oficyna będąca siedzibą Urzędu Miasta. W 1849 roku kolejni właściciele nadali rezydencji formę eklektyczną, wypełniając wnętrza cennymi obrazami, meblami i pamiątkami. Kres świetności przyniósł 1945 rok kiedy pałac spłonął.

Wydawać by się mogło, że tym razem historia była łaskawa dla tego miejsca ponieważ w latach 50-tych XX wieku nastąpiła odbudowa, co jest dość rzadkim przypadkiem w skali Dolnego Śląska. Niestety, to co oglądamy dzisiaj jest cieniem dawnego pałacu, a właściwie poza rzutem nie ma z nim nic wspólnego. "Uproszczona odbudowa" to dość delikatne określenie obrazujące ten kuriozalny pomysł. Wystarczy porównać jak zabytek wyglądał dawniej z tym co widzimy na własne oczy odwiedzając Brzeg Dolny. Właściwie ciężko znaleźć jakiekolwiek podobieństwo tych dwóch budowli.

Pałac dawniej. Zdjęcie pochodzi z http://wroclaw.hydral.com.pl. Tam można zobaczyć więcej pocztówek pokazujących dawną rezydencję w Brzegu Dolnym.

Pałac dzisiaj:

11/04/2011

Filmowa demolka z happy endem

W poprzednim wpisie wspomniany został pałac w Siemianicach, który jest dzisiaj niedostępny do zwiedzania. Okazuje się że każdy z nas może jednak zobaczyć jego wnętrza jeszcze przed remontem, oglądając polski thriller z lat 90-tych pod tytułem "Gniew". Siemianicka rezydencja "zagrała" w nim opuszczony dom położony w lesie, do którego docierają główni bohaterowie, a za nimi młodociani bandyci. Gwiazdorska obsada (Artur Żmijewski, Renata Dancewicz, Rafał Maćkowiak), szybka akcja i niesamowity klimat zaniedbanego domu tworzą dość ciekawą mieszankę, która jednym przypadnie do gustu, innych zniesmaczy. Ciężko powiedzieć czy demolka na ekranie dotknęła oryginalne wyposażenie jakie zastali na miejscu filmowcy, czy tylko sprowadzone do tego celu atrapy, ale to już przeszłość.



Dzisiaj zabytek jest wyremontowany. Nie jest to miejsce odludne, lecz centrum wsi na obrzeżach Obornik Śląskich. Kadry z filmu pokazują jak bardzo zmieniło się w Siemianicach przez lata na lepsze.