6/27/2013

Zabytkowa Rzeczpospolita Ludowa

W numerze 4/1983 czasopisma "Spotkania z Zabytkami" ukazał się apel:

Z zabytkami w naszym kraju dzieje się coraz gorzej. Nikt np. jeszcze nie podjął decyzji - jak to sugerowa­liśmy w zeszycie 8-1982 (s. 9) - chociaż prowizorycz­nego zabezpieczenia przed dalszą dewastacją tych obiektów, którym grozi całkowite unicestwienie. Trze­ba bowiem zrobić wszystko, żeby doczekały lepszych czasów, kiedy stać nas będzie na ich całkowite odno­wienie. PODTRZYMUJEMY TEN WNIOSEK W FORMIE APELU DO SEJMOWEJ KOMISJI KULTURY, DO MINI­STRA KULTURY I SZTUKI, DO NARODOWEJ RADY KULTURY. Uważamy, że nie musimy przekonywać tych organów o znaczeniu zabytków dla narodowej tożsamości i ich wartościach ekonomicznych, zainte­resowanych zaś odsyłamy do wspomnianego zeszytu 8 „Spotkań z zabytkami", szczególnie do jego pier­wszych stronic, na których omówiliśmy dotychczaso­we raporty o stanie zabytków w Polsce. Dodajmy tyl­ko, że taki właśnie powinien być obecnie kierunek ochrony zabytków w naszym kraju - nie wielkie inwe­stycje konserwatorskie, lecz drobne naprawy, wzmoc­nienia i ścisłe nadzorowanie obiektów.



Apel ten pozostał bez odpowiedzi. Po pół roku później (1/1984) felietonista podjął temat ponownie:

Jakże słuszna była inicjatywa redakcji „Spotkań z zaby­tkami" podjęta już w pierwszej (chyba najgorszej) fazie naszego „wielkiego kryzysu" w zeszycie nr 8 z 1982 r. (s. 9)! I jak bardzo dalekowzroczna!!! Dziś, po dwóch latach od ukazania się tamtego zeszytu, powszechnie już zwane­go „czarnym", całą sprawę należy przypomnieć. Redak­cja, po opublikowaniu omówień kolejnych raportów o sta­nie zabytków w Polsce, zamieściła komentarz, w którym m.in. czytamy: „...funduszy na kompleksową odnowę za­bytków Jest i będzie bardzo mało, należy więc - nie zwle­kając - przy pomocy tych niewielkich środków i społecz­nej inicjatywy podjąć działania zmierzające do takiego zabezpieczenia wszystkich zabytków (szczególnie zaś tych, które stoją przed katastrofą unicestwienia), aby przetrwały do lepszych czasów, kiedy stać będzie kraj na ich pełną konserwację". Potem, w numerze 4(14)-1983 (s. 1) został zamieszczony utrzymany w tym samym duchu apel do ludzi, od których zależy m.in. ochrona dóbr kultury w naszym kraju.

Minęły dwa lata. Ponieważ przez ten czas inicjatywa re­dakcji nie wzbudziła nigdzie entuzjazmu (nie mówiąc już o rozpoczęciu jakichś działań), a zabytków jakby już trochę nam ubyło (myślę przede wszystkim o tych, z których remontów wycofują się „zreformowane gospodarczo" in­stytucje) - pozwolę sobie zaproponować kilka praktycz­nych rozwiązań. Sprawa sprowadza się więc do wykony­wania różnych drobnych prac przy niszczejących obiek­tach - np. zabicie okien deskami, reperacja dachu i rynny, postawienie ogrodzenia - i dobrym ich pilnowaniu, aby jacyś rodacy nie zechcieli dewastować, rozbierać, rozkradać. Po pierwsze - każdy wojewódzki konserwator zabyt­ków winien wytypować takie obiekty na swoim terenie, po drugie - winien określić zakres robót zabezpieczających, po trzecie - winien określić skład i liczebność fachowców w grupie remontowo-zabezpieczającej. Na zakup jednak odpowiednich materiałów, na utworzenie i utrzymanie grup remontowych, na zatrudnienie dozorców - potrzebne są pieniądze. Ich źródło widzę m.in. w:

1) zahamowaniu prac konserwatorskich o dużym zakre­sie i przeznaczeniu zaoszczędzonych w ten sposób pie­niędzy na drobne remonty,

2) odpisach dewizowych z zagranicznych prac konserwa­torskich prowadzonych przez Polaków, np. w wysokości 10-20% na rzecz tej akcji,

3) dobrowolnych składkach mieszkańców terenów, na których znajdują się opuszczone i niszczejące zabytki. Proponuję także, aby od zaraz:

1) część roboczego budżetu przyznawanego przez Mi­nisterstwo Kultury i Sztuki wojewódzkim konserwatorom zabytków przeznaczyć na tymczasowe zabezpieczenie obiektów,

2) opracować w MKiS taki plan pracy PP Pracowni Kon­serwacji Zabytków, który obejmowałby również drobne naprawy w różnych miejscach kraju,

3) zorganizować w MKiS pomoc (organizacyjną, finanso­wą, prawną) w tworzeniu terenowych brygad remonto­wych w każdym województwie,

4) wykorzystać do akcji remontowej spółki polonijno-za- graniczne zajmujące się konserwacją zabytków (nawet tylko w imię miłości do Starego Kraju!) oraz

5) zwrócić się o pomoc do niejednokrotnie sprawdzonych przyjaciół zabytków - towarzystw regionalnych, społecz­nych opiekunów zabytków, żołnierzy itp.

A nad tym wszystkim (i nad zabytkami) winien czuwać organ ze specjalnymi uprawnieniami, zorganizowany na wzór Państwowej Inspekcji Ochrony środowiska. I niech właśnie tak się nazywa - Państwowa Inspekcja Ochrony Zabytków, działająca jako „konserwatorska policja". Uff... pomogłem nieco władzom. Teraz niech władze po­mogą zabytkom. I zawsze pomagajmy sobie nawzajem. Jednym słowem „tak trzymać!" - jak krzyknął pewien ka­pitan, nie wiedząc, że lada moment zatonie wraz ze swoim okrętem... A może nie zatonie


Te słowa padły w 1982, 1983 i 1984 roku. Niewiarygodne, ale po tylu latach uświadamiają nam że problemy, które były widoczne w PRL dzisiaj są wciąż aktualne. Przez 30 lat nikt nie kiwnął palcem żeby je rozwiązać, chociaż postawiona diagnoza nie pozostawiała wątpliwości jakie powinny być priorytety w dziedzinie ochrony zabytków. Tak jak wtedy, dzisiaj stawia się na działania spektakularne, nie na prawdziwe potrzeby, nie ma żadnego programu, konserwatorzy nie zajmują się tym, do czego zostali powołani, nikt nie kiwnie palcem żeby ratować najbardziej zagrożone obiekty.


Przez te lata zginęły dziesiątki o ile nie setki cennych zabytków i giną nadal. Szkoda że w tamtych czasach słowa felietonistów "Spotkań z zabytkami" nie zostały wcielone w życie, nie tylko dlatego, że przetrwały by one do dzisiaj, być może to by był początek realnych działań, które mogły być z powodzeniem teraz  kontynuowane. Chociaż dzisiejszy kryzys nie dorównuje temu, który panował tuż po mrocznych latach stanu wojennego, nikt nie zamierza wprowadzać programu ratowania najbardziej zagrożonych zabytków, nie zmienia się wadliwego prawa, a organy państwa kapitulują na wszystkich frontach czego efektem są niezliczone ruiny w każdym mieście i wiosce. Chociaż zmieniły się czasy w jakich żyjemy, w tej dziedzinie wciąż mamy PRL i długo będziemy czekali na "zabytkowy okrągły stół". Większość zabytków tego już nie doczeka.

6/22/2013

A zabytki niszczeją nadal! - głos z innej rzeczywistości

Felieton będzie krótki. Bo też na temat dewastacji zabytków napisano już bardzo dużo: o ich maso­wym niszczeniu tuż po wojnie (np. dworów, pała­ców, parków przydworskich), a także o latach powolnej, ale skutecznej dewastacji (świadomej czy nieświadomej - nie ma to znaczenia) postę­pującej do dnia dzisiejszego, kiedy mamy „Usta­wę o ochronie dóbr kultury i o muzeach" z 1962 r., a także uchwałę w sprawie wykorzystania zabyt­ków nieruchomych na cele użytkowe z 1978 r. 

Tak, przepisów, zakazów i nakazów jest obecnie niemało, ale nic nie zmienia się na lepsze, wprost przeciwnie. I niech nikt nikomu nie zamydla oczu jakimiś bardzo sporadycznymi (choć na pewno cennymi), rozdmuchiwanymi przez prasę inicja­tywami instytucji lub osób prywatnych. Na tzw. łamach urastają one do gigantycznych przed­sięwzięć w dziedzinie ochrony dóbr kultury, prze­słaniając trzeźwe spojrzenie na codzienną rze­czywistość. Tymczasem owa rzeczywistość jest taka, że każdego roku zostaje zdewastowanych bądź też z braku opieki umiera śmiercią natural­ną kilkadziesiąt (kilkaset? - nie ma w tym wzglę­dzie dokładnych statystyk) obiektów zabytko­wych oraz drobnych zabytkowych przedmiotów, także rozkradanych lub wywożonych poza grani­ce kraju. A cały paradoks polega na tym, że jednocześnie zamiast remontować, zabezpie­czać, konserwować to, co istnieje, topi się miliony złotych w inwestowaniu w odbudowę zniszczo­nych do piwnic, czyli praktycznie nie istniejących, obiektów zabytkowych. (Zaznaczam w tym miej­scu, że odbudowa, ściślej restytucja Zamku Kró­lewskiego, Starych Miast Warszawy czy Gdańska jest poza wszelką dyskusją).

Nie miejsce tu na podawanie przykładów skrajnej głupoty w działalności wandali, złodziei, niero­bów i brakorobów (mowa o niektórych tzw. eki­pach konserwatorskich), cwaniaków robiących na zabytkach ciężkie pieniądze, nawet osób wy­soko postawionych w hierarchii politycznej, które stając przed wspaniałą fasadą odnowionego i dobrze użytkowanego pałacu pytają „co to za kamienica?" (sic!), dodając: „ładna, można by to wziąć dla nas" (autentyczne!). Faktem jest, że nie do rzadkości należą połamane, podziurawione, splugawione i oplute zabytki — dzieła myśli i rąk dawnych mistrzów. Straszą one dziś swym wy­glądem, przypominając sponiewierane, rozsypujące się baraki.

Proces niszczenia piękna trwa więc nadal — i po­myśleć, że mimo wszystkich akcji popularyzujących ideę ochrony zabytków w prasie, radiu i TV, przykładowego nagradzania zasłużonych dla tej ochrony, a karaniu (rzadziej, znacznie rzadziej)] dewastatorów, ukazywania na licznych wystawach piękna uratowanych od zagłady dzieli sztuki. Mimo to i mimo działania na terenie naszego kraju całej rzeszy ludzi autentycznie oddanych sprawie ratowania dóbr kultury, aż trudno dopuścić myśl, że mieszkają u nas także ludzie, którzy o ochronie zabytków nie wiedzą zgoła nic, a jeśli cokolwiek wiedzą, to uważają wszystkie zabytki za „starocie, które nic nie są warte"! Chyba błąd tkwi w wychowaniu, w braku elementarnych zasad z zakresu kultury i estetyki, we wrodzonym niechlujstwie życiowym.

Ludzi schwytanych na wyrządzaniu szkody do­brom kultury lub wydających bezmyślne decyzje w tym zakresie - należy karać. Nasza „Ustawa" z 1962 r. jest w tym względzie zbyt tolerancyjna i już przestarzała - najsurowsze kary, jakimi dys­ponuje to areszt od 3 miesięcy do 1 roku oraz grzywna od 4500 do 30 000 zł. W przeliczeniu np. na dochody, jakie może przynieść zamiana za­bytkowego dworu czy lamusa na tuczarnię - kary te są śmieszne. A jeszcze trzeba dodać, że upo­ważnione do karania władze zbyt często lekce­ważą karne sprawy dotyczące zabytków, nato­miast służba konserwatorska zbyt rzadko w wal­ce ze społecznymi szkodnikami sięga po broń ostateczną, co w wielu wypadkach może ozna­czać, że się po prostu „dogaduje". Wydaje się, że gdyby kary te były wyższe — jak za przestępstwa gospodarcze, rozbój, może nawet napad z bronią w ręku - to każdy potencjalny wandal (zakłada­jąc, że mniej lub więcej orientuje się w przepi­sach) zanim zacząłby przekraczać prawo, zasta­nowiłby się - czy warto. Przy wyższych karach wzrasta znacznie ranga zabytków, przynajmniej w ogólnym odczuciu.

A swoją drogą, o co w tym wszystkim chodzi?. Niczyjej przecież winy tu nie ma — po prostu w naszym kraju jest zbyt dużo (jeszcze!) tych cholernych zabytków...



Taki oto felieton p.t. "A zabytki niszczeją nadal!"ukazał się na łamach czasopisma "Spotkania z Zabytkami" w 1981 roku !!!


Minęły od tego czasu 32 lata, zmienił się ustrój, kolejne pokolenia Polaków wchodzą w dorosłe życie, a wszystkie przedstawione problemy są wciąż aktualne! Nie ma chyba drugiej dziedziny naszego życia w której czas tak stanął w miejscu. W przypadku ochrony zabytków tkwimy w głębokim PRL i nie widać perspektyw aby to się zmieniło. 

Nieprawda ? Przeczytajmy w takim razie słowa z tamtej epoki jeszcze raz i dopasujmy do otaczającej nas rzeczywistości. Zabytki jak niszczały, tak niszczeją nadal, w dalszym ciągu setki z nich każdego roku są wyburzane lub doprowadzane do kompletnej ruiny, wciąż mamy propagandę sukcesu, która z nic nie znaczących wydarzeń w sferze kultury tworzy arcydzieła PR, kary za niszczenie zabytków są w dalszym ciągu tak samo śmieszne, a organy ścigania wciąż nie widzą w tym problemu. Nie może być inaczej ponieważ funkcjonuje wspomniana w felietonie ustawa, mają miejsce przedstawione procesy korupcyjne, kultura i wychowanie obywateli dalej na tak samo niskim poziomie. W dalszym ciągu ogromne pieniądze są ładowane w inwestycje wątpliwe i kontrowersyjne, gdy giną autentyczne perły. Wciąż mamy za dużo tych cholernych zabytków...

6/21/2013

Ostatnie chwile starego dworu

Dwór w Żarkach Średnich nie należy do zabytków znanych i licznie odwiedzanych. Na pierwszy rzut oka nawet to nie dziwi ponieważ jest to budowla niezbyt okazała, wręcz brzydka. Gdy przyjrzymy się szarym murom bliżej, spod warstwy odpadającego tynku dojrzymy... dekorację sgraffitową. Neogotycka przebudowa w XIX wieku ukryła autentyczny, niemal w całości zachowany, dwór renesansowy z oryginalną kamieniarką i niezmienioną bryłą. Gdyby zabytek stał gdzieś poza granicami Śląska byłby perłą chronioną za wszelką cenę. Trwałaby dyskusja o przywróceniu mu dawnej renesansowej formy tak charakterystycznej w tym regionie, a której nie zobaczymy w innej formie niż zdewastowana ruina.


Niestety, w opuszczonym budynku zawaliły się już stropy, wkrótce runie dach i przepadnie wszystko bezpowrotnie. Nie będzie niczego bo nikt palcem nie kiwnie aby go ratować.






więcej zdjęć na www.zabytkidolnegoslaska.com.pl

6/19/2013

Cud w Kamieńcu Ząbkowickim

Dolnośląskie zamki i pałace są wspominane zazwyczaj w kontekście zniszczenia i ruiny. Obiekty wyremontowane to wciąż rzadkość, zwłaszcza te które można zwiedzać policzymy na palcach dwóch rąk. Są wyjątki, które sprawiają, że na ich widok przeciera się oczy ze zdumienia, a do mózgu nie dociera informacja, że to rzeczywistość, a nie sen.

Do tych ostatnich należy wspaniały pałac w Kamieńcu Ząbkowickim.


Bajkowa rezydencja Marianny Orańskiej po 1945 roku była systematycznie okradana i dewastowana. Dzieło zniszczenia zapoczątkowali "wyzwoliciele" z Armii Czerwonej, ale zaraz po nich wkroczyli nasi współziomkowie doprowadzając pałac do kompletnej ruiny. Zdemolowano wszystko co tylko nawinęło się pod rękę, tak po prostu - dla przyjemności lub kradnąc na złom dla kilku groszy. Nie żałowały sobie władze traktując gmach jako skład materiałów budowlanych, które przydały się do dekoracji gmachów użyteczności publicznej z Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie na czele. Nawet na początku lat 80-tych XX wieku pojawiały się pomysły na ostateczne "zagospodarowanie" pałacu za pomocą dynamitu i spychaczy. Gdy wydawało się, że nie ma ratunku znalazł się człowiek, który postanowił zabytek odbudować. Otrzymał całość w wieloletnią dzierżawę, następnie rozpoczął prace, których nie miał szans doprowadzić do końca ze względu na ich skalę i koszt. Wskutek tego, po kilkunastu latach ponownie pojawiło się widmo ruiny. Po zaniedbanych budynkach biegały sfory wygłodniałych psów, a obiekt z powodu złego stanu technicznego został zamknięty dla zwiedzających. Sytuacja była patowa.


Po śmierci dzierżawcy "zamek" wrócił z powrotem w ręce gminy Kamieniec Ząbkowicki, co nie napawało optymizmem, tym bardziej że pojawiły się pogłoski o planach przekazania go w prywatne ręce. Gdy jesienią rozpoczęły się prace porządkowe na terenie pałacu i całego parku, wydawało się że mają one na celu uzyskanie korzystniejszej ceny przy sprzedaży. Skala działań był imponująca. Dziesiątki ludzi karczowało samosiejki, znakowało drzewa, odgruzowywało fontanny i budynki od tarasów po mauzoleum położone na skraju założenia. Dzisiaj już wiemy, że to wszystko było początkiem nowej jakości w podejściu władz samorządowych do posiadanych na swoim terenie zabytków. Niestety, wciąż odosobnionym.


Gdy przejeżdżamy przez Kamieniec Ząbkowicki, nad drogą wiszą bannery zachęcające do zwiedzania miejscowych atrakcji. Najważniejszą z nich nie jest wbrew pozorom pałac, lecz dawny klasztor cystersów z okazałą świątynią. Na jego terenie znajduje obecnie filia archiwum we Wrocławiu oraz niewielkie muzeum regionalne. Zadbane budynki i otoczenie zachęcają do spacerów, a stąd już tylko kilka kroków do "zamku". Bilety kupuje się na terenie dawnego kościoła ewangelickiego, który także poddawany jest zabiegom konserwatorskim i służy obecnie jako sala wystawowa. Kolejne ważne miejsce przeznaczone na kulturę, kolejny zadbany zabytek we wsi liczącej nieco ponad 4000 mieszkańców!


W chwili obecnej (2013 rok) do zwiedzania udostępniono tylko pałacowe pomieszczenia znajdujące się na parterze. Ze względu na zły stan techniczny nie można wejść do najokazalszych sal. W cenie biletu (25 zł.) możemy podziwiać także dawne stajnie, dziedziniec, zobaczyć główny korpus z bliska, przespacerować się po tarasach. W pomieszczeniach nie zachowało się kompletnie nic, więc na każdym kroku towarzyszą nam fotografie pokazujące dawną świetność rezydencji oraz tandetne elementy wystroju wprowadzone przez poprzedniego gospodarza. Cena biletu wydaje się być za wysoka, ale nie zapominajmy że za te pieniądze ratowany jest bezcenny zabytek!


Nie umniejszając zasług poprzedniego dzierżawcy w ratowaniu pałacu przed kompletną ruiną, nie sposób nie zauważyć jak wiele szkody jednocześnie wprowadził na jego terenie. Wszystkie wykonane prace w zasadzie trzeba rozpocząć od nowa, na czele z dziurawym dachem, ale do tego dochodzi przywrócenie wielu pomieszczeń do pierwotnego stanu. Trudno zrozumieć, gdzie był konserwator zabytków gdy zamek był "ozdabiany" elementami sprawiającymi wrażenie jakby projektował je pięciolatek. Tandeta i kicz wygląda z każdego kąta, straszy i odpycha. W połączeniu z ruiną daje to surrealistyczny efekt, tak jak np. "replika" "Hołdu Pruskiego" Matejki z Hohenzollernem klęczącym przed gospodarzem zamku - jeden z przykładów braku wyczucia i dobrego smaku, a takich "kwiatków" jest sporo.


Na szczęście wszystko idzie ku lepszemu. Zachwyca dbałość obecnego gospodarza, czyli gminy, o alejki wysypane żwirem, zieleń z wykoszoną trawą, wysprzątane fontanny, uporządkowane elementy małej architektury co daje wspaniały efekt, którego mogą pozazdrościć duże miasta. Przebywanie na terenie pałacu i parku jest ogromną przyjemnością, a to jeszcze nie koniec. Non stop prowadzone są działania mające na celu przywrócenie bajkowej rezydencji do dawnej świetności i chociaż ich końca nie widać to już dzisiaj zrobiono więcej niż przez ostatnie 60 lat.


To co powinno być normą uznajemy za cud. Miejscowi samorządowcy z wójtem na czele zatrudnili dziesiątki mieszkańców likwidując częściowo bezrobocie, a ich działania pozwolą na stworzenie kolejnych miejsc pracy przy obsłudze ruchu turystycznego. Zadbali o estetykę na terenie wsi tworząc min. kolejne przestrzenie publiczne, których tak brakuje w większych miastach. Bez kompleksów podeszli do renowacji jednego z największych założeń pałacowo-parkowych w Polsce, co dotychczas przerastało wyobraźnię urzędników na szczeblu ministerialnym. Pokazali że się da i można.


Co będzie gdy się nie uda i inwestycja nie będzie przynosiła zakładanych zysków ? Taki scenariusz też jest możliwy, chociaż na dzień dzisiejszy nie do przyjęcia. Zawsze będzie można pałac sprzedać za dużo większe pieniądze niż można było uzyskać za zaniedbaną ruinę. Trzymajmy kciuki aby do tego nie doszło ponieważ na dzień dzisiejszy obiekt ma właściwego gospodarza, jakiego próżno szukać w innych zakątkach Dolnego Śląska. To doskonały przykład do pokazania zakompleksionym, leniwym i pozbawionym wyobraźni urzędnikom, którzy nie potrafią zdobyć funduszy i nie mają chęci na skoszenie trawy w otoczeniu małego dworu w swojej wsi. W Kamieńcu Ząbkowickim pokazali że chcieć to móc.



więcej zdjęć na www.zabytkidolnegoslaska.com.pl

6/17/2013

Najważniejsze pozory



(...)Kierownik jeleniogórskiej delegatury służby ochrony zabytków, Wojciech Kapałczyński ma już tego dość.(...)

Niewiarygodne, ale prawdziwe. 

Wydawało się, że urzędniczego serca Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Jeleniej Górze nie wzruszają takie rzeczy. Setki pism wysłanych w sprawie niszczejących zabytków i setki odpowiedzi wyrażających bezradność, bezsilność, zrozumienie lub obojętność. Walą się w gruzy średniowieczne zamki, renesansowe dwory, barokowe pałace, klasycystyczne kościoły i parki krajobrazowe niemal w każdym zakątku Dolnego Śląska. Nic się nie da zrobić w ich sprawie i nic się nie robi.


W Wojanowie-Bobrowie właściciel także ignoruje urzędnicze nakazy i ponaglenia. Jak wszędzie. Podobno pałac straszy wielką dziurą w dachu, ale jeszcze niedawno nie miał dachu wcale, jak spora liczba zabytków w okolicy Jeleniej Góry. Straciły je bez większego zainteresowania tych, którzy powinni się tym interesować i zadbać o ich przetrwanie. 

Co zatem sprawiło że w przypadku Wojanowa-Bobrowa przebrała się miarka ?

Czy to obiekt cenniejszy od renesansowego zamku w Gościszowie ? Może bardziej wartościowy od pałacu w Rząśniku ? Okazalszy od pałacu w Skale ? Bardziej spektakularny niż kościół w Żeliszowie ? Każdy z wymienionych przykładów jest "otwarty" 24 godziny na dobę i nie ma przeszkód żeby zobaczyć je od środka, ale nie widać żadnego zainteresowania.

(...)Właścicielka sąsiedniego pałacu w Łomnicy Elizabeth Kuester podkreśla, że popadający w ruinę zamek w Bobrowie jest obecnie najbrzydszą wizytówką piękniejącej Doliny Pałaców i Ogrodów.(...)

Pałac szpeci Dolinę Pałaców i Ogrodów! Tylko tyle wystarczy aby urzędnicy stracili cierpliwość, podczas gdy wszędzie mają jej w nadmiarze.


Szkoda że posiadający ogromną dziurę w dachu kościół w Żeliszowie nie leży w Dolinie Pałaców i Ogrodów. Może konserwator zaczął by mieć tego dość, może by stracił cierpliwość. Niestety, piękna świątynia niczego w okolicy nie szpeci. Wszędzie są walące się ruiny więc kościół wśród nich jest najpiękniejszą wizytówką.

Gdy ciężka choroba toczy cały organizm myśli się o makijażu.

Cytaty pochodzą z  www.prw.pl. Tam więcej na temat sprawy pałacu w Wojanowie-Bobrowie.

Zderzenie kultur

Monumentalny pałac w Kunowie jeszcze stoi, chociaż jego stan nie jest powodem do chwały dla gospodarza. Nad częścią w której mieści się kaplica wykonano ostatnio nawet nowy dach co być może pozwoli jej przetrwać kolejne kilkanaście lat. Nie doświadczą tego sąsiadujące budynki gospodarcze i mieszkalne tworzące (jeszcze) nierozerwalną całość z główną rezydencją. 


Warto odwiedzić to miejsce nie tylko po to żeby podziwiać cenną architekturę, ale przede wszystkim dla specyficznego klimatu panującego na współczesnej dolnośląskiej wsi, co przejawia się pewnym "nieładem artystycznym" panującym w większości dawnych folwarków. To żywy skansen współczesnej kultury i podejścia do estetyki własnego otoczenia. 

przyroda litościwie skrywa pożogę i zniszczenie


renesans "na dotyk" i znowu w akcji elektrycy


parkować pod samym oknem...


zabudowania gospodarcze na miarę naszych czasów

malownicza kompozycja z naprowadzeniem

kącik sportowy

"obiekt zabytkowy" i wszystko jasne


zgrabne połączenie funkcjonalności z zabytkową formą

6/16/2013

Ruina wzorcowa

Pałac w Żarskiej Wsi jest ruiną "wzorcową". Wspaniale zarwane dachy tworzą dramaturgię tak charakterystyczną w tym regionie. Mogą w każdej chwili runąć, ale jeszcze trwają na przekór prawom fizyki. Monumentalnie sklepione sale z których wyrastają dość spore rośliny pokazują walkę przyrody z dziełem ludzkich rąk,wykruszając cegłę po cegle aż wszystko się zawali grzebiąc wieki historii. Jak tylko mogą pomagają w dewastacji miejscowi prostaczkowie, którzy urządzili sobie w historycznych murach szalet i azyl do spożywania tanich alkoholi, a że czasami im zimno to rozpalają ogniska po prostu na podłodze charcząc ze szczęścia gdy ogień osmala ściany. Przedpole pałacu przypomina poligon opuszczony przez Armię Czerwoną. Nie tylko wycięto wszystkie drzewa i krzaki, ale ktoś nawet przerzucił spore hałdy ziemi z miejsca na miejsce. Pustkowie z trupem w środku.


Wokół zabudowań gospodarczych krążą młodzi ludzie (?) traktujący zabytek jak swoją własność. Obcy i aparaty fotograficzne w ich rękach wzbudzają sensację jak lądowanie białych ludzi gdzieś w środku dżungli.

- Żydy przyjechały kupić nasz zamek - krzyczą jeden do drugiego.






więcej zdjęć na www.zabytkidolnegoslaska.com.pl

6/14/2013

Ministerstwo Lansu i Dziedzictwa Narodowego

Natychmiast po upadku PRL zauważona została przez ówczesną Minister Kultury i Sztuki degradacja dolnośląskich rezydencji i chęć naprawy ich tragicznego losu. W tamtych realiach, budzącego się po latach siermiężnej rzeczywistości kraju receptą wydawała się ich sprzedaż prywatnym właścicielom i pozbycie się problemu. Nikt nie przewidział, że stanie się to gwoździem do trumny ogromnej ilości wspaniałych zabytków. Nikt nawet nie wyobrażał sobie skali grabieży i dewastacji jaka nastała w latach dziewięćdziesiątych gdy nieprzygotowane do tego państwo po prostu się poddało bez walki. Później miało być tylko lepiej...


Wadliwe prawo, które nie było dostosowane do nowych czasów, brak edukacji wyczulającej społeczeństwo na problemy związane z dziedzictwem kulturowym, pobłażliwe traktowanie sprawców kradzieży i niszczenia zabytków przez sądy i prokuratury, kompletna obojętność wobec niszczejących obiektów to tylko niektóre z problemów jakie zostały, z powodu natłoku ważniejszych spraw, zamiecione gdzieś daleko w kąt. Z perspektywy Warszawy dla polityków wszystkich opcji te nieprawidłowości, tak bardzo widoczne na Dolnym Śląsku, zdawały się nie istnieć. 

Gdy na stanowisko Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego został wybrany Bogdan Zdrojewski wydawało się że w końcu wszystko się zmieni. Dał się poznać jako doskonały organizator ratujący Wrocław przed powodzią, a później jako sprawny samorządowiec odbudowujący miasto ze zniszczeń. Wrocławskie zabytki, dotychczas "przykurzone" i zapomniane, stały się największą wizytówką miasta, a nakłady na ogólnie pojętą kulturę należały do najwyższych w kraju. Urodzony w Kłodzku, związany z Wrocławiem człowiek stał się ogromną nadzieją na poprawę tragicznej sytuacji obiektów zabytkowych na Dolnym Śląsku. Właściwy człowiek na właściwym miejscu. Człowiek stąd...

W okresie, gdy zasiadł na swoim stanowisku, pojawiła się możliwość pozyskania ogromnych funduszy unijnych, z czego skwapliwie skorzystał, co trzeba mu uczciwie przyznać. Na szeroko pojętą kulturę popłynął strumień pieniędzy. Niestety, nie trafiły one do najbardziej potrzebujących ale do najbardziej operatywnych. Często wyrzucono je w błoto, a środki przyznawane były nie tam gdzie naprawdę są potrzebne, tylko tam skąd przyszły najlepiej wypełnione wnioski o ich przyznanie. Gdy w jednym miejscu walił się dach renesansowego dworu, w innym miliony przeznaczane były na "fanaberie" poprawiające jego estetykę. Szczególny status uzyskały najcenniejsze obiekty takie jak Wawel, Wilanów i wiele innych "sztandarowych" wizytówek odwiedzanych przez miliony turystów (wyborców). To dla nich realizowana jest polityka "kulturalna" i dla nich budowane są kolejne "muzea - parki rozrywki", które pochłaniają ogromne kwoty. Ciemny lud to kupi i niestety kupuje. 

Sprzyja temu propaganda ministerstwa, widoczna na każdym kroku. Jest pięknie, jest wspaniale, Polska pięknieje, miliony na kulturę - tylko pozytywne wiadomości. Uwaga jest kierowana na to co warto pokazać i marginalizowane jest znaczenie wszystkiego co wstydliwe. Zniszczone kamienice, pałace, zamki po prostu nie istnieją w oficjalnej wersji świata prezentowanego przez ministerstwo i organizacje z nim związane - w myśl zasady - czego oczy nie widzą tego sercu nie żal. Wymówką na ten stan jest brak pieniędzy (!), możliwości organizacyjnych i wadliwe prawo. Jednocześnie nikt palcem nie kiwnie żeby to zmienić. Nie padł przez długie lata nawet jeden pomysł jak rozwiązać degradację kolejnych zabytków. Prościej jest o nich zapomnieć.

Ten świat widziany przez różowe okulary i nachalne kreowanie rzeczywistości jest największym grzechem ministra. Facebookowy profil Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego niczym się prawie nie różni od prywatnego profilu Bogdana Zdrojewskiego. Nie ma wiadomości i  zdjęcia, na którym by nie pozował i nie oznajmiał nowych wspaniałych wieści. Ociera się to o śmieszność i staje się po dłuższym czasie niesmaczne. Ta kreacja aż nadto przypomina zamierzchłe czasy czasy kultu jednostki. Na szczęście niewielu tam zagląda.

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego to wspaniały prezent dla każdego polityka ponieważ prawdopodobieństwo niepowodzenia na tym stanowisku jest znikome, a możliwości tworzenia swojego wizerunku nieograniczone. Tutaj nie wydarzy się wpadka podczas budowy autostrady lub lotniska, nie będą protestowały pielęgniarki i oszukani pacjenci, nie pojawią się pod drzwiami rozwścieczeni górnicy. Kultura interesuje niewielki odsetek Polaków ale dzięki pomocy szeroko pojętego pojęcia "ludzi kultury" można dotrzeć i do nich. Stąd minister pojawiający się w telewizjach śniadaniowych wśród celebrytów sam stał się jednym z nich. Polacy niewiele wiedzą o jego dokonaniach, za to wszyscy go lubią i szanują. Tak naprawdę nikogo nie obchodzi co robi, a ze strzępów informacji dociera że ma same sukcesy.

Dolnośląski minister zrobił dla swojego regionu niewiele ponieważ popełnił grzech swoich poprzedników. Szybko zapomniał o swoich korzeniach poklepywany przez przez polityczny i artystyczny establishment w stolicy. Nie wystąpił poza partyjne układy, które prawdopodobnie mocno trzymają go w ryzach, a brak kontrowersyjnych inicjatyw pozwala przetrwać na stanowisku długie lata. Tutaj nie ma miejsca na sentymenty - tutaj liczą się słupki w wyborach. Stąd zainteresowanie regionem ogranicza się do Wrocławia jako największego skupiska ludzi i elektoratu pana ministra. Prowincja jest bez szans.

Z miliarda złotych przeznaczonych na inwestycje w tym roku nie znajdzie się po raz kolejny kilkadziesiąt tysięcy złotych na załatanie dachu kościoła w Żeliszowie. Nie ma się komu o te pieniądze upomnieć, we wsi mieszka niewielu "wyborców", nie ma pomysłu na jego wykorzystanie.

Podsumowując, nie sposób uniknąć smutnej refleksji. Żyjemy w czasach dominacji internetu i taniej rozrywki, gdzie słowo kultura ma inne znaczenie niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Wyznaczone zostały także pewne standardy postępowania, których nie zmieni kolejny minister, bez względu na to, czy będzie z prawicy, czy lewicy. Podporządkowanie partyjnym interesom, a te najniższym instynktom wyborców sprawiają że zabytki są bez szans. Przy urnach nikt nie myśli o kulturze. Problemem nie jest minister Zdrojewski, skądinąd człowiek kulturalny, elokwentny i rzeczowy, problemem jest system który zamiast tworzyć nową, lepszą rzeczywistość, sam ją kreuje.

6/13/2013

Bolszewicka zaraza

(...)„Dwór rozgromiony - to znaczy, że bolszewicka zaraza pastwiła się nad biednym drogim dworem. Nieprzeliczo­ne mrowie żołdactwa i chłopów, wyjąc i klnąc, wpada do domu i poczyna się orgia, szalony zamęt, rujnacja. Wnet wszystkie pokoje są zapchane gawiedzią i tłuszczą. Roz­lega się wycie drabów - „mohylników" i straszny łomot wywracanych mebli, zbitego szkła, ściągniętego z firankami gzymsu. W plugawych rękach coraz więcej zagrabionych i wynoszonych rzeczy. Pijany, cuchnący motłoch jedne rzeczy grabie, inne kłuje bagnetami i rąbie. Mrowie pa­stwi się nad pamiątkami. Wnet wszystko zdeptane i splugawione. Okna potłuczone, kawałki mebli i spopielonego papieru rozrzucone po ziemi, ze sprzętów - kłaki, z ksią­żek i albumów - strzępy, ze ścian patrzą portrety próżnią wystrzelonych źrenic i grozą śmierci". Motłoch rzucał się na ogród rąbiąc drzewa i sąsiednie zabudowana. „Zostają szkielety budynków, podobne do osmalonych trupów, śród pogorzeli i zwalisk nocą snują mary - wszystko sprofanowane, sponiewierane.(...)

A. Urbański, Pro memoria, Warszawa 1929, s. VIII.


Opis przedstawia chaos i zamęt który powstał w wyniku najazdu wojsk bolszewickich na Kresy w 1918 roku. Ze wschodu przyszła zagłada, która zmieniła na zawsze te ziemie. Przyniosła koniec tamtego świata.


Dwór w Tomaszowie Bolesławieckim szczęśliwie przetrwał wojenne zawieruchy i w niezmienionym kształcie dotrwał do naszych czasów. W czasie gdy inne rezydencje w okolicy zamieniały się w kupy gruzu, tutaj przeprowadzano bieżące remonty, które utrzymywały całość w przyzwoitym stanie. Do czasu... aż upadł PRL (!)




Zmiana ustroju nie była dla tego miejsca łaskawa. Jeszcze kilka lat temu pałac stał w prawie nietknięty, chociaż miejscowy PGR miał wiele na sumieniu. Później było już tylko gorzej. Ostatni rok, dwa lata trwał atak motłochu na pałac, który doprowadził go wraz z sąsiednimi zabudowaniami gospodarczymi do kompletnej ruiny. Rozkradzione balustrady, wyrwane kable ze ścian, potrzaskane młotkami sztukaterie, powyrywane na opał parkiety, pozarywane stropy, powybijane szyby i stosy śmieci. Tego nie zrobiła "bolszewicka zaraza" która napadła na nasz kraj - to dzieło współobywateli przy biernej postawie urzędników mających ustawowo strzec dziedzictwa i majątku  narodowego.






To wydarzyło się na naszych oczach. 







Wczoraj...