3/28/2013

Walka o zabytki czy dobre imię instytucji państwowych ?

Dolnośląski Wojewódzki Konserwator Zabytków we Wrocławiu delegatura w Jeleniej Górze wydał postanowienie dotyczące prac wykonywanych przez Lasy Państwowe na terenie zabytkowego parku w Maciejowcu:

POSTANOWIENIE Nr 68/13

Na podstawie art. 89 pkt 2, art. 92.1 pkt 6, art. 36, ust. 1 pkt 1 ustawy z dnia 23 lipca 2003 r. o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami (Dz. U. Nr 162 poz. 1568 z późn. zm.), § 4 ust 1 - 2 oraz § 15 ust 1 i ust 2 rozporządzenia Ministra Kultury z dnia 9 czerwca 2004 r. w sprawie prowadzenia prac konserwatorskich, restauratorskich, robót budowlanych, badań konserwatorskich i architektonicznych, a także innych działań przy zabytku wpisanym do rejestru zabytków oraz badań archeologicznych i poszukiwań ukrytych lub porzuconych zabytków ruchomych (Dz. U. Nr 150, poz. 1579) oraz art. 97 § 1 pkt 4 ustawy z dnia 14 czerwca 1960r. - kodeks postępowania administracyjnego (tekst jednolity z 2000 r. Dz. U. Nr 98, poz. 1071 z późn. zm.)

Postanawiam

zawiesić postępowanie z urzędu w sprawie wydania decyzji pozwolenia na prowadzenie robót budowlanych przy zabytku wpisanym do rejestru zabytków tj. Parku w miejscowości MACIEJOWIEC w zakresie dokończenia budowy czterech brodów: Brodu nr 1- w 10%, brodu nr 2 - w 10%, brodu nr 3 - w 10% oraz umocnienie brzegowe kaszycami - w 37% ponadto dokończenie szlaku zrywkowego w 10%.

Rozpatrzenie tej sprawy i wydanie decyzji zależy od uprzedniego rozstrzygnięcia zagadnienia wstępnego przez inny organ tj. Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Departament Ochrony Zabytków w Warszawie w związku z odwołaniem wzniesionym przez Stowarzyszenie „Monitoring Zabytków" reprezentowane przez Arkadiusza Gutkę, od Decyzji nr 146/13 z dnia 25 lutego 2013r. wydanej przez Dolnośląskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków we Wrocławiu w związku z umorzeniem postępowania w części wykonanych robót budowlanych na terenie zabytkowego parku w Maciejowcu wpisanego do rejestru zabytków bez stosownego pozwolenia Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków.

W nawiązaniu do art. 100 § 2 KPA, uwzględniając, że zawieszenie postępowania z przyczyn określonych w art. 97§ 1 pkt 4 mogłoby spowodować niebezpieczeństwo dla ludzi albo poważną szkodę dla interesu społecznego, Wojewódzki Konserwator Zabytków we Wrocławiu Delegatura w Jeleniej Górze informuje, że przesłał pismem z dnia 15.03.2013r. odwołanie Stowarzyszenie „Monitoring Zabytków" do rozpatrzenia zgodnie z kompetencjami przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Departament Ochrony Zabytków w Warszawie z adnotacją, że nie znalazł podstaw do uchylenia lub zmiany swojej Decyzji nr 146/13 z dnia 25.02.2013r w myśl art. 132 § 1 KPA.

Na postanowienie w sprawie zawieszenia postępowania służy stronom prawo odwołania do Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Warszawie za moim pośrednictwem w terminie 7 dni od dnia jej doręczenia.


Nadleśnictwo Lwówek Śląski postanowiło walczyć o swe "dobre imię" i interes Skarbu Państwa kierując wezwanie do Arkadiusza Gutki - prezesa stowarzyszenia "Monitoring Zabytków"

Mając na uwadze dotychczasowe stwierdzenia dotyczące Nadleśnictwa Lwówek Śląski oraz osoby Nadleśniczego zawarte w Pańskiej bezpośredniej lub kierowanej do wiadomości korespondencji - oczekuję dokonania stosownych sprostowań i wyjaśnień co do stawianych zarzutów przekazywania fałszywych informacji oraz łamania prawa przez tut. Nadleśnictwo.

Zaznaczam, iż jako jednostka Lasów Państwowych działamy w imieniu i interesie Skarbu Państwa, zaś pozostawienie takich gołosłownych zarzutów naruszających nasze dobre imię bez reakcji wskazywałoby na niewłaściwe wypełnianie funkcji ukonstytuowanej przez odpowiednie przepisy.

W związku z powyższym brak ze strony Pana oczekiwanej reakcji zmusi tut. Nadleśnictwo do podjęcia kolejnych kroków prawnych w sprawie - do wszczęcia postępowania karnego włącznie.

Powyższe wezwanie traci swój ugodowy wymiar po tygodniowym okresie oczekiwania na dokonanie stosownych sprostowań z Pańskiej strony.

3/21/2013

Katowice - "polskie Chicago"

Katowice w powszechnej opinii nie należą do miast atrakcyjnych turystycznie chociaż jest to opinia bardzo krzywdząca. Kto zechce je poznać bliżej na pewno nie będzie zawiedziony:

Katowice to miasto, które powstało w skutek bardzo gwałtownego rozwoju przemysłowego
w XIX i XX wieku. Zostały przyłączone do Polski w roku 1922, stając się stolicą nowego województwa śląskiego, z własną autonomią i siedzibą Sejmu Śląskiego. Władze bardzo szybko musiały zmierzyć się z problemem braku zarówno budynków administracji publicznej, jak i lokali mieszkalnych dla zwiększającej się liczby mieszkańców miasta.


Architekci i urbaniści dołożyli wszelkich starań, by sprostać temu wielkiemu wyzwaniu. Wśród nich wymienić należy: Tadeusza Michejdę, Karola Schayera, Zbigniewa Rzepeckiego, Lucjana Sikorskiego, Tadeusza Kozłowskiego, Leona Dietzd'Arma, Jadwigę Dobrzyńską i Zygmunta Łobodę.
Ta faza rozwoju miasta pozwoliła stworzyć wyjątkowy SZLAK MODERNY KATOWICKIEJ, którego kanwę tworzy 16 budynków wybranych spośród całej zabudowy modernistycznej z lat 20-tych i 30-tych XX wieku przez Śląskie Centrum Dziedzictwa Kulturowego w Katowicach. Są to obiekty prezentujące różnorodność funkcjonalno-użytkową o unikatowej, międzywojennej architekturze modernistycznej, dzięki której Katowice nazywane były „polskim Chicago”.


Trasa wyznaczona przez w/w budynki ma nazwę Szlaku Moderny i długość około 5,5 kilometra.
W celu ułatwienia dostępu do informacji na temat katowickiej architektury modernistycznej, w pobliżu budynków tworzących szlak zostały ustawione infokioski z prezentacją multimedialną.























Wędrując szlakiem moderny przy okazji spotykamy po drodze wspaniałe kamienice eklektyczne, monumentalne gmachy użyteczności publicznej, imponującą katedrę wraz z otoczeniem, doskonałe przykłady powojennej architektury modernistycznej, zadbane parki, miejsca które pamiętają wielkie wydarzenia historyczne, cmentarze gdzie znajdują się groby zasłużonych Ślązaków. Gdy dodamy do tego zabytki poprzemysłowe, robotnicze osiedla zabytkowe, tonące w zieleni lasów otaczających miasto widzimy że jest to wbrew stereotypom miejsce pełne atrakcji. Być może jeszcze nie nadszedł dla niego właściwy czas, ale stworzony Szlak Moderny może być pierwszym krokiem do zmiany wizerunku i zaproszenia turystów na katowickie ulice.

3/19/2013

Nieistniejące pałace - podsumowanie

Opisane wcześniej, zrównane z ziemią pałace i dwory Śląska to tylko fragment smutnej rzeczywistości. Do zestawienia zostały wybrane te najbardziej okazałe, najpiękniejsze, najbardziej znaczące historycznie. Straty "powojenne" to kilkaset obiektów, z których tylko część została zniszczona podczas walk. Reszta jest efektem naszej niegospodarności, niechlujstwa, braku poszanowania dla historii. W końcu do teraz uważamy śląskie dziedzictwo za coś obcego, nawet jeżeli jest to paranoiczne podejście do własnej ojczyzny jaką jest dzisiaj także ta ziemia.


Przez 68 lat nikt nie kiwnął palcem żebyśmy zaczęli szanować nasze otoczenie i spuściznę historyczną, nie robi tego nikt dzisiaj. Opisane historie gdy wyburzany jest renesansowy lub barokowy pałac, bez wiedzy konserwatora lub za jego przyzwoleniem, a prokuratura nie widzi w tym znamion przestępstwa są wciąż aktualne. Każdy, kto zechce w tej chwili zniszczyć zabytek może być niemal pewny że nie spotka go za to żadna kara.


Warto także zadać sobie prowokacyjne pytanie, czy bylibyśmy szczęśliwsi gdyby te wszystkie wspaniałe pałace przetrwały do naszych czasów ? 

Wątpliwe. 

Komu są one dzisiaj potrzebne ? Ludziom śledzącym z wypiekami karierę coraz dziwniejszych celebrytów, podziwiających popisy bohaterów reality show, czy goniących za promocjami w blaszanych marketach ? Turystom ? Większość z nich wybiera hotelowy basen gdzieś na egipskim wybrzeżu w ofercie all inclusive, a nie zwiedzanie opuszczonych ruder.


One na pewno byłyby opuszczone, zrujnowane, opanowane przez hordy meneli, zarośnięte po pas chaszczami, obsrane i obrzucane butelkami po tanich winach, ogołocone ze wszystkiego co da się sprzedać za chociaż 5 złotych. Taka jest kultura ich nowych gospodarzy, której brak tłumaczony jest zazwyczaj brakiem pieniędzy. Może i lepiej że nie widzimy tej degrengolady bo mamy dość takich obrazków na śląskiej (i nie tylko) prowincji.


Cieszą się pewnie urzędnicy, którzy mają dzięki temu mniej kłopotów i pracy, cieszą się mieszkańcy wsi ponieważ nic nie szpeci ich krajobrazu poza własnym bałaganem na podwórku, cieszą się wszyscy obywatele ponieważ pieniądze wyrzucane ich zdaniem w błoto (czyli na renowację zabytków) można wydać na służbę zdrowia i biedne dzieci. Przynajmniej naiwnie wierzą że tak się dzieje. Cieszą się "patrioci" że to niemieckie ohydztwo przepadło, nawet jeżeli w jego miejsce nie powstało nic poza górą śmieci. Tych, którym żal jest tak naprawdę garstka... 


Gdyby kiedyś miał powstać pomnik upamiętniający to barbarzyństwo i głupotę powinien mieć kształt resztek pałacu w Olszanach koło Świdnicy. Ten symboliczny obrazek nie wymaga komentarza...

Olszany, Pałac
źródło: fotopolska.eu

3/18/2013

Zapomniane epitafium w Pielaszkowicach

Pielaszkowice, mała wieś w pobliżu Mieczkowa, (pow. strzegomskim) znana była z kilku znaczących faktów z historii regionu i do 1945 r. pozostawała własnością rodu v.Buddenbrock. Stał tu dwór, przebudowany po połowie XVIII w. na rozległy pałac. W założenie wkomponowano starszą, renesansową budowlę i fosę, a otoczenie przekształcono w barokowy ogród, a następnie w starannie utrzymany park krajobrazowy Dziś wszystko to jest zrujnowane, budowla grozi w każdej chwili całkowitym zawaleniem, dawne aleje są ledwo czytelne, a całość wygląda tak, jak wiele innych śląskich zabytków tego typu. To „stadium rozpaczliwej agonii” jak ktoś powiedział. Nie o pałacu jednak chcę opowiedzieć, ale o jednym z twórców jego dawnej świetności.

Wieś posiadała niegdyś kościół katolicki, który został zburzony w czasie wojny 30.letniej, a resztki tej budowli i wieży były widoczne jeszcze w 1853 r. Stał on na terenie zachowanego do dziś cmentarzyka, na którym stoi neogotycka kaplica, prawdopodobnie z początku XX w.. W otaczający cmentarzyk mur wmurowano dwie późnorenesansowe płyty nagrobne, zachowane z dawnego kościoła i kilka późniejszych epitafiów inskrypcyjnych. Uwagę zwraca jedno z nich, bardzo silnie zniszczone, z nieczytelną inskrypcją i nierozpoznawalnymi herbami. Mimo daleko posuniętej destrukcji widać, że miało wysoką wartość artystyczną. Można teraz jedynie powiedzieć, że poświęcone było wysoko postawionemu szlachcicowi w służbie wojskowej i że płyta pochodzi z XVIII w. Szukajmy więc dalej.

Kto to może być ?

Pielaszkowice/Pläswitz wraz z kilkoma innymi majątkami śląskimi należały w 1 połowie XVIII w. do Beaty Abigail v.Siegroth (*1700-†1770), odziedziczone po pierwszym mężu Karlu Gottliebie v.Nostitz (†1731). Nie posiadająca potomstwa Beata w 1745 r. wyszła ponownie za mąż za feldmarszałka Wilhelma Dietricha v.Buddenbrock (*1672-†1757). Była znana ze swojej działalności charytatywnej i religijnej, finansowała budowę m.in. zboru w Piotrowicach Świdnickich/Peterwitz i kilka ewangelickich szkół w swoich majątkach. Pomagał jej w tym drugi mąż finansujący pomoc dla najbiedniejszych rodzin, fundator przytułku w Piotrowicach, który łożył na jego utrzymanie. Był bohaterem wojennym I Wojny Śląskiej, ciężko rannym w bojach i wielokrotnie odznaczonym najwyższymi odznaczeniami wojskowymi (w tym Order Czarnego Orła – 1739. Do końca życia nosił w sobie jedną z kul, której nie udało się usunąć. Tuż przed śmiercią zapisał jeszcze 1000 reichstalarów do podziału na biednych ze swoich majątków. Mieszkał na stałe w zamku w Piotrowicach i został pochowany w krypcie tamtejszego kościoła, zmarł jednak we Wrocławiu. Jego majątki odziedziczyły dzieci z pierwszego małżeństwa, pasierbowie Beaty Abigail. Tuż przed śmiercią utworzyła ze swoich dóbr majorat, dający prawo dziedziczenia najstarszemu synowi (lub krewnemu w przypadku braku męskiego potomka), bez możliwości dzielenia tego majątku. W jego skład wchodziły: Pielaszkowice/Plaswitz, Sokolniki/Zuckelnik, Mieczków/Metschkau i folwark Johnsdorf, na pograniczu powiatów strzegomskiego i średzkiego. Ona sama zmarła w 1770 r., w wieku 70 lat, w swoim pałacu w Łażanach/Laasan i została pochowana koło męża.

W wyniku podziału majorat odziedziczył 63 letni syn Buddenbrocka - Johann Jobst Heinrich Wilhelm (*1707-†1781), który z ten sposób zapoczątkował pielaszkowicką linię rodu v.Buddenbrock. Zaraz też w 1770 r. otrzymał od cesarza śląski inkolat - prawo pozwalające pełnić miejscowe urzędy, uznawane w Prusach. W tym, samym roku został odznaczony najwyższym odznaczeniem pruskim - Orderem Czarnego Orła był też rycerzem zakonu joannitów. W 1771 r. przybył po raz pierwszy do Pielaszkowic, wraz z czwartą już żoną Charlotte Augustą v.Wartensleben (*1736-†1794), byłą damą dworu księżnej Augusty Ferdinady pruskiej i poślubił ją w 1669 r.. Powitani zostali bardzo uroczyście na dziedzińcu pałacu, a pastor wygłosił z tej okazji uroczystą przemowę. Po dwóch, spędzonych tu miesiącach, powrócili do Berlina, gdzie jak się zdaje dość często przebywali. Nie mieli wspólnych dzieci.

Johann, syn z pierwszej żony, był dumą ojca, od najmłodszych lat przysposabiany do kariery wojskowej, jeszcze za jego życia uzyskał rangę generalmajora, odpowiednik generała brygady. W bitwie pod Dobromierzem/Hohenfriedeberg (1745), w której jego ojciec dowodził jednym skrzydłem kawalerii, został ciężko ranny w głowę. Gdy wybuchła wojna siedmioletnia (1753) z powodu stanu zdrowia (prawdopodobnie choroba oczu) musiał opuścić pole walki i został wtedy komendantem Brzegu. Darzony przez króla Fryderyka II wielkim zaufaniem, został mianowany (1759) przełożonym korpusu kadetów w Berlinie (Goeverneur über Cadetten Corps), a gdy obejmował spadek w 1770 r. posiadał już rangę generalleutnanta, czyli generała dywizji. Jemu przypisuje się ostateczną, późnobarokową, rozbudowę, pałacu i założenie parku, co mogło być powiązane z tym, że po zakończeniu tej wojny (1763) otrzymał od króla dużą sumę pieniędzy na rozbudowę jego śląskiego majątku. Johann zmarł w 1781 r., wieku 75 lat, i został pochowany wraz z trzema poprzednimi żonami w kościele garnizonowym w Berlinie. Z pierwszą, słynącą z niezwykłej urody, spędził 27 lat życia i miał 3 dzieci, druga zmarła rok po ślubie przy porodzie, a trzecia po kilku miesiącach. Ponieważ w czasie ostatniej wojny został on całkowicie zniszczony, krypty zostały ekshumowane i szczątki pochowane we wspólnej mogile na cmentarzu Stahnsdorf, pod Berlinem.

Majątek odziedziczył syn z pierwszej żony, Wilhelm Dietrich, który także bardzo dbał o swoich poddanych i dzięki jego usilnym staraniom, w 1775 r. powstała w Pielaszkowicach i Sokolnikach nowa szkoła dla dzieci. Był Kawalerem krzyża Joannitów i kanonikiem kolegiaty St. Mauritius w Halberstadt. Zmarł, w 1800 r., w wieku 56 lat i został pochowany w Pielaszkowicach.

Powstaje zasadnicze pytanie: skąd wzięło się na murze tak okazałe XVIII-wieczne epitafium, skoro nie było we wsi kościoła, brak też przekazu o istnieniu murowanej kaplicy. Dopiero w 1748 r., za zgodą króla, wybudowano zbór w sąsiedniej wsi Mieczków, gdzie stał już zresztą kościół katolicki. Należało do niego pięć pobliskich gmin.

Epitafium powstało nie w miejscu pogrzebania, ale dla upamiętnienia zasłużonej postaci. Mogło posiadać pierwotnie jakąś obudowę (np. zwieńczenie), a jego obecne, przypadkowe usytuowanie, nie jest pierwotnym. Żaden z dwóch generałów v.Buddenbrock nie umarł w tym majątku, ani nie został tu pochowany, wnuk zaś zapewne spoczął bezpośrednio w ziemi na cmentarzu. Może to być epitafium zarówno Wilhelma Dietricha jak i Johanna, a różnica dat ich śmierci wynosi niewiele ponad 20 lat.

Analiza stylistyczna epitafium mogłaby wskazywać na połowę XVIII w. Dla tego czasu jest też charakterystyczna męska peruka zwana allonge, noszona przy galowych strojach, podobnie jak uczesanie kobiety z upiętych wysoko, drobnych loków, z wpiętą z boku łodygą kwiatu (?). Twarz męska przypomina też zarysem portret Wilhelma Dietricha, dzieło Antoine de Pesne (lata 30-40. XVIII w.), podobnie jak w delikatnej twarzy kobiety można upatrywać podobieństwa do jej portretu, tego samego malarza.* Twarze jego syna i wnuka, także znane z portretów, maję jednak podobne cechy, świadczące o rodzinnym podobieństwie. Trzeba też pamiętać, że w konwencji takich przedstawień, twarze nie miały cech portretowych, ale były ponadczasowo młode i urodziwe. Tak bowiem zmarli mieli pozostać w pamięci potomnych. Na szyi mężczyzny zwisa coś co przypomina zarys gwiaździstego Orderu Czarnego Orła, może to jednak tylko sugestia.

Przy popiersiach pary małżeńskiej wyobrażono dwie, siedzące na chmurach, postacie kobiece, skłaniające się w ku nim. Lewa, to dostojna matrona w chuście na głowie, trzymająca księgę i krzyż - personifikacja Wiary (Eclesii), upodobniona nieco do Matki Boskiej. Prawa, to młoda kobieta trzymająca prawdopodobnie gorejące serce, symbol miłości bożej i gorliwości w wierze. Jej fryzura jest jakby lekko antykizująca (?), co przemawiałby za czasem powstania około 1780 r.. Ponieważ głowy zmarłych także są zwrócone do siebie, wzrok patrzącego kieruje się ku środkowi pomnika. W ten sposób zaakcentowano wzajemną więź, łączącą małżonków. Oba popiersia na okrągłych cokołach, ukształtowane są na wzór rzymskich biustów portretowych, tworzących galerie antenatów. Półka, na której stoją, przykryta jest fałdzistą draperią w taki sposób, że nabrała kształtu konchy muszli, która jak wiadomo ma symbolikę funeralną i eschatologiczną. Całą jej powierzchnię pokrywa nieczytelna inskrypcja, opisująca zapewne całe, pełne triumfów wojennych, życie przedstawionego bohatera. Dołem wyobrażono dwa herby, otoczone spoliami: szablami, proporcami i sztandarami, bębenkami, trąbkami hejnałowymi, jest też armata i dwie kule armatnie z otworami po lontach.

A więc czyje ?

W pierwszym przypadku mogło być poświęcone starszemu z v.Buddenbrocków, zmarłemu w 1757 r., a wtedy fundowałby je syn i dziedzic Pielaszkowic po 1770 r., czyli po objęciu majątku, chcąc upamiętnić ojca i przybraną matkę, zasłużonych w opiece nad gminą.

Druga ewentualność zakłada, że miało upamiętnić, i to wydaje się bardziej prawdopodobne, zmarłego w 1781 r., Johanna Wilhelma, syna starego feldmarszałka. W takim wypadku mogła je wystawić wdowa Charlotte Augusta v.Wartensleben, pochodząca z Saksonii, która go przeżyła o 13 lat. Zmarła w Berlinie i tam, ją pochowano. Niestety rzeźbiony herb kobiety z epitafium jest zupełnie nieczytelny, a to w nim tkwi odpowiedź na postawione pytanie.

Małgorzata Stankiewicz
historyk sztuki, autorka książki "Gościszów - dzieje zamku"

*oba wystawione do sprzedaży w domu aukcyjnym Hampel w München, 2007


Literatura, wybór:

L.v.Zedlitz-Neukirch, Neues preussisches Adelslexicon, Bd 1, Leipzig 1836, s.325.

J.C.Schultz, Nachrichten über die Gründung und Erbauung der evangelischen Kirche zu Metschkau/.../, Breslau 1842., s. 12-22.

E.H.Kneschke, Neues allgemeines deutsches Adels-Lexicon, Bd 1, Leipzig 1859, s.127.

[online]: de.wikisource.org/.../ADB:Buddenbrock,_Johann_Jobst_Heinrich_Wilhelm.

Nieistniejące pałace (15)

Nie tylko na Dolnym Śląsku po 1945 roku w bezmyślnie zniszczono dziesiątki wspaniałych rezydencji. Biorąc pod uwagę proporcje, górnośląskie zabytki spotkał podobny pogrom.

Nieistniejący pałac w Sławęcicach był już opisywany we wpisie Relikty przeszłości

źródło: fotopolska.eu

Podobnego w stylistyce pałacu w Świerklańcu także nie ma. Według Wikipedii:

(..)w 1876 roku niedaleko starego zamku Guido Henckel von Donnersmarck wybudował jako prezent dla swojej żony Blanki de Paiva – nową rezydencję w stylu Ludwika XIII zwaną popularnie "Małym Wersalem". Pałac zaprojektował Hector Lefuel (nadworny budowniczy Napoleona III). Zamek i pałac zostały splądrowane i podpalone w 1945 r. i ostatecznie zniszczone w czasach PRL. W 1962 roku bez wiedzy ówczesnego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków wysadzono resztki ruin zamku. Z zespołu pałacowego do dzisiaj ocalały baseny, tarasy i fontanny, Pałac Kawalera oraz kościół z grobowcami rodziny. Autorem rzeźb na tarasie, które ocalały do dziś, był Emanuel Fremiet. Dwie pochodzące z parku pałacowego rzeźby lwów znajdują się w Zabrzu (zdobią wejście do parku przy ulicy 3 Maja), natomiast brama do pałacu zdobi dziś wejście do ogrodu zoologicznego w chorzowskim parku rozrywki.(...)

źródło: fotopolska.eu

Stojący kilkaset metrów dalej "Stary Zamek", którego historia sięgała czasów piastowskich został potraktowany w równie barbarzyński sposób (Wikipedia):

Ruiny w 1957 roku Wojewódzki Konserwator Zabytków wpisał do rejestru zabytków. W 1960 roku podjęto decyzję o rozbiórce spalonych w czasie wojny części XIX wiecznych (nie uznawanych ówcześnie za cenne) i odrestaurowanie odsłoniętych w ten sposób murów z okresu średniowiecza. W dniu 20 grudnia 1961 roku Ministerstwo Kultury i Sztuki wydało decyzję nakazującą odbudowę zamku. Pomimo tego Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Tarnowskich Górach zleciło ZGKiM w Świerklańcu rozbiórkę ruin zamku, co nastąpiło poprzez wysadzenie go przez wydelegowanych do tego górników we wrześniu 1962 roku. Pozostałości zamku uprzątnęła miejscowa ludność w zamian za możliwość wykorzystania gruzów na własny użytek. Wojewódzki Konserwator Zabytków dowiedział się o zniszczeniu zamku dopiero 30 listopada 1962 r

źródło: fotopolska.eu

Eklektyczny pałac w Reptach Śląskich (dzielnica Tarnowskich Gór) ustąpił miejsca Górnośląskiemu Centrum Rehabilitacji, które stanęło w niedalekim sąsiedztwie rozebranych ruin.

(...)Ładunki wybuchowe zaczęto odpalać zgodnie z planem 5 kwietnia. Protokół zakończenia robót strzałowych nosi datę 3 czerwca 1966 r. Wyburzono 43295 m3 murów z cegły, 1855,5 m3 murów z kamienia i 72,22 m3 żelbetu.(...)

więcej na ten temat w artykułach: Zagłada pałacu w Reptach cz.I i cz.II


Tarnowskie Góry, Górnośląskie Centrum Rehabilitacji im. gen. Jerzego Ziętka
źródło: fotopolska.eu

Na koniec pałac w Miechowicach wysadzony w powietrze w 1954 roku. Rozrzucone wybuchem neogotyckie detale do dzisiaj tkwią na stercie gruzu. Ocalał fragment oficyny, ale i to okazało się za wiele jak na nasze "gospodarskie" podejście do zabytków. Opuszczony i zniszczony relikt pałacu do dzisiaj nie może się doczekać nawet prowizorycznego zabezpieczenia.


O ile na Dolnym Śląsku zdano się na bardziej tradycyjne metody rozbiórkowe lub przeczekanie aż "samo się rozleci", górnośląskie pałace odeszły w "wybuchowy" sposób. Widowiskowo i szybko. Na zawsze.

3/17/2013

Nieistniejące pałace (14)

Ciąg dalszy spisu pałaców i dworów których już nigdy nie zobaczymy. Powiat oleśnicki, trzebnicki oraz oławski także "mają się czym pochwalić" w tym temacie.

Barokowy pałac w Cieślach z 1728 roku podobno spłonął w 1945 roku. Na pewno za to wiadomo że już nie istnieje.


Pałac w Drołtowicach również spłonął w 1945 roku. Mimo planów odbudowy z przeznaczeniem na świetlicę wiejską miejscowy PGR szybko pozbył się zawalidrogi ze swojego podwórka i obiekt przeszedł na zawsze do historii.


Neogotycki pałac w Sycowie na pierwszy rzut oka nie zachwyca ale gdy przeczytamy opis
Adam Noczyńskiego oraz Izabeli Noczyńskiej-Drozd ze strony www.gross-wartenberg-sycow.pl trudno uwierzyć w ogrom strat:

(...)Ernst Johann, obecna głowa rodziny Biron von Curland, opisując zamek stwierdził, iż z pewnością nie można go zaliczyć do najpiękniejszych na Śląsku, ale zebrane w nim wyposażenie należało do najbardziej gustownych i wyrafinowanych . (...)

(...)Po wkroczeniu Rosjan w styczniu 1945 roku zamek został ograbiony przez przygraniczną, pozostałą w mieście, a także napływającą ludność i spalony. Według relacji Eleonory Doktor, która przebywała w Sycowie po wkroczeniu Rosjan, zamek był wypalany stopniowo przez dwa tygodnie. Prawdopodobnie uciekający Niemcy podpalili już znajdujące się tam dokument ministerstwa Trzeciej Rzeszy. W latach 1948-1949 rozpoczęto tworzenie planów odbudowy zamku. W latach 1951 - 1956 przeprowadzono jednak jego całkowitą rozbiórkę.(...)


Pałac w Cerekwicy to następna neogotycka rezydencja z XIX wieku która zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach.


Pałac w Kopaszynie - ofiara PGR po której nie ma śladu. "Skradziono" nawet staw.


Pałac w Psarach (powiat oławski) możemy podziwiać już tylko na tej czarno-białej fotografii. Tutaj jednak ocalał chociaż folwark z budynkiem dawnego dworu.


3/16/2013

Pałac skazany na zapomnienie

Okolice Raciborza są doskonale oznakowane pod względem infrastruktury turystycznej i zabytków. Każda, najmniejsza nawet atrakcja ma swoją "strzałkę" przy głównej drodze i dzięki temu nie sposób pominąć nawet tych niepozornych. Czasami są to atrakcje typu "gminna świetlica" ponieważ we wsi nic więcej nie ma, czasami zwykły kościół z XIX wieku. Nie przeoczymy niczego...



Niestety, urzędnicza obłuda nie przewidziała miejsca na szlaku dla najokazalszej rezydencji w okolicy, jednej z największych i najpiękniejszych na terenie Górnego Śląska. Wspaniała architektura, piękny park, niezwykły rozmach całego założenia, ładne widoki i nie ma nawet najmniejszego drogowskazu ?



Chwalić się niestety nie ma czym bo pałac w Sławikowie jest w stanie agonalnym. Miał pecha ponieważ wybudował go "zły Niemiec" (baron von Eikstedt) na złym brzegu Odry. Gdyby znalazł się w granicach przedwojennej Polski, odradzającego się po latach niewoli kraju, który nie był finansowym krezusem, raczej by przetrwał. Rezydencje w polskiej części Górnego Śląska w tamtych czasach były zajmowane lub kupowane od właścicieli przez instytucje kościelne lub państwowe z przeznaczeniem na różne cele społeczne. Ten stan podtrzymano po 1945 roku i dzisiaj możemy podziwiać wiele z nich w doskonałej kondycji. 





Pałac w Sławikowie został zdobyty przez dzicz w mundurach Armii Czerwonej, chociaż wątpliwe jest by ktoś się w jego murach bronił. Do dzisiaj widać ślady po intensywnym ostrzale. Podły Niemiec miał czelność wybudować sobie tak wspaniały pałac, jakiego próżno szukać w okolicy. Musiał razić swoim bogactwem i architekturą z innego świata niż siermiężny wschód. Trzeba było się odegrać i "rozstrzelać" ściany, meble, przedmioty codziennego użytku. Czego nie "rozstrzelali" rozkradli do spółki z polskimi szabrownikami. Do pałacu wprowadził się PGR, a wraz z nim nowe porządki - nikomu nie była potrzebna oranżeria, wspaniałe komnaty, fontanna. To przeszkadzało, więc musiało zniknąć. Gdy nadeszła III Rzeczpospolita wydawało się że historia zatoczyła koło, w końcu miała być kontynuatorką swojej poprzedniczki, z pominięciem okresu PRL... Niestety, do kultury przodków, którzy na Górnym Śląsku przed wybuchem wojny traktowali nawet (po)niemieckie rezydencje w odpowiedni sposób, nie nawiązano. Nowi panowie postanowili sprzedać ruiny pierwszemu lepszemu "frajerowi" i w ten sposób pozbyć się kłopotu. Nie mieli ambicji tworzenia czegokolwiek dla społeczeństwa, nie widzieli w nich niczego cennego. Podczas gdy w II Rzeczpospolitej pojmowano interes społeczny w tworzeniu domów pomocy społecznej, domów dziecka, domów rekolekcyjnych, świetlic wiejskich, w naszych czasach elity widzą ten interes w pozbywaniu się wszystkiego co tylko możliwe pod pretekstem braku możliwości finansowych. Nie ma jednej rzeczy w tym kraju należącej do społeczeństwa która ma sens i przynosi dochody więc tym bardziej nie będą nią ruiny pałacu. Kraj, zdaniem rządzących od 20 lat, jest w tak skrajnej nędzy, że powstająca od zera państwowość na początku XX wieku wydaje się na jego tle Eldorado. Również niesamowicie bogaty musiał być PRL jeżeli po II wojnie światowej potrafił podnosić z gruzów całe miasta bez względu na cenę. Nasza ojczyzna w chwili obecnej nie potrafi wygospodarować pieniędzy na zabezpieczenie kilku walących się ścian i chociaż nie powstała po wojnie tworzy obrazki żywcem wyjęte z tamtych czasów. "Radosne lata 90-te" doprowadziły do ruiny całe wsie i miasteczka, czego nie potrafili zrobić nawet najgorsi najeźdźcy. Swe rządy rozpoczął nasz nowy Bóg - rachunek ekonomiczny.


Na skraju pałacowego parku stoi mauzoleum z dawną kryptą grobową poprzednich właścicieli pałacu. W tym, podobno katolickim, kraju kaplica ta została doszczętnie zniszczona, a jej detal kamieniarski odrzucony jakąś ogromną siłą wiele metrów od swojego pierwotnego miejsca położenia. Na pewno wyczyny, które doprowadziły ją do ruiny nie przeszkadzały rozmodlonym świętoszkom w miejscowym kościele, nie reagował tutejszy ksiądz i nikogo nie obchodzi to do dzisiaj. W krypcie grobowej już dawno nie ma trumien ze szczątkami ludzkimi, które wzorem sąsiednich miejscowości zostały wywleczone i zbeszczeszczone. Obecnie to pomieszczenie służy do spożywania tanich alkoholi i załatwiania potrzeb fizjologicznych w zależności od potrzeby. Tradycja ta zakorzeniła się tutaj nie tak dawno temu. 

Stojąc przed fasadą pałacu w Sławikowie możemy przeglądać się jak w zwierciadle ponieważ jest on zmaterializowanym obrazem naszej kultury. Obrazem kondycji moralnej narodu, który za nic ma zabytki, historię, swoje otoczenie. Którego elity nie posiadają odrobiny kultury, a jedynym bogiem jest pieniądz.


Pałac jest własnością gminy, ale jak to zazwyczaj bywa, właściciel niespecjalnie się nim przejmuje. Nie obchodzi go że z każdym rokiem jest coraz gorzej i że budowla stwarza realne zagrożenie dla ludzi. W teorii nie powinno ich tutaj być, ale w praktyce pałac odwiedzają tłumy. Turystów tutaj jest często więcej niż w pałacu w Mosznej czy w raciborskim zamku. Wspinają się na mury i wchodzą do piwnic nie bacząc na niebezpieczeństwo. Nikt nie zabrania ani nie pilnuje, a obiekt robi ogromne wrażenie nawet w stanie w jakim się dzisiaj znajduje. Niestety, tego przepięknego i cennego zabytku żałują wszyscy poza odpowiedzialnymi za jego stan - oni wciąż udają że ten problem nie istnieje i starają się skazać to miejsce na zapomnienie.

Jeżeli kiedykolwiek znajdziecie się w okolicach Raciborza lub Kędzierzyna-Koźla to koniecznie odwiedzajcie Sławików - jedną z największych i najpiękniejszych śląskich rezydencji. - tak naprawdę największej atrakcji turystycznej w okolicy chociaż drogowskazy mówią co innego. Na przekór wszystkim, którzy by chcieli żeby o nim zapomniano. Może to zmusi kogoś do działania na rzecz ratowania tego co jeszcze ocalało. Sami stwórzmy pozytywną energię wokół sławikowskich ruin, bo tylko to im już może pomóc.