5/28/2015

Kolos (wciąż) na glinianych nogach

Klasztor pocysterski w Lubiążu to jeden z największych europejskich zabytków, nie tylko ze względu na rozmiary, ale i jego wartość dla kultury. Upadek rozpoczął się na początku XIX wieku ale do 1945 roku udało się utrzymać budowlę, wraz z większą częścią wyposażenia w dość dobrym stanie. Pod koniec II wojny światowej Niemcy zapakowali niemal wszystkie cenne dzieła sztuki do skrzyń i wywieźli do licznych składnic muzealnych, skąd już nigdy nie wróciły na swoje miejsce. Obrazy zawisły w warszawskich kościołach, rzeźby rozparcelowano po muzeach, nawet prowincjonalny kościół ma lubelszczyźnie został obdarowany strzępami barokowej świetności Lubiąża (Lubiąskie anioły w Stężycy). Podczas wojny w klasztornych murach umieszczono fabrykę zbrojeniową, po jej zakończeniu wykorzystywano je jako magazyny, a gdy wyeksploatowane budynki przestały być potrzebne zostały opuszczone. Na początku lat dziewięćdziesiątych Fundacja Lubiąż przy pomocy licznych sponsorów przystąpiła do zabezpieczenia tego co ocalało. Wykonano nowe pokrycie dachowe, zostały spięte mury, oszklone okna, przystąpiono do konserwacji zachowanych wnętrz. Tempo prac drastycznie spadło, ze względu na brak odpowiednich funduszy, które w tym przypadku są proporcjonalne do wielkości zabytku.




Gdy w zeszłym roku klasztor w Lubiążu wizytował prezydent Bronisław Komorowski padły hurraoptymistyczne słowa (Pasmo sukcesów):


(...)Przez 25 lat udało się podjąć dzieła ratowania opactwa, ale i je w znacznej mierze zwieńczyć sukcesem. Ten zabytek jest uratowany, choć będzie wymagał jeszcze wiele wysiłku, aby go trwale zagospodarować(...)




Niefortunne sformułowania o sukcesie rażą gdy spojrzymy na elewację budynku, przejdziemy się po jego korytarzach, pooglądamy budowle towarzyszące. To jest piękna, lecz niestety zdewastowana i zapuszczona ruina. Wybite szyby, sypiące się tynki, zrujnowane w większości pomieszczenia bez podłóg. Otoczenie klasztoru także przygnębia swoim zaniedbaniem i brzydotą. Doceniając dotychczas wykonane prace zabezpieczające wypada zadać pytanie, co dalej ? Czy tak powinna wyglądać jedna z wizytówek turystycznych europejskiego kraju ? Każdy, kto zwiedzał podobne obiekty za granicą, a nawet w niedalekim Krzeszowie czy Henrykowie widzi ten problem. Tutaj nie można bez końca stosować półśrodków i poprzestawać na podpieraniu tego co jeszcze się nie przewróciło, tylko należy zastosować kosztowne ale porządne prace konserwatorskie. 








Kilka miesięcy po prezydenckiej wizycie w mediach pojawiła się informacja, że nowym sponsorem strategicznym lubiąskiego klasztoru została firma KGHM Polska Miedź. Jakby rządzący zreflektowali się że popełnili gafę i nietakt więc wysłali na ratunek państwową spółkę. Minęło ponad pół roku i nie wydarzyło się nic, nieznane są żadne szczegóły współpracy ani konkretne kwoty, nie wiadomo jakie będzie przyszłe przeznaczenie tego obiektu. Temat umarł medialnie i w samym Lubiążu żadnych zmian na lepsze nie widać, ale należy mieć nadzieję że to tylko cisza przed burzą. Jeżeli tym razem się nie uda, to lubiąskiego kolosa już nic nie uratuje przed marazmem i powolnym upadkiem.





5/18/2015

Kto powstrzyma szaleństwo ?

Szokująca sprawa którą poruszył facebookowy profil Bardo - na tropie tajemnic historii

To co widzicie na bardzo szybko zrobionej wizualizacji to nie jest żart! Zgodnie z pismem Delegatury Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Wałbrzychu PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. planują wybudowanie NA POGRANICZU PODGRODZIA BARDZKIEJ KASZTELANII WIEŻY STRUNOBETONOWEJ O WYSOKOŚCI 42 METRÓW WRAZ Z KONTENEREM TECHNOLOGICZNYM (dla porównania wysokość wieży bardzkiej bazyliki wynosi 25 metrów). Wieży, która całkowicie zniszczy panoramę widokową Barda. Wieży, która stanie dokładnie na osi bazylki (w odległości zaledwie kilkuset metrów) "przecinając" dwuwieżową elewację frontową na dwie części...


Czy ktoś powstrzyma szaleństwo ? Wojewódzki Konserwator Zabytków tradycyjnie rozkład ręce w geście niemocy i braku możliwości. Nie wiadomo czy jest w tym kraju ktoś, kto ma realny wpływ na jego zabytki i krajobraz. Budowa tej wieży zniszczy kompozycję krajobrazową, która przetrwała kilkaset lat. Nie pokonały jej wojny, klęski żywiołowe, nieprzemyślane działania człowieka. Aż do dzisiaj...


5/17/2015

Sen szalonego cukiernika w gotowanej kukurydzy

Okazały pałac w Mosznej to jedna z turystycznych ikon i wizytówek Śląska. W  sezonie jego mury szturmują tysiące turystów z całego kraju, a oferta skierowana do nich z każdym rokiem jest coraz bogatsza: od zwiedzania, przez noclegi i gastronomię, po szereg imprez tematycznych. Pięknieje sam pałac ale i towarzyszące mu budowle oraz otaczający je park. Chociaż wciąż pozostaje wiele do zrobienia, już widać pozytywne zmiany. 


Niestety, są także i inne zjawiska, które towarzyszą tym najpopularniejszym zabytkom, bez względu na region w jakim się znajdują oraz ich przeznaczenie. Podobnie jak we wspomnianym już kiedyś na tych łamach zamku w Ogrodzieńcu  (Realna odpowiedź na realne potrzebyRealna odpowiedź na realne potrzeby - sprostowanie), w Mosznej zaczyna królować jarmarczna tandeta i kiczowaty odpust. Wdziera się pod same drzwi pałacu, zaczyna zdobywać park i dochodzące do zabytku alejki. Na razie nieśmiało, jeszcze bez takiego natężenia jak na nadmorskim deptaku, ale zjawisko narasta coraz bardziej. O ile nie ma sensu rozwodzić się nad klientelą tego typu "usług" to trudno zrozumieć jaki cel przyświeca osobom zarządzającym obiektem. Jeżeli nie zareagują już dzisiaj i nie odsuną tandety od zabytku, wkrótce wedrze się ona do środka i odstraszy miłośników tego typu obiektów oraz klientów o zasobniejszym portfelu. Jarmark wyniesie się w inne miejsce razem z ludźmi o niezbyt wyszukanych potrzebach i gustach, pałac zostanie z zepsutą opinią na długie lata. Wszystkich zadowolić się nie da więc należy się zastanowić czy ważniejsza dla pałacu jest wata cukrowa z gotowaną kukurydzą, czy organizacja konferencji i imprez w dobrym stylu. Im szybciej, tym mniej szkód do naprawienia będzie w przyszłości.








5/15/2015

Mecenas potrzebny od zaraz

Na pytanie, gdzie znajduje się przedstawiony na zdjęciu pałac, większość Polaków wskaże Francję, Szwecję, Niemcy lub Włochy. Tymczasem jest to przepiękna barokowa rezydencja, projektu znanego architekta tego okresu Martina Frantza, w Chróstniku koło dolnośląskiego Lubina. Jeszcze niedawno była spaloną i opuszczoną ruiną, po której pozostały jedynie ściany zewnętrzne zarośnięte samosiejkami i zarzucone śmieciami, dzisiaj to jeden z największych placów budowy w okolicy, a razem z pałacem odnowiono zabytkowy park oraz sąsiednie zabudowania gospodarcze. 


W dalszym ciągu trwają prace budowlane i porządkowe, nie wiadomo też w jaki sposób po remoncie będzie wykorzystywany pałac. Być może będzie służył jako prywatna rezydencja jednego z najbogatszych Polaków, może zostanie udostępniony szerszemu gronu użytkowników w celach komercyjnych. Wiadomo jednak, że został uratowany bezcenny zabytek, a mecenas tego przedsięwzięcia zasługuje na powszechny szacunek i uznanie. Swoje ciężko zarobione pieniądze przeznaczył na ratowanie cząstki kultury regionu w którym mieszka i prowadzi swoje interesy. Jest bardzo prawdopodobne, że poniesione nakłady prędko mu się nie zwrócą, o ile to w ogóle jest możliwe. Nawet jeżeli zabytek będzie niedostępny dla przeciętnego turysty, a nieznane intencje właściciela nie były tak górnolotne, przetrwa kolejne dziesięciolecia w doskonałym stanie, czego nie będzie dane wielu innym obiektom w okolicy. Niestety, problem w tym że bogatych i świadomych inwestorów chcących ratować zabytki można w naszym kraju policzyć na palcach jednej ręki, a ci którzy się porywają na takie przedsięwzięcia zazwyczaj nie mają odpowiednich funduszy aby w szybkim tempie dokonać cudu jaki zdarzył się w Chróstniku. Chociaż na liście milionerów jest kilkaset nazwisk, nie ma wśród nich zainteresowania rezydencjami historycznymi na terenie Polski, nie ma pasji i poczucia misji, bo prościej jest kupić świeżo wyremontowany zamek we Francji lub we Włoszech. Pełnym patriotycznych sloganów ustom przeczą czyny. Tymczasem w bezpośrednim sąsiedztwie giną prawdziwe perły. W podobnym stanie jeszcze niedawno był pałac w Chróstniku:







więcej na www.zabytkidolnegoslaska.com.pl

5/13/2015

Zamek - centrum kultury

Jeden z najpiękniejszych dolnośląskich zamków znajduje się we... Wrocławiu. Ściślej w urokliwej dzielnicy Leśnica, przy drodze prowadzącej do Środy Śląskiej. Wykorzystywana na cele kulturalne rezydencja jest nie tylko okazała ale też bardzo zadbana. Wraz z sąsiednim parkiem stanowi cel licznych wycieczek mieszkańców miasta, za to mało znana jest wśród turystów.


Zamek po raz pierwszy na kartach wielkiej historii pojawił się 7 grudnia 1201 roku, kiedy zmarł tutaj protoplasta linii książąt wrocławskich Bolesław Wysoki. Do 1335 roku kolejni Piastowie odwiedzali i zamieszkiwali niewielką warownię, później przeszła w ręce czeskiego króla Jana Luksemburskiego. Sprzedał ją w 1339 roku wrocławskiemu mieszczaninowi i od tego czasu pozostawała we włądnaiu kolejnych możnych śląskich rodów. Zamek był wielokrotnie niszczony, odbudowywany i przebudowywany, ponieważ działania wojenne nie omijały tych okolic. Do miejscowej tradycji przeszła legenda o pojmaniu przez Fryderyka II kwaterujących w jego murach austriackich oficerów, którzy po bitwie pod niedaleką Lutynią nie spodziewali się nieproszonych gości. Przetrwał II wojnę światową bez większego uszczerbku, ale po jej zakończeniu nie znaleziono pomysłu na zagospodarowanie rozszabrowanych murów. Spłonął w 1953 roku ale w 1959 roku rozpoczęto jego odbudowę, podczas której zniszczono ocalały wystrój wnętrz. Obecnie w zamku mieści się Centrum Kultury „Zamek”, będące instytucją kultury miasta Wrocławia. Piękny zabytek, nieco zapomniany przez miłośników historii i dolnośląskich rezydencji.




więcej na www.zabytkidolnegoslaska.com.pl

5/12/2015

Sztuka podarowana, odzyskana i zastana

27 kwietnia w Muzeum Narodowym we Wrocławiu otwarto wystawę „Śląska rzeźba gotycka ze zbiorów Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II”.

W zbiorach muzealnych KUL znajduje się największa w tej części Polski kolekcja późnośredniowiecznej plastyki śląskiej. Ten liczący czternaście obiektów zbiór pod względem artystycznym stanowi prawdziwy ewenement. Znalazły się w nim bowiem dzieła czołowych warsztatów śląskich późnego średniowiecza - m.in. Mistrza Lat 1486-1487, Jakoba Beinharta, Mistrza Ołtarza z Gościszowic, a także rzeźby z kręgu oddziaływania Mistrza Figur Lubińskich. Dzieła te przekazane zostały na KUL w 1956 r., jako dar Kurii Metropolitalnej Wrocławskiej dla potrzeb rodzącego się wówczas Studium Sztuki Sakralnej przy Sekcji Historii Sztuki. Na wystawie zaprezentowanych zostanie dwanaście zabytków powstałych w XV i XVI w. 
(...)w tym dzieła tak wybitne jak figura Złotej Katarzyny z Katternecke (tj. nieistniejącej już, narożnej kamienicy przy zbiegu ulic św. Katarzyny i daw. Szerokiej (ob. Purkyniego) do Nowego Targu we Wrocławiu), łączona z pracownią wybitnego wrocławskiego rzeźbiarza Jacoba Beinharta, czy też rzeźba św. Sebastiana z Mycielina, powstała w warsztacie Mistrza Ołtarza z Gościszowic.(...)

Wystawę będzie można oglądać do 28 czerwca.


Dwanaście zabytków podarowanych lubelskiemu uniwersytetowi przez wrocławską Kurię Metropolitalną. Nie skradzionych, nie rozszabrowanych jak to często miało miejsce w tym rejonie kraju. Dzieła są w doskonałym stanie, po fachowej konserwacji, skatalogowane i opisane bez żadnych zbędnych uników i przekłamań. Nikt nie ukrywa miejsca ich pochodzenia, a nowi właściciele są dumni z posiadanej kolekcji. Dziwne ? Na pewno, ale jak najbardziej legalne. Możemy podziwiać wypożyczone śląskie Madonny do końca czerwca w MN we Wrocławiu.









Tuż obok inna wystawa czasowa a na niej dzieło, które przyjechało z Warszawy, gdzie zalegało w magazynie jako "poniemiecki remanent". Krata z ratuszowej Piwnicy Świdnickiej zostaje we Wrocławiu na dłużej - jako depozyt. Wystawę można oglądać do 16 czerwca więc czasu pozostało niewiele.

"Stwórcze ręce" to pierwsza wystawa prezentująca mało znaną i w niewielkim stopniu zbadaną twórczość artystów-rzemieślników działających na Śląsku w 1. połowie XX w. Pokazanych zostało prawie 200 dzieł sztuki – secesyjnych, w stylu art déco i modernistycznych.

Chcemy przypomnieć wspaniałe dzieła tamtego okresu i odkryć współczesnym postaci ich twórców – wybitnych, ale zapomnianych wrocławskich artystów, m.in. złotnika Ericha Adolfa i autora wielu dzieł kowalstwa artystycznego Jaroslava Vonkę – mówi Piotr Oszczanowski, dyrektor Muzeum Narodowego we Wrocławiu. Ich prace można oglądać w wielu miejscach na Śląsku, we Wrocławiu m.in. w Ratuszu, Elektrowni Wodnej, Politechnice Wrocławskiej, w kościołach. Mało kto jednak zna nazwiska autorów tych dzieł.

Na wystawie pokazane zostały również prace Alberta Greinera, Johanna Schlossarka, Tillmanna Schmitza, Gebharda Utingera. Eksponaty pochodzą z kolekcji prywatnych, kościelnych i klasztornych, a dopełnią ją zabytki z zasobów muzealnych.










Odkąd dyrektorem wrocławskiego Muzeum Narodowego jest dr Piotr Oszczanowski instytucja nabrała rozpędu. Mnożą się kolejne inicjatywy, "przewietrzane" są magazyny i archiwa w poszukiwaniu kolejnych dzieł sztuki. Wracają i są wypożyczane do innych placówek na razie w formie depozytów, ale być może to początek zmian w myśleniu o powojennych losach śląskich dzieł sztuki ? Często narzekamy że śląskie Willmany wiszą w warszawskich kościołach, że śląskie rzeźby zdobią warszawskie lub toruńskie muzea, tymczasem mamy okazję podziwiać je na miejscu gdy wracają, na razie w formie wypożyczenia. Ilu z nas kupi bilet na wystawę tych dzieł i zechce na nie spojrzeć w realnym świecie, a nie tylko "walczyć" o ich powrót w internetowej rzeczywistości ? 

Im więcej ludzi zobaczy te wspaniałe kolekcje, tym donioślejszy będzie sygnał że te dzieła nie są już niczyje, a na Dolnym Śląsku istnieje zainteresowanie ich losami. Zagłosujmy nogami i zwiedzajmy muzealne ekspozycje organizowane nie tylko przez Muzeum Narodowe. Doceńmy pracę ludzi, którzy je dla nas organizują.