9/05/2015

Czego Dolny Śląsk może nauczyć się od Czechów w kwestii troski o dziedzictwo kulturowe?

Jeszcze jedno spojrzenie od strony naszego południowego sąsiada. Pani Dorota Jones-Olszanka po wizycie w Czechach trafnie i rzeczowo przeanalizowała różnice oraz problemy związane z ochroną zabytków w obu krajach.

___________________________________________

Moja niedawna wycieczka do południowych Czech utwierdziła mnie w przekonaniu, że - zwłaszcza tu na Dolnym Śląsku - możemy się wiele nauczyć od naszych południowych sąsiadów, jeśli chodzi o dbałość o zabytki. Architektura polskiego Śląska i Czech ma dużo wspólnego, wspólna jest także w dużej mierze historia tych krajów, a niektóre rody arystokratyczne miały posiadłości na Śląsku i w Czechach. Dobrym przykładem jest tu ród hrabiów von Magnis. Magnisowie, pochodzący ze Strażnic na Morawach, rezydowali również w Bożkowie na Dolnym Śląsku, (dawne czeskie hrabstwo kłodzkie). Podczas jednak, gdy zamek w Strażnicach ma się dobrze, wystarczy popatrzeć na zdjęcia współczesnego Bożkowa, aby zobaczyć porażającą różnicę w ich stanie zachowania, pomimo tego, że zamek w Strażnicach jest co najmniej o stulecie starszy... Ciekawa więc byłam, jak mogłyby wyglądać śląskie rezydencje i miasteczka, gdyby nie były tak zniszczone. Zatem - w drogę!
Zamek Strażnice na Morawach (www.panoramio.com)

Gdy zwiedzamy czeskie miasteczka, pałace i zamki, uderzają nas dwie rzeczy: ich skala, wartość artystyczna i bogactwo, ale także, a może przede wszystkim, zadziwiająco dobry stan zachowania ich historycznej tkanki. Kamienice z fasadami kompletnie pokrytymi bogatymi renesansowymi dekoracjami sgraffitowymi spotkałam na starówkach we wszystkich czeskich miastach. W przeciwieństwie do tych na Dolnym Śląsku, czeskie zamki i pałace mają dobrze zachowane autentyczne wnętrza i detale, a także najczęściej oryginalne, kompletne wyposażenie z epoki. Przybysza z Dolnego Śląska, nawykłego do zwiedzania ruin i pałaców zupełnie ogołoconych z wyposażenia, zdumiewa fakt, iż tak wiele rezydencji ma zachowane historyczne wnętrza, a także to, iż większość tych obiektów należy do czeskiego Ministerstwa Kultury, a więc do państwa, funkcjonując jako dostępne do zwiedzania muzea. Jak to jest możliwe?

Trochę historii

Otóż częściowo za to bogactwo jest odpowiedzialna historia: Czeskie krainy rozwijały się w ścisłym związku z zachodnią Europą, jako cesarskie lenna. Dość wcześnie pojawiły się tu rody z zachodniej Europy, które, wraz z potężnymi rodami czeskimi, bogaciły się u boku królów i cesarzy, pełniąc ważne funkcje na ich dworach. To chyba tłumaczy prawie niespotykaną w Polsce skalę i bogactwo potężnych zamków granicznych i założeń pałacowych. Do tego należy dodać rozkwit bogacących się na handlu i rzemiośle czeskich miast, które, podobnie jak miasta śląskie, leżały na krzyżujących się w tej części Europy szlakach handlowych: północ-południe i wschód-zachód. Po ilości i jakości zachowanych renesansowych zamków czy kamienic miejskich widać, jak blisko stąd na południe Europy. Stąd arcydzieła architektury, takie jak Zamek Litomyśl czy Belweder - Pałac Królowej Anny (Letohradek Kralovny Anny) w Pradze. Na zjawiskowym zamku we Vranowie nad Dyją możemy oglądać na wystawie serwis vranowskiej ceramiki z dekoracją ukazującą widoczki z Ferrary - jak wiemy, jednego z pierwszych miejskich założeń renesansowych, wręcz symbolu renesansowego miasta.

Renesansowy pałac w Litomyślu

Miłośnicy renesansu w czystej postaci, w wersji "na bogato", nie muszą zapuszczać się do Włoch. Wystarczy dobrze wytyczona trasa w Czechach. A zacząć wycieczkę powinno się tuż za granicą, na zamku Frydlant, gdzie można podziwiać pięknie zachowane dekoracje sgraffitowe na zamkowym dziedzińcu.

Jeśli po zastanowieniu się nad historią Czech nie dziwi nas już wartość artystyczna i duża liczba obiektów czeskiego renesansu, to skąd tyle okazałego baroku? Skąd potężne pałace i przebudowane na rezydencje warowne zamki, skąd te bogato rzeźbione kolumny i potężne statuy, albo fontanny, których nie powstydziłby się sam Rzym? Jeśli uświadomimy sobie, że reformacja była na ziemiach czeskich o wiele silniejsza, niż w Polsce, zrozumiemy także, że kontrreformacja uderzyła tam także wyjątkowo mocno. Wszak szlachta czeska nigdy nie podniosła się z klęski pod Białą Górą (1620). Katoliccy Habsburgowie nie mieli zamiaru tolerować protestanckiego kraju w samym centrum cesarstwa. Kontrreformacja tłumaczy bardzo wiele - np. ilość i skalę barokowych zespołów klasztornych i kościelnych, rozrzuconych po całych Czechach. To jeszcze możemy zrozumieć, ponieważ na Dolnym Śląsku mamy analogiczną sytuację (np. Krzeszów, Legnickie Pole). Jednak skąd tyle wybitnych założeń rezydencjonalnych z tego okresu? Lojalna cesarzowi arystokracja, która była beneficjentem bitwy pod Białą Górą (głównie niemieckojęzyczne, katolickie rody) bardzo zyskała na kontrreformacji.

Przykładem może być ród Liechtensteinów, który miał od XIII wieku siedzibę w Valticach na Morawach. Ten potężny książęcy ród (tak, ten sam, w rękach którego jest nadal państewko Liechtenstein ze stolicą w Vaduz!), zasłużył się dla cesarstwa habsburskiego, w związku z czym stał się jednym z najpotężniejszych w Czechach. Epoka baroku to rozkwit posiadłości magnackich, które odtąd stały się rozległymi założeniami pałacowo-parkowymi, z barokowymi ogrodami i parkami. Pałac łączyła odtąd z ogrodem salla terrena, specjalnie zaprojektowane skrzydło-pawilon, które służyło do rekreacji i gier, głównie w okresie letnim.

Architektura największych magnackich rezydencji wiejskich, a także miejskich, była najczęściej dziełem architektów najwyższego lotu. Pałace wypełnione były meblami z Francji i Włoch, tworzono w nich galerie obrazów i rzeźb. 

Rzeźby na tarasie pałacu w Valticach

Barokowy pałac w Valticach na Południowych Morawach

Nie tylko świeccy panowie byli mecenasami architektury i sztuki. Weźmy takich arcybiskupów ołomunieckich, potężnych popleczników cesarstwa. Pałac Arcybiskupi w Kromieryżu jest świadectwem wyrafinowania kleru na ziemiach czeskich. Arcybiskupi ołomunieccy lubili żyć w luksusie, w otoczeniu sztuki europejskich mistrzów i wyszukanych ogrodów. Pałac w Kromieryżu to jedna z najświetniejszych rezydencji magnackich w Czechach. Tak, magnackich, bowiem arcybiskupowie wywodzili się najczęściej z najznakomitszych rodów, w tym Habsburgów. Rozbudowa pałacu na fundamentach zniszczonego zamku jest zasługą arcybiskupa Karola Liechtenstein-Castelcorna (1664-1695).

W Kromieryżu mamy świetnie zachowane wnętrza z epoki baroku, rokoka i epok późniejszych. Jest okazała salla terrena, nadal istnieje galeria obrazów, w której wiszą, jak przed wiekami, nietknięte wojnami i pożogami dzieła wielkich mistrzów, w tym obrazy Tycjana i van Dycka. Przecieramy coraz bardziej oczy, ale to nie sen! Faktycznie, półtorej godziny jazdy od polskiej granicy mamy światowej klasy zabytki sztuk wszelkich, w tym sztuki ogrodowej. Na uwagę zasługują bowiem także przepięknie utrzymane ogrody, w tym na pierwszym miejscu rarytas: zachowany w prawie niezmienionej postaci barokowy ogród kwiatowy typu francuskiego, w którym widać ślady oryginalnego założenia późnorenesansowego. Kvetna zahrada i ogrody okalające pałac arcybiskupi, wraz z sąsiednim starym miastem, kościołami i klasztorem, tworzą uroczą, tchnącą autentyzmem całość.

Kvetna Zahrada - Ogród Kwiatowy w stylu baroku francuskiego w Kromieryżu

Barokowa fontanna w Ołomuńcu
Tak więc, mamy w Czechach wspaniały renesans i barok. To wszystko zapiera dech. Mnie jednak najbardziej zachwycił.... neogotyk! A zwłaszcza jego szczytowe osiągnięcie, kompleks pałacowo-parkowy Lednice na Morawach, tuż przy granicy austriackiej. Znów przenosimy się do rozległych dóbr książąt von Liechtenstein, które, jako wyjątkowy, przemyślany i ukształtowany ręką człowieka obszar, chronione są obecnie wpisem na listę dziedzictwa światowego UNESCO (Lednicko-Valticky Areal). Monumentalny pałac letni - arcydzieło baroku autorstwa wybitnego architekta Johanna Bernharda Fischera von Ehrlach - został w połowie XIX wieku przebudowany w stylu neogotyku angielskiego (Tudorów). Przebudowa objęła pałac i oranżerię, dokonano także transformacji ogrodów pałacowych, jednych z największych w Europie, w romantyczny park angielski, z minaretem, sztucznymi ruinami i innymi strukturami, rozrzuconymi po ogromnym obszarze posiadłości lednicko-valtickich (2200 ha!).

Miłość księcia Alojzego II Józefa von Liechtenstein do architektury gotyku angielskiego nie była przypadkowa. Wielu arystokratów z kontynentu odwiedzało w 1-szej poł. XIX w. gwałtownie rozwijającą się przemysłowo Anglię. Podziwiali nowinki techniki, ale także odwiedzali romantyczne siedziby angielskiej i szkockiej arystokracji. Wśród nich byli także książęta z Czech: zafascynowany zamkiem Windsor Jan Adolf ks. Schwarzenberg, zleceniodawca neogotyckiej przebudowy potężnego zamku Hluboka nad Wełtawą, a także Alojzy Liechtenstein. Liechtenstein znalazł bratnie dusze w osobach architektów Georga Wingemuellera i Józefa Hardtmutha. Razem stworzyli unikalny, przemyślany i dopracowany w najmniejszych szczegółach monumentalny kompleks, w którym wielka i mała architektura przeplata się z dziką i ukształtowaną na modłę romantyczną przyrodą. Skala założenia, rozczłonowana bryła, detale, zdobienia i wystrój, a także autentyczne wyposażenie wnętrz pałacowych - wszystko to przyprawia o zawrót głowy.

Jest to niewątpliwie najbardziej imponująca i najlepiej zachowana - obok zamku Hluboka - neogotycka rezydencja w tej części Europy. Fantazja twórców zdawała się nie mieć granic - wyrazem tego są samonośne klatki schodowe, z których zwłaszcza spiralna klatka jest nie tylko stolarską konstrukcją oszukującą, jak się wydaje, prawa grawitacji. Jest to także, a może przede wszystkim, arcydzieło dziewiętnastowiecznej sztuki snycerskiej. Dziełu temu dorównuje rzeźbiony w szlachetnym drewnie kasetonowy sufit w Sali Błękitnej. Zresztą i klatki schodowe, i sufity stanowią część jednorodnego stylistycznie wystroju. Wystrój ten uzupełniają specjalnie zaprojektowane neogotyckie meble i najmniejsze detale. A wszystko to, oprócz tkanin obiciowych i zasłon, jest oryginalne!

Neogotycki pałac w Lednicach na Południowych Morawach
Jeśli ktoś chciałby się przekonać, jak wyglądały królewskie lub książęce pałace neogotyckie w Polsce, może sobie z łatwością wyobrazić coś podobnego, na skromniejszą skalę, w Kopicach na Opolszczyźnie czy Mysłakowicach na Dolnym Śląsku. W Kórniku, na zamku przebudowanym w tym samym okresie w stylu orientalizującego  neogotyku angielskiego, mamy nawet zachowaną architekturę wnętrz, lecz oryginalne umeblowanie i dzieła sztuki zostały rozgrabione przez Niemców w czasie wojny. Pałace w stylu neogotyckim, znajdujące się obecnie w Polsce, były projektowane przez wybitnych architektów w otoczeniu romantycznych parków, nierzadko będących arcydziełami sztuki ogrodowej. Jednak w większości są to obiekty średniej wielkości. Jedynie monumentalny pałac księżnej Marianny Orańskiej w Kamieńcu Ząbkowickim jest porównywalny skalą i rozmachem z założeniami w Hluboce i Lednicach. Księżna Marianna została bowiem "ukąszona" przez tę samą miłość do romantycznej Anglii, co wielu jej współczesnych, a mając środki, swoje marzenia zrealizowała. O wystroju czy otoczeniu zrujnowanego pałacu kamienieckiego, o którym krążyły legendy, mamy obecnie blade pojęcie. Można je sobie podkolorować, patrząc nie tylko na wyblakłe czarno-białe zdjęcia, lecz fundując sobie wycieczkę do jednej z bajkowych romantycznych siedzib czeskich.
Czego możemy się nauczyć od Czechów?

Jeśli dawniejsza historia czeskich krain wyjaśnia bogactwo i rozmach architektonicznego dziedzictwa, to nie tłumaczy ona jednak, jakim cudem te zabytki przechowały się do naszych czasów w często nienaruszonym stanie. Dlaczego Czesi mają nietknięte wielką płytą starówki, kamienice o zachowanych z XVI w. malowanych fasadach, a nawet średniowieczne piwiarnie? Najbardziej dziwi jednak fakt zachowania oryginalnego wystroju i wyposażenia w dawnych siedzibach arystokratycznych, rozrzuconych po całych Czechach! W Polsce mamy może dwa, trzy pałace o jako tako wyposażonych wnętrzach historycznych, jednak i w tych nielicznych przypadkach jest to zazwyczaj zasługa oddanych sprawie powojennych muzealników (np. pałac w Kozłówce czy zamki w Pszczynie i Kórniku). Czyżby nasi południowi bracia nie przeżyli tych samych wojen, szwedzkich najazdów, hitleryzmu i komunizmu oraz ostatniego przełomu - kapitalistycznej transformacji?

Tutaj faktycznie historia, tym razem ta nowsza, stanowi częściowe wytłumaczenie. Otóż podwójne fatum hitlerowskiej i sowieckiej grabieży, które ogołociło polskie i śląskie rezydencje arystokratyczne z wszelkiego wyposażenia, jakoś łagodniej obeszło się z czeskimi. Hitler nie wyrzucał masowo czeskich arystokratów z ich siedzib, jak to miało miejsce w rdzennej Polsce. Chociaż wyrzucał tych, którzy mu się narazili (np. Schwarzenbergów z Hlubokiej i Czeskiego Krumlova, którym gestapo zajęło cały ogromny majątek), lub .... np. byli Polakami, co jest zresztą ciekawostką wartą zgłębienia (Stadniccy we Vranowie nad Dyją). Z kolei wyzwalanie Pragi przez Armię Czerwoną można było podobno porównać do defilady, która nie miała nic wspólnego z niszczycielskim tsunami, jaką armia ta zafundowała wówczas niemieckiemu, a obecnie polskiemu, Śląskowi.

Jeszcze przed końcem wojny emigracyjny rząd czechosłowacki wydał tzw. dekrety Benesza. Na mocy kilku z nich, a także w wyniku drugiej reformy rolnej (pierwsza miała miejsce jeszcze w okresie międzywojennym), po roku 1945 upaństwowiono wszystkie majątki oraz siedziby ziemiańskie i arystokratyczne. W wyselekcjonowanej setce najbardziej wartościowych posiadłości od razu ustanowiono państwowe muzea, zabezpieczając tym samym budynki, otoczenie, a zwłaszcza wyposażenie, umeblowanie, biblioteki, oraz dzieła sztuki i zdobnictwa, przed zniszczeniem i grabieżą. Sprytne, prawda? Bardzo trzeba się wysilić, żeby u nas wyliczyć choćby kilka pałaców, które udało się po 1945 roku ocalić w całości. Na pewno więc czescy konserwatorzy i muzealnicy mieli łatwiejsze zadanie tworząc muzea w rezydencjach, w których nawet kilkusetletnie żyrandole, okiennice i klamki pozostały na miejscu przez całą wojnę, nie mówiąc już o imponujących księgozbiorach, obrazach europejskich mistrzów, czy o monumentalnych rzeźbach antycznych bóstw, którym nikt nie utrącił głów!
Barokowa Sala Przodków na zamku we Vranowie nad Dyją. (fot. M. Silber)

Jednak najnowsza historia jest tylko częścią odpowiedzi na pytanie "jak oni to robią?". Na bogatym Dolnym Śląsku bezpośrednio po wojnie zachowało się jeszcze dużo zabytków w stanie umożliwiającym odtworzenie oryginalnego wyglądu - nie wszystko nam Sowieci zdążyli wywieźć, zburzyć czy podpalić. Były ograbione z małej architektury, ze zdewastowanymi parkami, zaciekającymi sufitami, ale stały, często z oryginalną dekoracją wnętrz, sztukateriami, piecami. Za większość zniszczeń odpowiedzialni są niestety sami Polacy - nowi mieszkańcy, szabrownicy, a także nieudolne i obojętne władze lokalne. Nie bez znaczenia były także potrzeby ideologiczne, które nakazywały np. burzyć stojące jeszcze kamienice na budulec dla zniszczonej Warszawy lub przeznaczać na chlewy wraże „pałace niemieckich obszarników”. Przeznaczenie większości siedzib szlacheckich na mieszkania czy obiekty PGR-owskie pogłębiało ich dewastację. Jednak przynajmniej nie popadały one w totalną ruinę. Były pod dachem, który ktoś od czasu do czasu reperował, a fakt, że miały gospodarza, chronił je też do pewnego stopnia przed wandalizmem. W ten sposób do 1989 roku na Dolnym Śląsku zachowało się we względnym stanie używalności kilkaset pałaców i dworów. Były ogołocone z wyposażenia, lecz to transformacja po roku 1989, wraz z nieudolną prywatyzacją tych zabytków, wbiła ostatni gwóźdź to trumny większości z nich. Ofiary transformacji, takie jak pałace w Kopicach, Bożkowie, Żarskiej Wsi i wielu, wielu innych miejscach, zwłaszcza w zachodniej części regionu, już nigdy nie odzyskają dawnej świetności. Są smętnymi resztkami samych siebie i trzeba szaleńca, żeby je podnieść z ruiny. Chociaż i niemożliwe staje się czasem możliwe, czego dowodzą udane rewitalizacje kilku pałaców w Kotlinie Jeleniogórskiej.

Jednak nigdy tak naprawdę nie dowiemy się, jak wyglądała większość z nich: czy oranżeria w Kopicach dorównywała choć w części tej w Lednicach; albo czy żyrandole w Kamieńcu Ząbkowickim były tak olśniewające, jak te w Bitowie, a kute ogrodzenia tak doskonałe, jak te w Hlubokiej.

Opuszczony i niszczejący pałac von Magnisów w Bożkowie na Dolnym Śląsku

I tutaj nasza historia rozmija się z czeską. Bo tą najświeższą tworzymy my sami w naszym suwerennym państwie, jednocześnie poprzez nasze czyny i zaniechania kształtując przyszłość. Czego więc możemy i powinniśmy się szybko nauczyć od Czechów?

Pierwsze pytanie, jakie się nasuwa po obejrzeniu tych cudów, brzmi: jak oni to wszystko finansują? Otóż w odróżnieniu od Polski widać wszędzie, że Czesi mają coś, czego Polska nie ma: SYSTEM ochrony zabytków aktywnie zarządzany przez państwo. Ilość posiadanych przez państwo obiektów zabytkowych - muzeów jest faktycznie imponująca i absolutnie nieporównywalna z sytuacją w Polsce. Są one nieprzerwanie administrowane i dotowane od 1945 roku. Prawie wszystkie to pałace i zamki odebrane arystokracji po wojnie wraz z pełnym wyposażeniem i dziełami sztuki, a są to obiekty, w porównaniu z realiami polskimi, bardzo wysokiej klasy.

Sądzę, że ta ciągłość i fakt egzystowania w otoczeniu wyrafinowanej sztuki dosłownie w każdym zakątku kraju, wytworzyło silną kulturę stałego wspierania i finansowania dziedzictwa ze środków publicznych. Dodatkowo, obiekty te przynoszą wpływy z biletów wstępów, które w porównaniu z Polską nie są tanie (całościowe zwiedzanie pałacu z czeskim przewodnikiem kosztuje ok. 40 zł. – innych opcji zwiedzania na ogół nie ma). Za fotografowanie obowiązuje osobna opłata w wys. 100 kc, czyli 16 zł. Wszystkie te obiekty jako "państwowe zamki i pałace" (státní hrady a zámky) są zarządzane i udostępniane w ten sam sposób. Obecnie Ministerstwo Kultury Republiki Czeskiej, za pośrednictwem Narodowego Instytutu Ochrony Dziedzictwa, administruje 103 obiektami państwowymi.

Istnienie systemu ochrony dziedzictwa widać nie tylko w podejściu do najwartościowszych zabytków. Jest ono także ewidentne w trosce o całe zespoły zabytkowe, które są chronione w ramach stref ochrony konserwatorskiej. Otóż w miastach historycznych (a tu, podobnie jak na Dolnym Śląsku, każde miasto jest zabytkiem!) wydzielono "strefy zabytkowe" lub "miejskie strefy zabytkowe" ("památkova zóna" lub "mestska památkova zóna"), o czym informują brązowe tablice przed wjazdem do miast lub innych miejsc historycznych. Miejskie strefy zabytkowe zazwyczaj obejmują stare miasto w granicach wyznaczonych historycznie przez fortyfikacje miejskie, często z zamkiem wraz z jego fortyfikacjami oraz kościołami (np. Pardubice). Strefy zabytkowe chronią całe zespoły, wraz z otoczeniem, panoramą, osią widokową, małą architekturą i zielenią. Wjazd pojazdami jest tam zazwyczaj ograniczony lub zakazany, a w obrębie strefy obowiązują ściśle przestrzegane zasady organizacji przestrzeni. Nawet najmniejsza wioska, jeśli ma do zaoferowania jakiś zabytek (a najczęściej jest to zamek wielkości Wawelu lub kościół wielkości katedry), jest oznaczona jako "památkova zóna".

Te zaobserwowane ślady istnienia systemu ochrony dziedzictwa potwierdza szybkie przeszukanie internetu. Znajdujemy w nim dokument w jęz. angielskim p.t. "Polityka Kulturalna Czeskiej Republiki".http://www.mkcr.cz/assets/kulturni-politika/cultural-policy_EN.pdfJuż pobieżne przeczytanie fragmentów pokazuje, jak bardzo czeskie myślenie o ochronie dziedzictwa różni się od polskiego: dziedzictwo kulturowe traktowane jest bowiem jako bardzo ważny element zrównoważonego rozwoju kraju. Znajduję tam n.p. takie zdania, że dziedzictwo i kultura mogą napędzać gospodarkę, że kultura i gospodarka nie są wykluczającymi się nawzajem pojęciami. Oraz takie, że Czechy nie tylko traktują rozwój kulturalny społeczeństwa jako priorytet, ale mają wręcz wizję bycia liderem kulturowym w środkowej Europie, pragnąc znowu zaistnieć jako ważne centrum, tak jak kiedyś, na przecięciu się szlaków. To jest myślenie z gruntu zachodnie. Od naszego traktowania dziedzictwa, jak kuli u nogi radośnie rozwijającego się kapitalizmu, dzieli je absolutna przepaść! Najwyraźniej w ich ministerstwie i delegaturach ochrony zabytków są ludzie, którzy rozumieją, że kraj leżący w środku Europy musi mieć kompleksową i nowoczesną politykę ochrony dziedzictwa, bo ono jest tak samo ważne jak czyste powietrze.

Tak, Czesi mają mnóstwo zabytków europejskiej klasy, ale też ich podejście do zabytków jest na wskroś europejskie. Mają oni wizję przyszłości, w której poczesne miejsce zajmuje dziedzictwo kulturowe, które pragną przechować, prezentować innym i z którego sami chcą korzystać. A że nie jest to podejście ograniczone jedynie do garstki pięknoduchów, naukowców czy urzędników w sektorze kultury, przekonać się można na każdym kroku. Bo kulturze przez wielkie K sprzyja kultura codzienna społeczeństwa czeskiego. Nigdzie nie widziałam śmieci, graffiti, niszczenia czegokolwiek, braku szacunku do zabytków. W jednym z pałaców jakieś panie w mojej grupie zwiedzających natychmiast upomniały mnie, gdy nieopatrznie zeszłam z wyznaczonej dywanem trasy na zabytkowy parkiet. Poczułam się jak barbarzyńca.
Neogotycki wystrój jadalni na zamku w Bitowie na Południowych Morawach

Jest to taka codzienna, zwykła troska, bez wielkiego zadęcia, bez wzywania Boga, co dobrze opisuje Mariusz Szczygieł w książce “Laska Nebeska”. Bo Czesi nie są zbyt religijni. Skupiają się na tym, jak żyć tu i teraz. W ten sposób po hrabalowsku doceniają drobiazgi. Taka troska o detal, bo piękny detal cieszy. Tę dobroduszną dbałość widać w ich podejściu do historycznej materii. Ich zabytki mają lekką patynę, lecz tchną autentycznością. Każda wycyzelowana klamka, obramowanie okna, żyrandol, rzygacz czy kotara jest na swoim miejscu, tak jak 200 lat temu. To zobowiązuje. Konserwuje się tu oszczędnie, ostrożnie, bez zbędnej ingerencji, bez fajerwerków - bo po co? Wystarczy dać zabytkowi przemówić: skrzypiącym dębowym parkietem czy wypolerowaną tysiącami rąk, lekko chybotliwą balustradą; błyskiem mosiężnej wypukłości klamki czy nóżkami amorka zwisającymi poza obramowanie iluzjonistycznego fresku.
W Polsce też tak kiedyś konserwowano. Teraz się u nas "rewitalizuje", żeby budynki wyglądały na nowe i świeże, coraz częściej przy użyciu nieodpowiednich materiałów, które spłaszczają elewacje i detal. Takie budynki, starzejąc się, nigdy nie nabiorą szlachetnej patyny.
Takie oto detale można zobaczyć w większości czeskich zabytków. Oryginalny XVIII-wieczny 
zamek z kluczami do kościoła zamkowego, Vranov nad Dyją. (fot. M. Silber)

Podobnie jak Anglosasi, Czesi mają szacunek do swojego otoczenia, do środowiska i do innych ludzi, gdzie liczy się komfort własny i drugiego człowieka, gdzie we wszystkich czynnościach codziennych uważa się, żeby nie sprawić innym w swoim otoczeniu dyskomfortu. Stąd ten brak śmieci. Bo śmiecąc, zostawiając bałagan, niszcząc coś, czy łamiąc zasady dobrego zachowania, sprawia się przykrość bliźnim, burzy społeczny ład.

Szacunek do środowiska widać w kompleksowym podejściu Czechów do krajobrazu, w którym chroni się przyrodę i kulturę, małe i duże elementy otoczenia, dba się o nastrój miejsca i jego integralność. Zauważyłam też, że w każdym obiekcie dużo uwagi poświęca się dzieciom: a to specjalne wystawy (Litomyśl), a to kolorowanki, trasy, zabawy edukacyjne. W taki sposób świadomie wychowuje się nowe pokolenia w szacunku do dziedzictwa, pokazując je poprzez zabawę i eksplorację, stymulując naturalną ciekawość dziecka.

O wyższości systemu czeskiego świadczy też ilość obiektów na liście światowego dziedzictwa UNESCO, bo aż 22 wpisy! Na listę UNESCO wpisany jest na przykład cały obszar kulturowy Lednice-Valtice. Słabością polskiego systemu jest ciągle niedostateczna ochrona krajobrazu. A u naszych sąsiadów chroni się krajobraz kompleksowo, wraz z ogrodami, parkami i dziką przyrodą.
Zamki przygraniczne Vranov i Bitov – to przykłady parkowych założeń romantycznych umiejscowionych w naturalnym krajobrazie skalnego wąwozu meandrującej rzeki. U nas widać ślady takiego założenia w Książu, na pewno tak samo wyglądało otoczenie zamku Czocha, który był przebudowany w XIX w. w duchu romantycznego średniowiecza, podobnie jak Bitov.
Zamek Vranov nad Dyją na Południowych Morawach. Perła baroku autorstwa Johanna Bernharda Fischera von Ehrlach posadowiona w obrębie średniowiecznej warowni.

Niestety, te wszystkie porównania nie świadczą dobrze o państwie i społeczeństwie polskim i o jego stosunku do dziedzictwa. To, co ja i garstka entuzjastów uważamy za absolutną normę, jakoś zupełnie nie przebija się ani do głów rządzących, którzy dziedzictwo traktują jak zło konieczne, ani do rzesz rodaków, którzy są na nie wręcz obojętni. Fakt, nie mamy ani tej ilości, ani jakości obiektów. Może gdybyśmy mieli, nabralibyśmy większego szacunku do otaczających nas śladów historii. Może gdybyśmy nie musieli z obrzydzeniem odwracać wzroku od walących się ruder, w których dawne piękno zamieniło się w odrażającą brzydotę, chętniej myślelibyśmy o zabytkach jako o dobru, o czymś, co jest wartościowe, co nas może wzbogacić duchowo.

Może jeszcze zbyt dużo tej brzydoty i brudu dookoła, żeby "nowe" się przejadło i żeby nasi rodacy zatęsknili za utraconym "starym". Zawsze dziwi mnie, że Polska, która straciła tyle historycznego bogactwa w wojnach i zawieruchach, pozwala sobie nadal tak nonszalancko na utratę tej niewielkiej ilości zabytków, która jeszcze stoi. Widać, nie rozumiemy, że tracąc materialną spuściznę raz, tracimy ją na zawsze. Nasze dzieci i wnuki po to, żeby zobaczyć, jak wyglądało średniowieczne miasteczko, jak żyli książęta w epoce baroku, albo jak działała XIX-wieczna parowozownia, będą musiały jeździć do Czech albo do Niemiec. Renesans będą znały tylko z serialu o Borgiach, a gotyk z Harrego Pottera.

W czasie mojej pięciodniowej wycieczki do południowych Czech zobaczyłam pałace i zamki monumentalne, które jednak stylem czy techniką budowlaną przypominają nieco podobne obiekty na Dolnym Śląsku, oczywiście w przybliżeniu. Na pewno niektóre nasze barokowe obiekty sakralne są podobnej klasy. Sala Przodków na zamku we Vranowie może przywodzić na myśl salę w Lubiążu. Być może także niektóre siedziby magnackie doby baroku miały podobna klasę, co pałace czeskie, choć na mniejszą skalę (Goszcz, Brzezinka).

Aby zobaczyć autentyczne, nietknięte polskie arystokratyczne wnętrze, trzeba pojechać do Czech, na Południowe Morawy! Gabinet hr. Mniszka na ‘polskim zamku’ we Vranowie nad Dyją. Na ścianie portret Heleny z Lubomirskich Mniszek. Polskie rodziny Mniszków i Stadnickich byli właścicielami Vranowa w latach 1799-1938. Mniszkowie doprowadzili do rozkwitu vranowską fabrykę ceramiki. Helena Mniszek prowadziła salony artystyczno-literackie, na które sprowadzała artystów z Wiednia. Częstym gościem hrabiów bywał zaprzyjaźniony z nimi Henryk Sienkiewicz. Morawianie bardzo życzliwie wspominają polskie gospodarowanie we Vranowie 
(fot. M. Silber)

Czy nie przesadzam z tym zachwytem? Rzeczywiście, widziałam też podczas mojej wycieczki sporo kiepskiej architektury, nieciekawej, odnawianej z użyciem słabej jakości materiałów, z pewną dozą bezguścia, jeśli chodzi o formy i kolory. Widziałam przykurzone wioski i mało inspirujące, ubogie przedmieścia. Jednak w historycznych centrach, gdzie chroni się krajobraz kompleksowo, nie było wielu zgrzytów. Nasze miasteczka na Dolnym Śląsku też są urocze i mogłyby wyglądać przynajmniej w części podobnie. W niektórych obserwuje się już np. odnowiony rynek czy odrestaurowane poszczególne budynki, jak pałacyki czy wille miejskie. Takie miasteczka, jak Mirsk, Lwówek Śląski, Leśna czy Gryfów Śląski ciągle mają dość dużo zabytkowej architektury, zachowany średniowieczny układ, całe ciągi uliczne autentycznych kamieniczek, jeszcze nie zepsutych nowym dachem czy przeraźliwym tynkiem, czy tym charakterystycznym spłaszczeniem detalu na skutek termoizolacji. Lwówek ma duże fragmenty zachowanych murów miejskich. Niektóre kamieniczki są uroczo krzywe, jak te w Telczu, które jednak wyglądają przy naszych kocmołuchach, jak umyte i umalowane panny idące na bal.

Wracając, przekraczaliśmy granicę w Zawidowie koło Bogatyni. Przejechaliśmy przez przykurzone wioski północno-czeskie, pełne skromnych, krytych eternitem domów. Przy wjeździe do Zawidowa z Habartic przywitały nas piękne zabytkowe domy z charakterystycznymi wolimi oczami w wysokich, pokrytych oryginalną dachówką dachach. Jednak Zawidów, w porównaniu ze skromną patyną wiosek czeskich, wyglądał, jakby przeżył nalot i bombardowanie napalmem: był sczerniały, odrapany, żałosny. Obraz kompletnego opuszczenia, koszmarna wizytówka Polski dla wjeżdżających doń z południa.

Smutna jest nieuchronna konstatacja, że nie widać żadnych ruchów, aby nasze władze miały serio zająć się naszym wspólnym dziedzictwem. Tu nie widać woli, by cokolwiek chronić, nie ma żadnej wizji, więc większość jeszcze istniejącej zabudowy historycznej na Dolnym Śląsku zostanie najpewniej stracona bezpowrotnie: zawalając się, lub na skutek zniszczenia ich autentycznej, zabytkowej tkanki nieodpowiednią modernizacją. Niektóre z zabytków będą miały szczęście, znajdując swoich rycerzy w lśniących pancerzach, którzy będą dzielnie walczyć z biurokracją, niechęcią sąsiadów i brakiem funduszy, aby ocalić swój wymarzony skarb. Ilu jednak znajdzie się takich herosów? Z niepokojem myślę o tym, jak będzie wyglądał za parę lat dolnośląski krajobraz, bo bez kompleksowej ochrony zagrożony jest on z wielu stron. Tych kilka rodzynków – wyremontowane kompleksy pałacowe zaadaptowane na hotele – nie zastąpią ogólnodostępnych, wypełnionych cackami obiektów muzealnych czy okolic, w których jeszcze możemy pokazać naszym dzieciom autentyczny czar minionych epok, ale bez odrażających ruin w chaszczach czy walących się stodół.

My, dorośli, uwrażliwieni na kulturę i dziedzictwo w czasach mniej materialistycznych, mamy obowiązek edukować nowe pokolenia i kształtować ich gusta, rozbudzać ciekawość. Wielu z nas ma szczęście, bo wychowywało się w czasach, gdy w radio była muzyka poważna i jazz, a w czarno-białej telewizji rysunki zabytkowych miejsc, które wyczarowywał piórkiem i węglem na żywo przed kamerami prof. Wiktor Zin. Społeczeństwo nieznające wartości dziedzictwa kulturowego nie ceni go i nie chroni. Nie wie, co traci. Bez autentycznych zabytków, bez świata “hand made”, bez obcowania z namacalnymi dowodami historii, tracimy jakby trzeci wymiar - wszystko staje się płaskie i nudne, jak ściana wygładzona warstwą styropianu. Nie ma też czwartego wymiaru: czasu - przeszłość możemy wszak podejrzeć z tych zastanych resztek spuścizny materialnej, bez których nasze życie będzie bezrefleksyjne i ubogie w doznania estetyczne.

To wszystko zdają się rozumieć włodarze i mieszkańcy niewielkiego kraju “za miedzą” – tak do nich blisko, a tak daleko!

Czar czeskich miasteczek - Telcz, miasto-zabytek UNESCO|
Czy śląskie miasteczka mogłyby tak wyglądać?



Tekst: Dorota Jones-Olszanka
Zdjęcia: Dorota Jones-Olszanka (z wyj. oznaczonych)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Administrator strony nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.