6/22/2014

Realna odpowiedź na realne potrzeby

Gdy w 1885 roku Aleksander Janowski odwiedził zamek w Ogrodzieńcu zobaczył miejscowych chłopów niszczących wspaniałe ruiny. Wzburzony tym widokiem po powrocie do Warszawy postanowił zawiązać organizację krajoznawczą, której celem miało być min. propagowanie szacunku do zabytków i wychowanie młodzieży, tak aby takie przypadki nigdy się nie powtórzyły. Symbolem towarzystwa, które było protoplastą późniejszego PTTK zostały właśnie ruiny zamku w Ogrodzieńcu.


Każdy, kto dzisiaj odwiedzi tą wspaniałą jurajską warownię szybko zauważy, że ideały propagowane przez patriotycznie nastawionych społeczników nie trafiły na podatny grunt, a rzucanie kamieniami w tablicę pamiątkową zawieszoną nad bramą, które tak zbulwersowało w XIX wieku Aleksandra Janowskiego było tylko niewinną zabawą przy tym, co spotkało ten wspaniały zabytek na początku XXI wieku.




Spacer z parkingu w kierunku ruin wśród licznych straganów i byle jak skleconych bud może przyprawić o atak serca, co bardziej wrażliwych turystów. Zwłaszcza wtedy, gdy spojrzą na asortyment oferowany przez sprzedawców, gdzie krzyżackie tarcze sąsiadują z gumowymi dinozaurami i oscypkami podawanymi na ciepło. Wszystko upstrzone tradycyjną polską mieszanką reklam w każdej wielkości i kolorze (reklamują się tam również urzędy, a nawet firma architektoniczna!). Im bliżej zamku, tym gorzej...




Kilkadziesiąt metrów od murów park miniatur, tor saneczkowy, park rozrywki, park doświadczeń, kucyki, tunel strachu, oraz kloaka i szambo - dosłownie i w przenośni... Oddajmy głos autorom (z ulotki reklamowej):

(...)Wszystkie atrakcje doskonale komponują się z otaczającym go krajobrazem, dzięki czemu będąc na jego terenie (parku rozrywki) uczestnik dalej ma wrażenie, że znajduje się w krainie średniowiecza, zamków i rycerstwa.(...)

Gdzie wzrok sięgnie tam syf i śmietnik... Być może do tego krajobrazu dostosowali się pomysłodawcy tych "atrakcji", zapominając o zabytkowym zamku (postawili swój dmuchany - jeden z największych w Polsce).






Frekwencja dopisuje nadzwyczajnie, jest popyt na specyficzne pamiątki oferowane na straganach, tysiące ludzi odwiedza  wspomniane atrakcje, hałas i gwar panuje nieopisany. W sumie nic by nie było w tym dziwnego, gdyby to był deptak jednej z nadmorskich miejscowości, a nie jedna z największych ikon turystycznych w Polsce, gdyby te wszystkie "atrakcje" były zgrupowane gdzieś na łąkach za wsią, nawet kilkaset metrów od zamku. Niestety, mówimy o bezpośrednim sąsiedztwie, na przedpolu, niemal przy samych murach, jakby jakieś barbarzyńskie wojska rozbiły obóz i czekały aż załoga padnie z głodu. Zabytek stał się dodatkiem do jarmarku, który wdarł się także na dziedziniec.


 


To wszystko przy wsparciu Unii Europejskiej, która dofinansowała "nową infrastrukturę okołoturystyczną". Zadziwiające gdzie był konserwator zabytków, kto opiniował ten projekt, jakim cudem takie rzeczy dzieją się w parku krajobrazowym...


Gdyby dzisiaj Aleksander Janowski odwiedził zamek w Ogrodzieńcu pewnie by się złamał i nie mógłby się nadziwić w jaki sposób wychowuje się dzieci i młodzież, jak traktowane jest dziedzictwo narodowe. Zamek w XXI wieku stał się symbolem tandety i kiczu na niewyobrażalną skalę... A może takie są dzisiaj realne potrzeby Polaków ?

więcej zdjęć na www.zabytkigornegoslaska.com.pl


Poniżej sprostowanie nadesłane przez Panią Iwonę Pakułę–Błoch, prezes zarządu spółki "ZAMEK" w Podzamczu:

Projekt „Modernizacja infrastruktury około turystycznej przy zamku ogrodzienieckim w Podzamczu” realizowany był przez administratora zamku - gminną spółkę „Zamek”. W ramach projektu powstała nowa jednokierunkowa trasa turystyczna na obiekcie oraz wykonano remont murów Kurzej Stopy, ściany południowej Dziedzinca Pańskiego oraz inne mniejsze naprawy. Częścią projektu jest również przebudowa szaletów publicznych pod zamkiem.

Umieszczona na ostatnim zdjęciu tablica o dofinansowaniu unijnym w żaden sposób nie jest związana z tym co dzieje się przed zamkiem. Park Miniatur, Park Rozrywki, Park Doświadczeń, tor saneczkowy oraz Park Legend i Strachów są inwestycją prywatną, realizowaną na prywatnym terenie, chociaż, o ile wiem, dofinansowaną ze środków unijnych.

Spółka „Zamek” właśnie rozpoczyna kolejny etap prac remontowych na zamku – przystępujemy do remontu pomieszczenia biblioteki oraz ściany poprzecznej pomiędzy kuchnia kurna i biblioteką. Staramy się dbać o zamek na miarę możliwości finansowych. Z powodzeniem pozyskujemy na ten cel również fundusze zewnętrzne. Jesienią rozpocznie się realizacja iluminacji oświetleniowej zamku oraz zagospodarowany zostanie teren przy nowych szaletach, pojawią się nowe ławki, kosze na śmieci, miejsca parkingowe dla osób niepełnosprawnych oraz zostanie odwodniony i utwardzony fragment szlaku turystycznego. Staramy się wprowadzać pozytywne zmiany na terenie którym możemy dysponować, a jest on ograniczony murami obwodowymi zamku otaczającymi przedzamcze. Dużo jeszcze przed nami, ale dysponujemy kompletną koncepcją rozwoju zamku, uzgodniona z konserwatorem zabytków, obejmująca kompleksowy program postępowania konserwatorskiego oraz niezbędne prace adaptacyjne na obiekcie. Chcemy stworzyć nowoczesne wystawy na miarę oczekiwań turysty XXI wieku. Mamy projekty – szukamy środków finansowych na ich realizację.


6/15/2014

Industriada 2014

Zakończyło się organizowane raz w roku Święto Szlaku Zabytków Techniki województwa śląskiego - Industriada. Dziesiątki obiektów poprzemysłowych, setki imprez, tysiące ludzi odwiedzających często zapomniane przez pozostałą część roku obiekty. Zarówno stan zabytków, jak i poziom organizowanych imprez, zróżnicowany jak pogoda tego dnia - raz piękne słońce, raz ciemne chmury i ulewa.




Gradowe chmury nie pozwalają zapomnieć że stan zabytków techniki na Śląsku jest zazwyczaj tragiczny: walące się budynki, sterty gruzu, "księżycowe krajobrazy" powstałe po wyburzeniach. Ocalały jedynie fragmenty dawnych zakładów przemysłowych mające uspokoić sumienie decydentów i zadowolić nielicznych miłośników. Taki kompromis na miarę naszych czasów, marne resztki dawnej potęgi wywiezionej na złom...






Z drugiej strony szklana siedziba nowego Muzeum Śląskiego, wybudowanego za miliony złotych, gdzie sterylna i zaprogramowana przestrzeń na razie odstrasza, w przeciwieństwie do opuszczonych zabytków, które ożyły dzięki spontanicznym inicjatywom ich właścicieli i zarządców. W zalewanej deszczem hali dawnej walcowni cynku w Szopienicach zachwycał zachowany autentyzm i entuzjazm młodych ludzi, w Śląskiej Porcelanie tłumy szturmowały kulinarno-kulturalne imprezy zorganizowane w zaaranżowanych naprędce pomieszczeniach, w Szybie Wilson artystyczny klimat powalał na kolana, w zabrzańskich obiektach ustawiały się długie kolejki chętnych do zwiedzania - prawdziwe oblężenie...









Zabytki to nie tylko mury, to ludzie działający w ich otoczeniu i to oni są prawdziwymi zwycięzcami tego święta. Dzięki nim Industriadę 2014 można uznać za święto udane i spełniające swoje zadanie. Ta impreza pokazuje każdego roku, że jest zapotrzebowanie na zabytki, że ludzie chcą w nich spędzać swój wolny czas, że potrafią się naprawdę poświęcić aby zobaczyć coś nowego i nieznanego. Niestety, gdy opadnie kurz wszystko wróci do smutnej normy - największe atrakcje wciąż będą licznie odwiedzane, te mniej spektakularne popadną w zapomnienie i tylko raz na jakiś czas, ktoś sobie przypomni o ich istnieniu. Może powinny mieć swoje święto częściej ? Może Industriada powinna mieć miejsce raz w miesiącu, nawet w mniejszej skali ? Może co jakiś czas udostępniać turystom jeden obiekt, którego nie będą mieli szansy zobaczyć w innych okolicznościach ? Organizować imprezy w zabytkowych murach, nawet jeżeli nie mają one nic wspólnego z ich wcześniejszą działalnością ? To wspaniałe święto uświadamia jak wiele jest jeszcze do zrobienia w przyszłości, o ile niektóre obiekty tego doczekają. Zostało ich niewiele...

6/10/2014

Śląski renesans

Renesansowy dwór obronny na Dolnym Śląsku znajdziemy niemal w każdej wsi. Budowle wielokrotnie przebudowywane w późniejszych wiekach wciąż zachowały charakterystyczny detal kamieniarski, dekorację elewacji, często otoczone są fosą... Zachowały, chociaż dla większości z nich już dawno zapadł wyrok śmierci, więc stoją opuszczone lub są dewastowane przez miejscową ludność. Gdyby można je było przenieść w inny region, zmienić ich "metryki" skażone niemieckim pochodzeniem, można sobie wyobrazić obrazki odmienne od tych, które widzimy dzisiaj. Gdyby można było...



Nie można. Na Dolnym Śląsku po 1945 roku niszczone były zabytki które przetrwały na tej ziemi w niezmienionym kształcie od setek lat, po 1989 roku, poza nielicznymi wyjątkami, kontynuowano tą politykę ignorancji i systematycznej eliminacji, stąd dzisiaj stan wielu obiektów jest tragiczny. Niedawno świętowaliśmy 25-lecie wolnej Polski, były przemówienia, hymny pochwalne, samozachwyt. Wiele się w kraju zmieniło po zmianie ustroju, jednak w dziedzinie ochrony zabytków wciąż tkwimy w najczarniejszych latach PRL...






Na zdjęciach dwory w Gogołowie i Wirach koło Świdnicy

6/09/2014

Prosimy nie przeszkadzać

Pałac w Kraskowie jest jedną z wizytówek Dolnego Śląska. przykładem, że z opuszczonych i zdewastowanych ruin można wydobyć niezwykłe piękno. Przez długie lata mógł się o tym przekonać każdy, kto zawitał w tej okolicy ponieważ obiekt był dostępny do zwiedzania, przynajmniej z zewnątrz. Doskonale było widać jak zadbany zabytek "promieniuje" na całą wieś zmieniając kompletnie jej oblicze, pośrednio doprowadzając do powstania innych funkcji nastawionych na ruch turystyczny.  Od jakiegoś czasu pałac jest zamknięty i niedostępny, opustoszała wieś w której nie ma już największego "magnesu". Święte prawo własności - żal jednak, że ten wspaniały zabytek zobaczymy jedynie przez szparę w płocie.



Ta sytuacja uświadamia nam także, że większość dolnośląskich rezydencji pozostaje w rękach prywatnych i ma funkcje komercyjne. Gdyby wszyscy właściciele już jutro zamknęli swoje zamki i pałace to pozostanie nam do zwiedzania tylko zamek Książ, Bolków, Chojnik i setki popegeerowskich ruin należących do ANR. Takie tabliczki mogą zawisnąć w zamku Czocha, w Wojanowie, w Kliczkowie i wielu innych zadbanych obiektach - ikonach, tak chętnie pokazywanych w albumach i  folderach reklamowych województwa dolnośląskiego. Jeden kaprys może sprawić że z mapy zniknie dla przeciętnego turysty "Dolina Pałaców" lub klasztor w Lubiążu. To nie jest zarzut w stosunku do ludzi, którzy z wielkim trudem i za pomocą ogromnych nakładów finansowych ratują zabytki, wyręczając w tym chętnie fotografujących się na ich tle polityków. To przykład wskazujący, że gdy nadejdzie kiedyś taki dzień Dolny Śląsk opustoszeje i zniknie z turystycznej mapy Polski chociaż ma dzisiaj najwięcej atutów w stosunku do innych regionów. W przeciwieństwie do nich jednak cała strategia opiera się na jednej nodze, podczas gdy inni twardo stoją na obu.

6/08/2014

Ziemia obiecana i ziemia zapomniana

Po raz kolejny udajemy się gdzieś daleko od Śląska aby podpatrzeć, porównać, zobaczyć jak dbają o zabytki inni. Tym razem w Polsce, w mieście które posiada ogromną ilość obiektów przemysłowych wysokiej wartości historycznej i architektonicznej, gdzie rewolucja przemysłowa spowodowała gwałtowny rozwój i ostateczny upadek będący początkiem przemian społecznych i problemów z utrzymaniem historycznej spuścizny. Ogromne zakłady, które wcześniej były sercem miasta stały się jego balastem, niepotrzebnym i kłopotliwym. Wiele z nich nie przetrwało zmian ustrojowych więc pozostały po nich jedynie puste i zaśmiecone place, jednak pewnym czasie okazało się jednak że poprzemysłowy spadek może być największym skarbem i motorem przemian wizerunkowych. Łódź dzisiaj kojarzy się przeciętnemu turyście głównie z fabrykanckimi pałacami i ogromnymi ceglanymi halami zaadaptowanymi na nowe funkcje. Mniej lub bardziej udane renowacje wciąż są prowadzone i chociaż do ideału jest bardzo daleko, można mówić o tym, że w dużej mierze uratowano dawną przemysłowy charakter miasta.






Tymczasem na Śląsku, zarówno Górnym i Dolnym tego typu obiekty są w dalszym ciągu w większości rozkradane i burzone. Nikt nie miał i nie ma do dzisiaj pomysłu na ich wykorzystanie. Po śląskim dziedzictwie przemysłowym pozostały jedynie wydarte złomiarzom strzępy...






W jednym z wcześniejszych wpisów ten problem został przedstawiony na tle czeskiej huty w Vitkowicach, podobnie odczucia może mieć każdy mieszkaniec Śląska po pobycie w Łodzi. Jak marnie wyglądają dwie wieże kopalni Polska w Świętochłowicach lub szopienicka huta cynku na tle wielu kompletnie zachowanych łódzkich zakładów włókienniczych... Pomysł odnawiania pojedynczych budynków i wyburzania wszystkiego wokół okazał się chybiony i idiotyczny. To zabiło na zawsze autentyzm, sprawiło, że mamy do czynienia z atrapami wyrwanymi z kontekstu, które niczego nie pokazują, co najwyżej udają. O wyburzonych niemal zupełnie zakładach, takich jak gliwicka huta nie ma nawet co wspominać. 




Gdy spacerujemy wśród budynków łódzkiej "Manufaktury" możemy sobie uświadomić co znaczy słowo "rewitalizacja" na Śląsku, porównując z katowickim "Silesia City Center" lub galerią na placu Szewczyka. Nawet jeżeli przyjmiemy odpowiednią skalę, na Śląsku nikt nie potrafił zmusić inwestorów do zachowania zabytkowych budowli więc buldożery zrobiły swoje, w zamian dając nam złudzenia. Metoda "na zawał" dotyczy nie tylko rabunkowej eksploatacji górniczej, okazała się bardzo skuteczna dla wielu inwestorów, przy poparciu miejscowych władz.







Na widok ogromnego apartamentowca w dawnej przędzalni w Księżym Młynie pojawia się w głowie myśl, gdzie na Śląsku znajdziemy lofty, czyli apartamenty stworzone w dawnych zakładach przemysłowych, tak modne na całym świecie ? No właśnie, gdzie ? W regionie przemysłowym, gdzie budowli możliwych do adaptacji były tysiące nie powstał żaden tego typu obiekt godny wspomnienia! Lofty w Gliwicach lub słynny "Bolko Loft" w Bytomiu są w swojej skali kompletnie bez znaczenia.






Komercja to nie jedyne sposoby wykorzystania łódzkich fabryk z charakterystycznej czerwonej cegły. Powstają w nich także biura, wykorzystywane są do produkcji o innym profilu niż włókiennictwo. Są muzea, galerie, miejsca wszelakiej działalności artystycznej, wspieranej zresztą całkiem dużymi sumami przez samorząd. W zapomnianych dawnej zaułkach kwitnie życie, organizowane są imprezy, wystawiane produkty rękodzielnicze, wokół nich działają dziesiątki klimatycznych restauracji i kafejek. Industrialne klimaty, jakich na Śląsku próżno szukać... 






Przykład do naśladowania i zrozumienia, że działalność komercyjna i kulturalna w wydaniu samorządowym to zaledwie fragment, bo do sukcesu potrzebni są ludzie i ich kreatywność, której trzeba dać szansę. Miliony złotych przeznaczone na słomiane inwestycje zamiast zmienić Górny Śląsk, tylko pogłębią jego problemy bo nie da się budować przyszłości traktując przeszłość buldożerem i dynamitem. Zaledwie 200 kilometrów dalej, biedne miasto z problemami pokazuje w jaki sposób wykorzystać historyczne dziedzictwo zamieniając je w swój atut. Problem w tym że 200 kilometrów to dla wielu śląskich decydentów lata świetlne...