7/19/2015

Zamek w Niemodlinie udostępniony do zwiedzania!

Opuszczony przez dziesiątki lat zabytek dotychczas można było zobaczyć jedynie zza ogrodzenia lub z zatłoczonej drogi krajowej przebiegającej pod jego murami. Z jednej strony można się było cieszyć ponieważ nie zamienił się w rozkradaną i dewastowaną przez przypadkowych wandali ruinę jakich wiele, z drugiej żal było że tak okazała budowla pozostawała niewykorzystana turystycznie. Nowi właściciele w sezonie letnim zdecydowali się wpuścić zwiedzających do środka. W każdą sobotę i niedzielę o godzinie 12.00 i 13.30 w towarzystwie przewodnika poznamy historię i dzień dzisiejszy jednego z najpiękniejszych zamków na Śląsku.




O ile historia jest bogata, to współczesne losy zabytku nie nastrajają optymistycznie. To nie jest miejsce dla kogoś, kto spodziewa się wypełnionych po brzegi działami sztuki sal, bogatych dekoracji i okazałych komnat. Przewodnik nie opowiada dorosłym bajeczek o duchach, nie ma "dekoracji" z dykty i monitorów wyświetlających filmy o niczym. Zwiedzamy puste pomieszczenia, ogołocone ze wszystkiego co było w nich cenne i zniszczone przez upływający bezlitośnie czas. Świadectwem dawnej świetności jest tylko ogrom budowli i zachowane częściowo detale kamieniarskie oraz dekoracje.




Jeżeli tak wygląda sprawa, to po co wchodzić do środka ? Przede wszystkim po to, żeby zobaczyć ORYGINALNY i zachowany w dość dobrym (jak na śląskie realia) stanie, renesansowy zamek z krużgankowym dziedzińcem wewnętrznym, z barokowym mostem ozdobionym rzeźbami, z okazałą zrujnowaną kaplicą zamkową, przejść się pustymi korytarzami, które przetrwały w niemal niezmienionym stanie kilkudziesięciu lat. Po to aby poczuć wielką historię widoczną na każdym kamieniu, w nietkniętym żadnymi większymi remontami budynku.









Rzadką sprawą jest także podejście właściciela zabytku, który w porozumieniu z lokalnymi władzami udostępnił obiekt do zwiedzania. Korzyści są obustronne - Niemodlin wreszcie ma atrakcję która pozwoli przyciągnąć do tego ładnego miasteczka turystów, właściciel w ten sposób "reklamuje" zamek licząc na to, że wśród nich trafi się potencjalny kupiec. Niby proste, a jest to chyba jedyny tego typu przykład na Śląsku. W niedalekim sąsiedztwie stoją opuszczone pałace w Karczowie, Dąbrowie, poewangelicki kościół w Lewinie Brzeskim, których włodarze nie są zainteresowani tego typu działalnością lub nie wpadli na taki pomysł. Podobnie może być przecież wszędzie: w Bożkowie, Roztoce, Biechowie, Grodźcu, Radomierzycach, Chocianowie, Luboradzu i w dziesiątkach innych miejsc, gdzie wystarczy miotła, kasa fiskalna, miejscowy pasjonat i w sezonie można zarobić na bieżące naprawy oraz zabezpieczenia. Co z tego że w środku nie ma mebli, lśniących posadzek, a sztukaterie i polichromie sypią się na głowę ? Prawdziwi miłośnicy zabytków i tak przyjadą.






Kto jeszcze nie odwiedził zamku w Niemodlinie nie ma na co czekać. Kto wie, czy ta inicjatywa przetrwa dłużej niż jeden sezon ? Jeżeli nie, to taka szansa może się nie trafić przez kolejne kilkadziesiąt lat. O ile wtedy będzie jeszcze co podziwiać...

więcej zdjęć: www.zabytkigornegoslaska.com.pl
galeria 1, galeria 2

7/13/2015

Pałac "wytransferowany"

Otoczony dawniej fosą renesansowy dwór obronny w Zagrodnie powstał w 1570 roku i poza przebudową w XIX wieku, w niezmienionym stanie przetrwał do końca II wojny światowej. Wtedy dopadły go hordy szabrowników, rozkradły wszystko co było w nim cennego, co dało się wynieść lub zniszczyć na miejscu. Przetrwały mury 3-skrzydłowej budowli pokryte bogatą dekoracją sgraffitową oraz urozmaicone renesansową kamieniarką w postaci opasek okiennych i portali. Na wieży znajdował się hełm z iglicą, a od strony rzeki rozciągał się wspaniały ogród tarasowy który założono w XVIII wieku.


Do sąsiadujących z pałacem zabudowań wkroczył nowy użytkownik w postaci PGR co przypieczętowało los tej wspaniałej rezydencji. Opuszczony zabytek niszczał coraz bardziej, w czym "pomagali" mu pracownicy i kierownictwo tej słynącej z niezwykłej "gospodarności" instytucji. Wprawdzie były plany odbudowy pałacu, ale "ratowanie" zakończyło się na samych deklaracjach. W latach siedemdziesiątych był już w takim stanie, że w 1979 roku ekipa pod kierownictwem Mieczysława Steca odspoiła fragmenty dekoracji sgraffitowej od ścian i przeniosła je do Muzeum Okręgowego w Chojnowie. Tam trafił także renesansowy portal z wielkiej izby na pierwszym piętrze. To były ostatnie prace jakie zostały przeprowadzone w Zagrodnie. Później porzucone mury wzięła we władanie natura, szczelnie zakrywając resztki zabytku roślinnością. Dzisiaj to własnie gąszcz krzaków i samosiejek strzeże pałac skuteczniej niż konserwator zabytków oraz właściciel w postaci Skarbu Państwa (Agencja Nieruchomości Rolnych), którzy konsekwentnie ignorują jego istnienie. Gdy runą resztki ścian będziemy podziwiali niewielkie kawałki umieszczone w muzealnej gablocie i dziwili się że tylko na tyle było stać przez dziesiątki lat duży europejski kraj. Nikt nie był w stanie uratować niewielkiego, dwukondygnacyjnego budynku, który był i mógł nadal być ozdobą regionu.

więcej zdjęć: www.zabytkidolnegoslaska.com.pl

7/12/2015

W cieniu zamku Grodziec

Tysiące turystów zmierzających w kierunku zamku Grodziec mijają obojętnie, ukryty w zarośniętym parku, jeden z najpiękniejszych barokowych pałaców na Śląsku. Powstał w latach 1718-1721, po tym gdy cesarscy żołnierze pod dowództwem Albrechta von Wallensteina zdobyli i wysadzili (26 grudnia 1646 roku) mury zamku Grodziec, a ówczesny właściciel zdecydował, że nie warto ich odbudowywać więc wzniósł nowoczesną (na tamte czasy) rezydencję. Gdy w XIX wieku posiadłość nabyła rodzina von Dirksen kontynuowano, zapoczątkowaną przez Hochbergów, odbudowę zamku pod kierownictwem Bodo Ebhardta, a położony poniżej pałac stał się letnią rezydencją niemieckich arystokratów. Potomek Willibalda von Dirksena, Herbert, doszedł do funkcji ambasadora Niemiec w Moskwie, skąd przeniesiony został na placówkę w Tokio.  5 listopada 1933 roku w pałacu goszczono wodza III rzeszy Adolfa Hitlera, a w 1938 roku po zakończeniu służby von Dirksen na stałe osiadł w jego murach. Nie dane mu było cieszyć się długo spokojem ponieważ echa wojny dotarły do tej sielskiej i spokojnej miejscowości wraz ze zbiorami Biblioteki Pruskiej, umieszczonymi na zamku w 1942 roku aby uchronić je przed skutkami bombardowań. Na początku 1945 roku we wsi i w pałacu pojawiły się grupy uchodźców i wkrótce po nich żołnierze Armii Radzieckiej, którzy zdobyli Grodziec bez jednego wystrzału. Von Dirksena ocaliło zdjęcie z czasów służby w Moskwie oraz liczne książki rosyjskie z tego okresu, przechowywane w pałacowej bibliotece. Niestety, żołnierze "wyzwoleńczej armii" nie mieli tyle atencji do mienia zgromadzonego przez byłego ambasadora więc okradli i spustoszyli pałac oraz zamek. Wkrótce Dirksen pod osłoną nocy uciekł, a porzucone wyposażenie szybko znalazło nowych właścicieli w postaci licznych szabrowników oraz ekipy rewindykacyjnej Witolda Kieszkowskiego. Pałacowe meble i obrazy jadą do Warszawy, Krakowa i innych odbudowywanych przez "cały naród" miejscowości.


Pozostają ograbione mury, które wykorzystywane są po 1945 roku jako hotel robotniczy miejscowego PGR, kolejnym użytkownikami zostają: kopalnia "Konrad" z Iwin, Gminna Rada Narodowa z Nowej Wsi Grodziskiej, Kuratorium Oświaty i Wychowania, Polski Związek Esperantystów, a od 1992 roku należy do prywatnych właścicieli. W 1960 roku "Wiadomości Legnickie" donosiły:

"(...) mieszka w nim tylko (!) 30 rodzin pracujących w kopalni ("Konrad" z Iwin). Pałac jest naprawdę unikatem w powiecie złotoryjskim(...) W parku znajduje się także 15 kamiennych rzeźb. Niestety, wszystkie są poprzewracane i zaniedbane. Lokatorzy w zastraszający sposób niszczą pałac. Wszędzie spotkaliśmy wiele brudu, a na podwórzu cuchnące śmietniki. Szkoda że władze patrzą na to obojętnym okiem(...)*

I tak pozostało na długie lata. W latach dziewięćdziesiątych wymieniono pokrycie dachowe oraz przeprowadzono drobne prace porządkowe, które pozwoliły ocalić zabytek na przyszłość. Dzisiaj jest on wystawiony na sprzedaż, ale chętnych do zakupu tej ogromnej rezydencji (3600m2) nie widać, chociaż ma ona ogromny potencjał i wymarzoną lokalizację. W jej wnętrzu zachowały się resztki dawnego wystroju z barokowym plafonem w sali balowej na czele, przed główną fasadą fontanna, podobno przywieziona z ruin Pompei. Straszą odrapane ściany, powybijane szyby i obskurny blaszany płot wokół budynku. Jeszcze nic straconego, jest nowy dach, jest stróż chroniący mury przed wandalami, jednak trudno o optymizm jeżeli przez 70 lat nie znalazł się jeden porządny gospodarz...


Na podstawie publikacji:
*"Losy rezydencji dolnośląskich w latach 1945-1991" - Romuald Łuczyński
"Na tropach skarbów i depozytów Trzeciej Rzeszy : kulisy rewindykacji i poszukiwań terenowych na Dolnym Śląsku" - Szymon Wrzesiński i Krzysztof Urban.


7/09/2015

Czar średniowiecza

Romański kościółek p.w. św. Jana Chrzciciela i św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Świerzawie jest jedną z najpiękniejszych pamiątek historycznych w Polsce. Niewiele zachowało się świątyń które niemal w niezmienionym stanie, bez późniejszych poważnych ingerencji, przebudów, zniszczeń i przekształceń przetrwały do naszych czasów. Po przekroczeniu progu tego zabytku dosłownie przenosimy się w czasie, dotykamy średniowiecza, czujemy jego zapach i klimat.




Powstał w XIII wieku jako parafialny ale w 1391 roku stracił swoją rangę na rzecz kościoła p.w. Wniebowzięcia NMP w centrum miasteczka. W 1428 roku w jego murach schroniła się ludność przed najeźdźcami husyckimi. W tym samym roku wybuchł pożar i w 1507 roku ukończono jego odbudowę która nadała mu obecny kształt. Świątynia służyła ewangelikom, aby w 1645 roku wrócić z powrotem do katolików, później traciła na znaczeniu stając się kaplicą cmentarną. Po 1945 roku opuszczony kościół niszczał, a jego wyposażenie rozdysponowano dla innych parafii w całej Polsce (min. w Poznaniu). Doceniając jednak rangę zabytku przeprowadzano różne prace remontowe i konserwatorskie w latach pięćdziesiątych oraz siedemdziesiątych ubiegłego wieku.




W zdesakralizowanym wnętrzu zachowały się przepiękne freski z XIII i XIV wieku, romańskie detale kamieniarskie, epitafia i płyty nagrobne z XVI wieku, empory zbudowane z polichromowanych desek gotyckiego stropu w 1562 roku oraz kamienna chrzcielnica i mensa ołtarzowa. Można spacerować po emporach, wejść na gotycką wieżę, zobaczyć wystawy organizowane w kościelnej nawie. Zabytek jest udostępniony w sezonie do zwiedzania w godzinach 11-18 oraz na telefon w pozostałych porach dnia i roku.




W przeciwieństwie do wielu "urzędowo" otwartych atrakcji turystycznych w innych rejonach Dolnego Śląska w Świerzawie mamy do czynienia z wielką pasją i zaangażowaniem osób zajmujących się świątynią, które poświęcają swój czas aby każdy z nas mógł zobaczyć jej wnętrze i poznać historię tego miejsca. Doceniamy to zwłaszcza wtedy gdy uświadomimy sobie że wiele innych pięknych i wciąż użytkowanych kościołów w okolicy jest dla turystów zupełnie niedostępnych. Ten niewielki zabytek, chociaż wciąż mało znany, jest jedną z największych atrakcji w kraju. W przeciwieństwie do tysięcy innych jest ORYGINALNY.

więcej zdjęć: www.zabytkidolnegoslaska.com.pl

7/08/2015

Mała Legnica

Miejsce jest zachwycające. Ukryte wśród drzew i pól potężne gospodarstwo, należące dawniej dla barona von Dumichen zostało przekształcone przez pana Michała Sabadacha w jedyne w Polsce prywatne Muzeum Armii Radzieckiej i Wojska Polskiego, gdzie w dawne święta (9 maja i 22 lipca) zbierają się weterani aby świętować i wspominać minione dobre (?) czasy.




Myliłby się jednak każdy, kto szukałby w tej inicjatywie gloryfikacji niezbyt lubianej w Polsce armii i narzuconych przez nią bohaterów. Dla pana Michała Sabadacha historia nie jest czarno-biała, on wyszukał w niej inne odcienie, a przede wszystkim uratował tysiące eksponatów, które są świadectwem swojej epoki. Zwłaszcza w okolicach Legnicy, gdzie stacjonował ogromny radziecki garnizon, bez sensu jest wymazywanie jego istnienia i wyrzucanie wszelkich świadectw na śmietnik. W czasach gdy właściciel muzeum był jednym z użytkowników zamku Grodziec, nawiązał on kontakty z odwiedzającymi warownię żołnierzami "bratniej armii" co zaowocowało wieloletnią współpracą oraz licznymi przyjaźniami. Gospodarz nie ukrywa swojej fascynacji minioną epoką, chociaż jest jedną z jej ofiar i jednocześnie beneficjentów. Wysiedlony jako dziecko z okolic Stanisławowa, odnalazł się w powojennej rzeczywistości jako żołnierz, partyjny działacz oraz twórca "propagandy wizualnej". Przyjaźnił się z marszałkiem Dubyninem i innymi dowódcami Armii Radzieckiej, swego czasu odnalazł i zaprosił przedwojennych niemieckich właścicieli swojego gospodarstwa - rodzinę von Dumichen, niedawno odebrał medal "Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata" przyznany jego rodzicom. Postać nietuzinkowa i nie dająca się zaszufladkować w żaden prosty sposób.








Pan Michał Sabadach niemal o każdej porze dnia jest do dyspozycji turystów, za "co łaska" z przyjemnością oprowadza i chwali się swoimi zbiorami. Poza pomnikami min. marszałka Rokossowskiego i gen. Świerczewskiego są ogromne zbiory plansz propagandowych, mundurów, odznaczeń, broni i innych eksponatów związanych z tematem. Chociaż całości daleko do współczesnych "multimedialnych" muzeów, nie ma cennych zabytków i dzieł sztuki, to jest to jeden z najciekawszych reliktów poprzedniej epoki, która odeszła tak szybko i chaotycznie zabierając ze sobą do śmietnika i na złom większość jej symboli.

7/07/2015

Zapomniane miejsca Dolnego Śląska - przewodnik

(...)Wyburzanie zabytków na Dolnym Śląsku zdaje się nie mieć końca. W ostatnich latach utraciliśmy nieznany konserwatorowi zabytków barokowy dwór w Kozińcu (koło Ząbkowic Śląskich) oraz znaną szeroko w Europie przędzalnię w Mysłakowicach. Stan wielu kolejnych obcych konserwatorom zabytków pozwala przypuszczać, że i one mogą skończyć pod łyżką koparki.

Na obszarze opisanym w niniejszym przewodniku nasycenie różnego typu ruinami jest nieco mniejsze niż w przypadku ziem zachodnich Dolnego Śląska i Górnych Łużyc (1 część Zapomnianych miejsc Dolnego Śląska). Niemniej, zwiedzając okolice Ząbkowic Śląskich, Dzierżoniowa, Kłodzka czy Świdnicy, można zrobić nie więcej niż 30 km i objechać kilka/kilkanaście miejscowości, często bogatych w zapomniane zabytki.

W obecnym tomie piszemy przede wszystkim o zrujnowanych dworach i pałacach, których szczególnie dużo znajduje się w Kotlinie Kłodzkiej. Wystarczy spojrzeć na mapę i zobaczyć, że w Starej Łomnicy są trzy dwory renesansowe i jedna średniowieczna wieża mieszkalna, a w Ścinawkach (Dolna, Średnia i Górna) jest łącznie pięć dworów i pałaców. W przewodniku opisaliśmy również kilka bardziej znanych zrujnowanych miejsc, w sprawie których od lat organizowane są akcje (przeważnie w internecie) nawołujące do ratowania tych zabytków. Są to przede wszystkim wspaniałe architektonicznie pałace w Bożkowie i Kluczowej.

Pałacom, szczególnie dolnośląskim, często towarzyszą ogrody angielskie z budowlami, których stan jest nierzadko równie agonalny, jak samych pałaców. W przewodniku znajdują się zatem ruiny wież widokowych, belwederów, mauzoleów, a także... jedna rotunda do walk rycerskich.

Bogaty przegląd dworów i pałaców jak zwykle uzupełniamy co ciekawszymi, a mało znanymi ruinami zamków i grodziskami. Oprócz nich przedstawiamy opuszczone kościoły i zbory ewangelickie. Tych ostatnich jest stosunkowo mało - zborów właściwie nie budowano w katolickim Hrabstwie Kłodzkim. Mamy za to forty z czasów pruskich, budowane w ostatnim dziesięcioleciu XVIII w. w obawie przed austriacką inwazją. Z późniejszych czasów znaleźliśmy nawet jeden schron Armii Czerwonej pod Świdnicą. Osobom lubiącym apokaliptyczne klimaty polecamy odwiedziny w jednej z wyludnionych w latach PRL wsi w Masywie Śnieżnika (Marcinków, Rogóżka) lub już w III Rzeczypospolitej w dolinie Nysy Kłodzkiej (Piłce), gdzie pozostały właściwie już tylko same ruiny.

Przewodnik Zapomniane miejsca Dolnego Śląska to efekt wielu terenowych wyjazdów prowadzonych przez autora na przestrzeni kilkunastu lat. Wszystkie miejsca zostały przez niego odwiedzone osobiście.(...)



Fragment przedmowy przewodnika autorstwa Jakuba Jagiełły Zapomniane miejsca Dolnego Śląska oddaje mniej więcej to, czego możemy spodziewać się w jego treści. To kolejna część cyklu opisującego zapomniane i zaniedbane miejsca, nie tylko na Dolnym Śląsku. Jeżeli ktoś ma dość zwiedzania sztandarowych atrakcji i oczekuje czegoś więcej, znajdzie to w tej niewielkiej książeczce. Bez upiększania, prosto i dosadnie skomentowane oraz opisane. Zgodnie z rzeczywistością,

7/05/2015

Co Pan tam robi w tych Gliwicach ?


Człowiek żyje prawdziwie ludzkim życiem dzięki kulturze
św. Tomasz z Akwinu


Wielokrotnie na łamach tego bloga były poruszane problemy miasta Gliwice z zachowaniem swojej spuścizny historycznej oraz braku inicjatyw ze strony urzędników, mających na celu uatrakcyjnienie przestrzeni miejskich oraz organizacji wydarzeń kulturalnych. Efektem tego stała się pustynia kulturalna i zaniedbane, zachowane niemal bez zmian zabytkowe miasto śląskie z różnorodnymi zabytkami budowanymi od średniowiecza do epoki industrializacji w XIX i XX wieku. Stare Miasto w obrysie murów obronnych (fragmenty istniejące), dzielnice mieszkalne i willowe z kompletną od czasów powstania reprezentacyjną zabudową miejską, okazałe budynki użyteczności publicznej i obiekty poprzemysłowe tworzą (jeszcze) spójną i atrakcyjną całość. Niestety, atuty konsekwentnie ignorowane przez urzędników miejskich i degradowane jako coś nieprzystającego do naszych czasów i postępu, który musi je zmieść z powierzchni ziemi. Miasto stało się tylko sypialnią dla pracowników stojących w polach hal z płyty warstwowej i mini-biurowców zagubionych wśród wybetonowanych parkingów. Estetyka stałą się rzeczą drugorzędną, kultura fanaberią, przestrzeń miejska jedynie tłem dla PR-owych haseł. 


"Gliwice - Miasto Nowych Technologii" - nie bardzo wiadomo jakich, ale brzmi to jak w czasach słusznie minionych  - "Bytom - miasto węgla i stali". Efekty tej polityki odczuwalne są dla mieszkańców Bytomia do dzisiaj wyjątkowo boleśnie. Nie z powodu szkód górniczych, a wizerunku miasta przemysłowego, brudnego, atrakcyjnego jedynie dla pracowników fizycznych. W "mieście węgla i stali" nie wspominano o pięknych zabytkach, które po latach zaniedbań lawinowo są wyburzane, o ile same wcześniej nie runą. "Nowe technologie" w przyszłości mogą się przysłużyć w podobny sposób Gliwicom, czego dzisiaj nie potrafią zrozumieć piewcy tego typu haseł. Ludzie ograniczeni umysłowo i mentalnie. Dla nich miasto ma wymiar jedynie finansowy i propagandowy, a miarą sukcesu nie są ulice i place pełne ludzi tylko cyfry w arkuszu kalkulacyjnym.



W "Gazecie Wyborczej" z dnia 04.07.2015 ukazał się obszerny wywiad ze znanym Gliwiczaninem, Wojciechem Pszoniakiem, (I tak pani nie zdąży) którego fragment wiele tłumaczy dlaczego tak się dzieje w tym "technologicznym raju":

(...)Jestem związany z Gliwicami - tam się wychowałem, zrobiono mnie honorowym obywatelem. Kiedy umarł Tadeusz Różewicz, wielki i piękny człowiek, mój mentor i przyjaciel, dzięki któremu jestem taki, jaki jestem, to chciałem ze swoją fundacją zorganizować w Gliwicach Dni Różewiczowskie. On tam żył, synowie mu się tam urodzili, napisał tam wiele rzeczy. Wystąpiłem z propozycją do prezydenta miasta, prezydent odesłał mnie do zastępcy. Powiedzieli komuś, że można powiesić tablicę w szkole. Oczywiście zrezygnowałem. Zgłosiłem się do Karpacza, gdzie Różewicz został pochowany - przyjęto mnie entuzjastycznie i tam zrobię te Dni Różewiczowskie. Wszystko zależy od ludzi. Jeżdżę po Polsce z monodramem „Belfer” i widzę, że są miasta, miasteczka, gdzie istnieje potrzeba kultury wysokiej.(...)

W Gliwicach nie istnieje.


Ten trend ma się dobrze od wielu lat i jest konsekwencją polityki przyjętej jeszcze w PRL. Tadeusz Różewicz mieszkał w Gliwicach w latach 1949-1968 w charakterystycznej kamienicy na ulicy Zygmunta Starego 28. To w niej napisał setki wierszy oraz słynną "Kartotekę", na ten okres przypada szczyt jego twórczości. Już wtedy Julian Tuwim napominał Różewicza: "Ale, na miłość Boską, co Pan tam robi w tych Gliwicach ?" - w mieście gdzie kultura była czymś gorszym od zakładów chemicznych czy huty. Nie wytrzymał i wyjechał do Wrocławia.


Miłośnik Gliwic Marian Jabłoński dodaje kilka gorzkich słów w internetowym komentarzu po śmierci poety:

Nigdy nie lubił Gliwic, a tym bardziej po gomułkowskim roku 1968. Na siłę wciskany jest bezustannie do historii naszego miasta. Rok temu GZUT skończył prace przy odlaniu tablicy pamiątkowej która ma się kiedyś znaleźć na ścianie budynku w którym niegdyś mieszkał. Na razie wisi w ZSO 11 przy ul. Górnych Wałów. Jakiś czas temu wspólnota, która się zawiązała w dawnym miejscu zamieszkania poety, nie wiadomo czemu zdjęła istniejącą tablicę czyli ją USUNĘŁA, zostały tylko dziury po śrubach. Teraz elewacja jest akurat w remoncie to i dziury znikną.

Podczas rozmów z mieszkańcami tego budynku pamiętającymi lata 60-te ub. wieku i Różewicza, określili go jako domowego despotę. Mieszkanie które zajmowała rodzina Różewiczów na I piętrze jest całkowicie wyremontowane i zmienione. Nic w tym wnętrzu nie przypominało dawnych lat. Nawet widok z okna na koszary zamienione w mieszkania jest inny (opisał je krótko je w jednym ze swoich dzieł). Jedynie z zewnątrz można popatrzeć na piękny wykusz z jego pokojem.
sień przez którą przechodził, poręcze których się trzymał, stare stopnie schodów po których stąpał, piękne płytki posadzkowe sieni i stara klamka w drzwiach wejściowych – to wszystko było jeszcze parę lat temu. Tu był ten klimat lat 60-tych, teraz tylko zdjęcia zostały.



"Gliwice - przyszłość jest tu" to kontynuacja PRL-owskiego kierunku rozwoju czyli braku pomysłu na miasto. Jego mieszkańcem był kiedyś żydowski fabrykant, który wdrożył prawdziwe "nowe technologie" - wynalazł min. plaster samoprzylepny, proszek do mycia zębów oraz krem "Nivea". 
Oskar Troplowitz również nie doczekał się żadnego upamiętnienia w postaci tablicy lub nazwy ulicy. Pamiętano za to o Antonio Gaudim, Gustawie Eiffel'u czy Leonardo da Vinci - kompleksy nie znają granic.

Ulicy Tadeusza Różewicza w Gliwicach również nie znajdziemy.

Miejsce na reklamę

Złotoryja - młyn wybudowany w 1668 roku (data na zachowanym portalu). Nad portalem wnęki z dwoma kamiennymi wazonami. Na murze poniżej kamienna tablica z zaznaczonym poziomem wody w Kaczawie w 1608 i 1702 roku. Jeden z najstarszych zachowanych zabytków techniki w Polsce spłonął w 1999 roku. Dzisiaj służy jako stelaż na reklamy...









W "państwie polskim istniejącym tylko teoretycznie" (cyt. były szef MSW Bartłomiej Sienkiewicz) teoretycznie istnieje także ustawa krajobrazowa oraz ustawa o ochronie zabytków.