1/16/2014

Refleksje petenta

W czerwcu 2000 roku czasopismo "Spotkania z zabytkami" opublikowało list pana Andrzeja Wilka p.t. Refleksje petenta zawierający subiektywną opinię na temat ochrony zabytków i funkcjonowania służb konserwatorskich w ówczesnej Polsce. Po lekturze tego pisma każdy z nas może sobie sam odpowiedzieć co się w ciągu 14 lat zmieniło... Czy się coś zmieniło...




„Mam poczucie, że pora zacząć rozmawiać o ochronie zabytków pełniej, dobitniej i krytycznie" - napisał w liście do redakcji autor tego artykułu, z wykształcenia historyk sztuki, były pracownik wojewódzkiej służby ochrony zabytków; obecnie prowadzi własne Biuro Usług Konserwatorskich i Dokumentacji Zabytków we Wrocławiu."

 „Organy rządowe i samorządowe są zobowiązane do zapewnienia warunków prawnych, organizacyjnych i finansowych dla ochrony dóbr kultury" (Ustawa o ochronie dóbr kultury, art. 1 ust. 2)

Dziś „na krawędzi wieków" odbiór dzieł sztuki i architektury, zwłaszcza tej dawnej, nie jest już taki sam, jaki był dawniej, kiedy liczne i powszechnie stosowane symbole (kolor, forma i styl) były dla większości ówczesnych odbiorców czytelne i zrozumiałe. Dzisiaj oglądamy wszystko przez pryzmat wartości, walorów estetycznych, dyskutujemy o tym, co i czy się podoba.

Upłynęło dziesięć lat od zapoczątkowania przemian ustro­jowych w Polsce, dwa lata od wprowadzenia nowego po­działu terytorialnego i kolejnej reformy służb konserwator­skich (znowelizowana ustawa z 15 lutego 1962 r. o ochro­nie dóbr kultury). Wszystko to skłania nas do refleksji nad zabytkami, sposobami konserwacji i formami prawnymi ich ochrony, nad ich rolą w naszym krajobrazie, instytucjami powołanymi do ich ochrony, badań, nawet promocji. Poniż­sze uwagi mają charakter subiektywny, zwłaszcza że spra­wy te są szczególnie mi bliskie, bo wiążą się z moją pracą. Znajomość tych zagadnień wynika z tego, że swoją aktyw­ność zawodową rozpoczynałem w Państwowej Służbie Ochrony Zabytków jako inspektor, zaś od kilku lat pracuję samodzielnie i jestem petentem Służby Ochrony Zabytków. Nie bez powodu jako mottem posłużyłem się fragmentem ustawy o ochronie dóbr kultury. Mam wrażenie, że wysocy urzędnicy w ministerstwach, w organach terenowej admini­stracji rządowej i gminnej — nie pamiętają o tym. Natomiast wszyscy zgodnie narzekają na brak środków na konserwa­cję i odbudowę zabytków, na niemoc urzędniczą i społecz­ną, na wszystko... Nie chcą jednak wiedzieć, że mogą wie­le, że to także od ich dobrej woli zależy los wielu zabytków. Nieważne gdzie, czy na „ziemiach odzyskanych", w „cen­trali" czy na „wschodnich rubieżach".

Nadeszła już chyba pora, aby np. samorządy (zarówno gminne, jak i powiatowe) oraz służby konserwatorskie przypatrzyły się zobowiązaniom właścicieli niektórych obiektów zabytkowych zapisanym w aktach notarialnych, zwłaszcza dotyczącym terminów zakończenia restauracji, i rozpoczęli ich egzekucję. Pod koniec lat osiemdziesiątych niektóre gminy nadzwyczaj sprawnie skomunalizowały wie­le obiektów zabytkowych, które równie prędko sprzedały. I chwała im za to, bo dawało to szansę na uratowanie wie­lu zabytków. Rozumiem też, dlaczego zostały sprzedane za symboliczne kwoty — nie byłoby w tym nic złego, gdyby ku­pione obiekty zostały odbudowane i zagospodarowane zgodnie ze zobowiązaniami nabywców. Nie rozumiem na­tomiast braku zainteresowania się ich losem. Niestety, wiele z nich nabyto w celach spekulacyjnych, bo czym można wytłumaczyć całkowitą bierność właścicieli, którzy nie wysilili się nawet na podstawowe zabezpieczenia substancji zabytkowej, nie mówiąc o braku działań inwestycyjnych związanych z odbudową i rewitalizacją opuszczonych zabytków i ich otoczenia? Zdaje się że wielu właścicieli zabytków do dziś jeszcze wierzy w mit o bogatych Niemcach, którzy za zrujnowane pałace (nabyte za równowartość kawalerki) zapłacą tyle, co luksusowe rezydencje np. we Francji, na czym właściciele „zbiją fortunę". Dotyczy to także zabytków przejętych Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa.

Budowanie więzi łączących społeczności lokalne z przeszłością, z jej historią - to trudne zadanie, zwłaszcza tzw. Ziemiach Odzyskanych. Dolny Śląsk jest dla większości mieszkańców „nową ziemią" i pomimo kolejnych pokoleń wyrosłych z dala od kresowych ojcowizn, ziemią nieznaną (w programach szkolnych nadal brakuje bloków regionalnych o historii, lokalna prasa i telewizja popularyzację


historii i zabytków traktuje marginalnie). Troska władz o re­alizację podstawowych zadań komunalnych, oświatowych i zdrowotnych przy niedostatku środków finansowych nie może zwalniać nikogo od odpowiedzialności za zabytki i ca­łe dziedzictwo kulturowe, zwłaszcza za ich mizerny lub opłakany stan. Twierdzenie, że to poniemieckie, zniszczone, nie nasze - nie może już nikogo usprawiedliwiać.

Ciekawe, że istnieje u nas silne lobby ekologiczne. Prawie jak grzyby po deszczu powstają nowe rezerwaty przyrody, par­ki krajobrazowe i narodowe, liczne (i koniecz­ne) inwestycje proekologiczne, natomiast brak jest sprawnego „lobbingu" na rzecz zabytków. Tym zajmują się wyłącznie amatorzy (za co bardzo ich cenię). Ce­lem strategicznym wielu działaczy samo­rządowych jest rozwój agroturystyki - i doskonale. Proszę tylko odpowiedzieć, jak ma się do tego troska tych działaczy i władz lokalnych o stan zabytków na „ich" terenie? A przecież to właśnie one stanowią dla turystów dużą atrakcję, a dla mieszkańców wielki, wciąż zaniedbywany kapitał.

Z powstaniem powiatów i organizacją starostw wiązałem nadzieję, że zostaną nareszcie wykorzystane możliwości, ja­kie od dawna dawała ustawa z 15 lutego 1962 r. o ochro­nie dóbr kultury (art.8.1 ust. 7 i 8) do powierzania kompe­tencji wojewódzkich konserwatorów gminom, powiatom i ich związkom. Powołanie „gminnych, miejskich i powiato­wych konserwatorów zabytków" - nie tylko sprawnych urzędników, ale dobrych fachowców i miłośników regionu z jego historią i dziedzictwem kulturowym - mogłoby po­zytywnie wpłynąć na jakość działań służb konserwatorskich w terenie. Któż bardziej od nich mógłby skuteczniej zabie­gać o to, czemu oddalony urzędnik z województwa nie po­doła, nie musi i nie zawsze chce podołać? Któż miałby takie możliwości oddziaływania na lokalną społeczność, władze, właścicieli, jak nie jej przedstawiciel? Tylko czy powszechna u nas praktyka obsadzania „stołków" ludźmi z klucza par­tyjnego czy przez protekcję i nepotyzm nie zniweczy tych szans? Przejęcie części kompetencji konserwatorów woje­wódzkich przez teren (gminę, powiat lub ich związki) spo­woduje stałą obecność konserwatora na miejscu, co uspraw­ni (przyspieszy i uskuteczni) pracę Służby Ochrony Zabyt­ków i stanie się sprawą istotną dla znacznie szerszego kręgu zainteresowanych. Zniknie dotychczasowa bezimienność inspektora „opiekującego się" daną jednostką terytorialną, miejscowy konserwator zabytków stanie się osobą znaną i poważaną. Ale bez intensywnych starań władz gminnych, powiatowych i miejskich, bez ich skutecznego nacisku na swojego wojewodę - nic się nie stanie. Panowie Prezydenci, Starostowie, Wójtowie i Radni wszystkich szczebli, pamię­tajcie, że los zabytków i dziedzictwa kultury jest w waszych rękach!

Służba Ochrony Zabytków, aby spełnić swe społeczne posłanie, musi przejść trudną drogę „od sprawy do czło­wieka" i stać się urzędem pełniącym prawdziwą służbę dla społeczeństwa i kultury. Nie można dłużej uciekać od pre­cyzyjnych odpowiedzi na pytania o cel, środki i sposoby ochrony zabytków w Polsce oraz na terenach należących niegdyś do Rzeczypospolitej. Może nadeszła pora, aby przemodelować struktury urzędów konserwatorskich tak, aby redukując nadmiar personelu administracyjnego i tech­nicznego - zwiększyć liczbę pracowników merytorycznych, pracujących w poszczególnych inspekcjach. Nie można tyloma zadaniami i nadmiernymi obowiązkami obciążać tak niewielu, łamiąc przy tym prawa petentów, m.in. przedłu­żając terminy załatwiania spraw przewidziane w kodeksie postępowania administracyjnego. Trzeba wypracować no­woczesne wzorce postępowania urzędników SOZ zwłasz­cza względem społeczności lokalnych (sztuka negocjacji), sprawny system promocji zabytków i problematyki konser­watorskiej, lepszych motywacji dla władz lokalnych, inwe­storów i właścicieli zabytków (np. regionalne konkursy na najlepiej użytkowany i odnowiony zabytek). Pora wzmóc wysiłki promujące i wartościujące zabytki na danym tere­nie. Najwyższy czas, aby stawiać pytania o ich wartość, zwłaszcza że przybyło opracowań naukowych i inwentary­zacyjnych, że zmieniły się perspektywy, np. geograficzne w związku z likwidacją dawnych województw. To, co kiedyś było czymś wyjątkowym, rzadkim w małym województwie, w wielkim już nim nie jest i często w skali nowego woje­wództwa prezentuje się zupełnie inaczej, bowiem nie może sprostać innym swą skalą, klasą artystyczną czy stanem za­chowania pierwotnej substancji zabytkowej. Do podejmo­wania decyzji wartościujących zabytki konserwatorzy mu­szą mieć dobry warsztat historyczno-artystyczny, doskonałą znajomość terenu, ludzi, odpowiednie środki i odwagę. A z tym bywa różnie...

Reforma administracji rządowej zakładała zbliżenie urzędów do społeczeństwa, usprawnienie ich funkcjono­wania. Jak jest naprawdę, wiedzą ci, którzy mieszkając da­leko od siedziby województwa i konserwatora muszą uzy­skać zgodę, np. na wymianę zniszczonej stolarki okiennej. Jaki jest sens utrzymywania delegatur jako oddziałów za­miejscowych SOZ w dawnych miastach wojewódzkich? Czyż nie bardziej efektywna jest praca w powiecie, gminie czy mieście niż w takim administracyjnym relikcie? Mam nadzieję, że gdy dojdzie do zmian, nikt z tam zatrudnio­nych, a mających wysokie kwalifikacje zawodowe nie straci pracy. Przeciwnie — prawdziwa reforma służb konserwator­skich powinna także stworzyć nowe miejsca pracy dla przy­szłych konserwatorów: historyków sztuki, konserwatorów zabytków, archeologów — tak oczekiwane przez absolwen­tów i społecznie uzasadnione. Tylko kiedy do tego dojrzeją nasi szanowni decydenci? Nie chcę tu winić samorządow­ców, to raczej na wysokich urzędnikach ministerialnych spoczywa obowiązek informowania i wspierania tych na „dole" w ich działaniach. Nie chodzi tu wyłącznie o brak środków w budżecie. Koszt zorganizowania takiego stano­wiska (za dobrą pracę należy się przecież godziwa zapłata) jest niewspółmierny do korzyści płynących dla lokalnej spo­łeczności czy wygody mieszkańców.

Nowe wyzwania niosą wyniki współczesnych badań nad dziedzictwem kulturowym, odkrywające walory wielu nie­docenianych zabytków, zwłaszcza na tzw. ziemiach odzy­skanych. Ich wyniki pozwalają na pełniejsze poznanie tych nieznanych i zapomnianych zabytków, na ich pełniejszą re­cepcję. Akceptacja estetyki XIX i XX w. poszerzona została także o budownictwo i architekturę przemysłową. Współ­czesne studia ukazują nam pełniejszy obraz wartości tech­nicznych, kulturowych, starożytniczych i estetycznych ar­chitektury przemysłowej, zabytków techniki i budownic­twa. Przemiany własnościowe w Polsce, zwłaszcza w re­strukturyzowanym przemyśle, wymagają podejmowania nowych działań i odważnych decyzji. Nie znaczy to, że na­leży przychylić się do głosów domagających się zgody na wyburzanie budynków dawnych zakładów (np. ze wzglę­dów ekonomicznych czy dla interesu wąskiej grupy nowych właścicieli) w celu uzyskania terenów pod nowe inwestycje. Kto dziś interesuje się losami archiwów likwidowanych fa­bryk (dokumentacja techniczna, wzorce, prototypy, wzor­nictwo, ikonografia, kroniki zakładowe i muzea przyzakła­dowe)? Szkoda, aby wszystko to poszło w niepamięć i ule­gło zniszczeniu. Bogatsze kraje europejskie od lat doskona­le adaptują zabytkowe zespoły na nowe cele mieszkalno-biurowe, np. w duchu postindustrialnym, a muzea (bran­żowe czy regionalne) eksponują przedmioty związane z przemysłem. Nie mamy się czego wstydzić — to też nasza historia i jej materialne ślady warte są zachowania. Inna sprawa - dlaczego przyzwala się na popełnianie w zespo­łach staromiejskich rażących błędów planistycznych i urba­nistycznych? Niezachowywanie wysokości i linii zabudowy czy wielkości gabarytów współczesnych budowli wznoszo­nych w historycznych zespołach miejskich czy w ich bezpo­średnim otoczeniu (hotele, biurowce, „plomby") należy niestety do codzienności. Inną skrajnością, w jaką często popadają konserwatorzy, jest chęć zachowania „wszystkie­go za wszelką cenę" bez względu na rzeczywistą wartość hi­storyczną, artystyczną, stan zachowania oryginalnej sub­stancji zabytkowej, koszty społeczne i inne konsekwencje. Nasuwa się tu także pytanie o sens ochrony tzw. ogrodów warzywnych, znanych tylko z ikonografii XVIII w., po któ­rych nic już nie pozostało. Czy powojenne zadrzewienia na tym obszarze zasługują na wpis do rejestru zabytków, czy dla ich ochrony nie wystarczy odpowiedni zapis w planie zagospodarowania przestrzennego? Coraz częściej rażą dziesiątki wadliwych (formalnie i merytorycznie) decyzji
wpisaniu zabytku do rejestru (np. zdezaktualizowane da­ne geodezyjne, nieprecyzyjne datowanie, określenie obsza­ru ochrony, przesadne, nieuzasadnione wartościowanie za­bytku, brak podstawowej dokumentacji). Za każdą decyzją idą przecież (hipotetycznie) zobowiązania (skarbu państwa Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego) do refinan­sowania prac przy tych zabytkach, w związku z czym po­winna istnieć szczególna odpowiedzialność urzędników. Czy konserwator-urzędnik musi aż tak zawzięcie walczyć tylko o detale (zapominając o sztuce kompromisu), aby w ferworze walki zgubić ogląd całości i wiele więcej? Czy środowiska opiniotwórcze (historycy sztuki, historycy, kon­serwatorzy, urbaniści i architekci, krajoznawcy) są zwolnio­ne z odpowiedzialności za poczynania swoich kolegów kon­serwatorów? Co dzieje się z radami konserwatorskimi? Kto je tworzy? Jak funkcjonują? Mogły być przecież dobrym za­pleczem merytorycznym i społecznym dla wojewódzkich konserwatorów zabytków.

Dzisiejszy konserwator-urzędnik musi posiąść także umiejętności menedżerskie. Czas zacząć rozmawiać ze społeczeństwem, informować, zapraszać dziennikarzy, na konferencjach prasowych przedstawiać swoją pracę, problemy, poszukiwać sprzymierzeńców. Do tego potrze­ba nowych współpracowników (etatów i wyposażenia) i o to apeluję do wszystkich decydentów. Bez szeroko po­jętej edukacji społecznej (to rola dla ludzi nauki, dzien­nikarzy, społeczników) trudno myśleć o lepszej przyszło­ści zabytków i kultury, a także o realizacji ustawowych zobowiązań.
Chciałbym doczekać czasów, kiedy dobro kultury i do­bro zabytków staną się sprawą nas wszystkich, a nie tylko amatorów (z całym szacunkiem dla nich), kiedy ochrona za­bytków będzie służyć zabytkom i KULTURZE, a nie tylko licznym ekspertom i specjalistom (choćby z najznakomit­szych list), fundacjom, firmom (ileż to wyprodukowano bezwartościowych opracowań za olbrzymie pieniądze bu­dżetowe, których brakuje choćby na naprawę dachów i ry­nien). Może te, skromne przecież środki, trafią tam, gdzie ich najbardziej potrzeba. Czego życzę wszystkim służbom konserwatorskim w wieku XXI!


2 komentarze:

  1. Dziś, po 14 latach ponownie się pod tym "archaicznym" tekstem podpisuję

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy1/30/2014

    Słowem komentarza do artykułu powyżej - od niecałych dwóch tygodni trwa wyburzanie zabytkowych budynków dawnej fabryki lniarskiej w Mysłakowicach "Orzeł' Obiekt jedyny w swoim rodzaju - pierwszy na świecie wybudowany na szkielecie odlewanym z żeliwa wielopiętrowy budynek fabryczny. Prawo zupełnie w tym wypadku nie działa choć konserwator zabytków podejmował działania blokujące. Obiekty są już nie do uratowania choć znajdowały się w zupełnie dobrym stanie technicznym gdyż przed paru laty trwała w nich produkcja tkanin. Na naszych oczach za pośrednim przyzwoleniem otoczenia i przy kłamliwej argumentacji wykonawcy wyburzania znikają z krajobrazu skarby, a pojawiają się w tym samym miejscu "Biedronki" i podobnego rodzaju inna komercyjna stonka. Przed niewielu laty - na początku lat 60-tych decyzją urzędnika doprowadzono do wyburzenie prawie całej starówki w Jeleniej Górze i choć potem na jej miejscu wybudowano atrapę miasta nie powróci co stracone. Wszystkie te i podobne działania odbywają się praktycznie pod oknami Konserwatora zabytków. Jak zatem sądzić działanie tej instytucji?. Doprawdy nie wiem.

    OdpowiedzUsuń

Administrator strony nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.