11/18/2017

Szturm na pałac

Głośno się ostatnio zrobiło w temacie wyburzenia warszawskiego Pałacu Kultury i Nauki. Politycy partii rządzącej na wyścigi zaczęli przebijać się nawzajem w swoich destrukcyjnych zapędach, tłumaczonych nienawiścią do komunizmu, którego rzekomym uosobieniem jest socrealistyczny wysokościowiec. Bez znaczenia jest jego pożyteczna funkcja, wyjątkowa architektura, prawdziwe inspiracje, czy miejsce w historii - "znawców" się nie przekona. Po prostu cudownie jest zdobyć jakiś pałac, wyrwać ze ścian jego trzewia, wywalić meble za okno, a na koniec puścić go z dymem. Przecież to sprawiedliwość dziejowa i igrzyska dla ciemiężonego ludu. Takie to charakterystyczne dla okresu rządów tych, których tak się dzisiaj nienawidzi, symbol rewolucji i dziejowych przemian wymagających zemsty na wrogu. Że wroga już nie ma ? Żaden problem - wyżyjmy się na jego dziełach. Jak to wróg mawiał - wróg czai się wszędzie.

pustka po pałacu w Świerklańcu

Tak właśnie działo się na Śląsku po 1945 roku i dużo później. Nie ma sensu po raz kolejny wyliczać ile zamków i pałaców zostało puszczonych z dymem, ile ograbionych, ile rozebranych i wysadzonych w powietrze. Ile radości w tamtych czasach miałby minister Kownacki i jego saperzy podkładający co jakiś czas ładunki pod germańskie szkarady jak na przykład zrobili to w Świerklańcu unicestwiając na zawsze "Śląski Wersal" ? Ile satysfakcji miałby MINISTER KULTURY I DZIEDZICTWA NARODOWEGO Gliński ignorujący wpisy do rejestru zabytków, wydający decyzje o ich anulowaniu aby zlikwidować takie szpetne pamiątki jak "Śląski Windsor" w Szczodrem pod Wrocławiem ? Jak zacierałby ręce minister Morawiecki (notabene pochodzący z Wrocławia) marzący jako małe dziecko o tym aby z powierzchni ziemi zniknął okropny relikt przeszłości w Przemkowie ? Nie było chwili aby nie walił się jakiś pałac, nawet nie trzeba było buldożerów i trotylu, bo lud pracujący miasteczek i wsi wyręczał władzę w usuwaniu pozostałości po poprzednich mieszkańcach i ustroju. Wspaniałe były czasy. Dzisiaj niektórym brakuje tej rewolucyjnej gorączki, a i pałaców do niszczenia nie zostało wiele, wybrano więc ten największy - Pałac KULTURY i NAUKI (Nazwa przypadkowa ?).

Gdy ktoś zastanawia się jakim cudem po II wojnie światowej zamiast tworzyć w śląskich rezydencjach domy kultury, muzea, biblioteki, szkoły demolowano je i wyburzano ma dzisiaj wspaniałą lekcję na żywo, coś w rodzaju rekonstrukcji historycznej. Nie chodzi nawet o polityków, którzy pod publiczkę wymyślają coraz większe absurdy aby przypodobać się swoim zwierzchnikom, warto przyjrzeć się wyborcom (wyznawcom). Wystarczy poczytać komentarze internetowe aby zobaczyć ten pałający żądzą zemsty i zysku lud, gotowy do ataku na pałac aby pogrzebać w jego gruzach własne kompleksy i frustracje, poczuć rewolucyjny zapał i chęć zemsty na niewidzialnym wrogu. Niepotrzebni są saperzy - wystarczy podpalić iskrę a rozpoczną szturm (na "Pałac Zimowy"). Niektórzy politycy snują wizje kolejnych demolek, jakby nie widzieli własnej śmieszności i podobieństwa do komunistycznych decydentów, dokładnie w ten sam sposób traktujących w znienawidzonym ustroju budowle Wrocławia czy Warszawy. Lud wyje ze szczęścia, Bytom już dogorywa, trzeba ruszyć dalej... Historia zatacza koło.

W tym wszystkim pojawiły się też głosy "miłośników" śląskich zabytków, że to sprawiedliwość dziejowa za mityczne marmury z Kamieńca Ząbkowickiego, nadzieja że wrócą. Nie wrócą, bo nikt nie wie gdzie one są i czy kiedykolwiek do Warszawy dojechały, za to wystawiamy sobie świadectwo myśląc tak samo jak ci co je po wojnie wyrywali z pałacowego trupa.

10/24/2017

Mitologia (4)

Jeszcze raz spójrzmy na Czechów oraz ich dziedzictwo. Ktoś zapyta - po co ? Co to ma wspólnego ze Śląskiem ? Jaki sens ma wieczne porównywanie ? Inny powie że nie ma żadnej analogii bo to dwa różne światy... Na pewno ?

Pałac w Kuninie (tuż za granicą Śląska) to nie jest zabytek specjalnie okazały, jednak niezwykle ciekawy. Zaprojektował go w XVIII wieku znany architekt Lucas von Hildebrandt, którego inne dzieła są znane niemal każdemu miłośnikowi dawnej architektury. Autor wiedeńskiego Belwederu oraz jednego ze skrzydeł Hofburga, brał udział także w projektowaniu Residenz w Wurzburgu oraz salzburskiego pałacu Mirabell. Na tym ostatnim zresztą się wzorował tworząc niewielką wiejską rezydencję w czeskim Kuninie. Właściciele na przełomie XVIII i XIX wieku w jej murach umieścili znaczącą placówkę edukacyjną w której kształcił się min. Franciszek Palacki, postać bardzo ważna dla Czechów, nazywana przez nich "Ojcem Narodu" i umieszczana na banknotach. Wybitny architekt w połączeniu z wybitną postacią historyczną w parze, powinny uczynić z tego miejsca znaczący pomnik kultury. Stało się jednak inaczej.




Wyposażone w meble pokoje, zachowane dekoracje malarskie ścian, dziesiątki obrazów i mniejszych przedmiotów po dawnych właścicielach to "czeska norma" w takich miejscach. Chociaż pałac w Kuninie nieco odbiega autentyzmem od kilkudziesięciu innych, bardziej wartościowych jakie zobaczymy w Czechach, to nie rozczarowuje. Laik albo osoba nie znająca tamtejszych realiów da się uwieść i z pewnością się zachwyci, krzyknie - jakie oni mają szczęście że nie było wojny i tak pięknie się wszystko zachowało!




Gdy pani przewodnik wyciąga zdjęcia pałacu w 1999 roku czar pryska. W 1945 roku "zdobyła" go ta sama Armia Radziecka, która tak upodobała sobie nasze strony i nie zachowywała się tutaj inaczej. Słyszymy tą samą opowieść, która tak dobrze znamy, o oddawaniu moczu w kącie, o wycieraniu butów w obrazy, o paleniu w kominkach meblami. Później nie było lepiej bo urządzono we wnętrzach magazyn, nie dbając przez lata o zabytek, aż do kompletnej ruiny. Zdjęcia nie kłamią, widzimy stan jaki znamy na Śląsku w Bycinie, Gorzanowie, Ścinawce Górnej, Głogówku, Prochowicach, Chocianowie i dziesiątkach innych miejsc. Tak wyglądały nasze zabytki po przejściu przez nie PGR-ów i innych instytucji Polski Ludowej. Zdewastowane, ogołocone ze wszystkiego ściany, pozarywane stropy. Jaki cud się tam jednak wydarzył że dzisiaj czeski pałac wygląda jakby nie spotkało go nigdy żadne nieszczęście ? Jakim cudem zachowało się jego wyposażenie, obrazy, meble, dekoracje, łącznie ze zdjęciami i drobnymi przedmiotami dawnych (NIEMIECKICH) właścicieli, z ich pościelą i ubraniami !!!?


Tutaj losy zabytków w obu krajach się różnią. Pani przewodnik wyjaśnia - wszystko co przetrwało 1945 rok spakowano w skrzynie i umieszczono w muzealnych depozytach. Zinwentaryzowano każdy przedmiot, dokładnie go opisano, dzięki czemu można było go odzyskać gdy zabytek był odbudowany. Chociaż ubolewa nad losem wielu skradzionych i zniszczonych obiektów, to można co najwyżej uśmiechnąć się z politowaniem. Co ona wie o szabrowaniu i kradzieżach ? Ktoś z Was widział chociaż jedno krzesło z pałacu w śląskim Rząśniku ? Chociaż jeden obraz z pałacu w Goszczu ? Widelec z zamku w Chobieni ? Nawet jeżeli coś przetrwało to nigdy się tego nie dowiemy. U nas rozkradano błyskawicznie i spontanicznie, nawet w przypadku "zabezpieczania" przez urzędników muzealnych. Każdy brał co chciał, od prostych ludzi na wsiach, po dygnitarzy. Kto by sobie głowę zawracał depozytami i zabezpieczaniem ? Efekty widać na każdym kroku. Poza Pszczyną, nie ma na Śląsku jednej rezydencji szlacheckiej z zachowanymi wnętrzami. Co najwyżej kilka strzępów dawnej świetności rozrzuconych po muzeach i magazynach, bo trudno inaczej nazwać tą garstkę przedmiotów z ogromnego skarbca jaki otrzymaliśmy po wojnie.




W 1999 roku pałac w czeskim Kuninie był jeszcze ruiną, na szczęście zadaszoną. Jak to się stało że dzisiaj jest w nim muzeum z wnętrzami, restauracja, pokoje gościnne, zagospodarowany od piwnic po strych ? Już w 2004 roku otwierano pałacowe podwoje przed turystami. Szybko odzyskano wyposażenie i obrazy, a przedwojenni właściciele (NIEMIECCY) na wieść o odbudowie przywieźli i dodali nowym gospodarzom kolejne pamiątki. Wspomagano się też innymi depozytami z magazynów w całym kraju. Kim był ten bogaty mecenas, który tak szybko uporał się z przywróceniem zabytku do dawnej świetności i jeszcze oddał go we władanie turystom, prowadząc tak niefrasobliwie niedochodową działalność kulturalną ?




Tym bogatym inwestorem okazała się...

Gmina Kunin. Tak, pałac na swoje barki wzięła wioska licząca 1891 mieszkańców, gdzie nie odkryto (jeszcze) złota, diamentów, nikt nie postawił wielkiej huty albo elektrowni, nie ma fabryki samochodów czy szybów naftowych. Jest mleczarnia...

Skąd wzięła pieniądze ? Z dotacji unijnych, z dotacji państwowych i wszelkich możliwych funduszy na kulturę. Może wspomagał jakiś nieznany milioner ? Tego pani przewodnik niestety nie zdradziła, zdziwiona szokiem jaki wywołała na gościu z Polski. Przecież u nas się "nie da"! Nie ma pieniędzy, była wojna, byli "ruscy", było ciężko, jest dalej ciężko i będzie ciężko, są większe problemy, to jest niedochodowe, to nie ma sensu itd.




W tym ostatnim jest trochę prawdy, bo jaki sens odbudowywać jeżeli w środku można co najwyżej pokazać gołe ściany ? W poprzednim wpisie jest i taki przykład. Wróćmy jednak na Śląsk w 1999 roku, i kilka lat wcześniej. Ile śląskich pałaców było w takim stanie jak ten w Kuninie ? Ile jeszcze miało dachy i stropy, a nawet okna ? Ile można było uratować ? Nikt nie mówi o takiej odbudowie jak w czeskim przykładzie, ale chociaż o zabezpieczeniu tego co jeszcze stało. O załataniu dachów, podparciu stropów, zamurowaniu okien itd. O najprostszych i najtańszych pracach, których zresztą nie robi się do dzisiaj, bo przecież nic się nie zmieniło. Bogate miasta i gminy solidarnie krzyczą że nie mają nawet kilku tysięcy na takie cele, o tych biedniejszych nie ma co wspominać, bo tam często przymyka się oko na wszystko i czeka aż problem się w końcu zawali. Państwo polskie i samorządy abdykowały, kultura nigdy nie była i wciąż nie jest nawet w pierwszej setce priorytetów. Zwłaszcza zabytki na jakimś "poniemieckim" Śląsku. Po co to i komu ?




Są na szczęście chlubne wyjątki. Wójt gminy Kamieniec Ząbkowicki walczy o swój wspaniały pałac, sąsiednie Ząbkowice Śląskie (niestety niezbyt dobrze) odbudowują tamtejszy zamek, Starostwo Powiatowe w Tarnowskich Górach przejęło i zagospodarowało na galerię pałac w Nakle Śląskim, a jednostki miejskie pałac w Rybnej. Jest kilku dobrych użytkowników instytucjonalnych, takich jak szkoły, urzędy czy kościoły. Są prywatni właściciele i fundacje, bez których by była kompletna tragedia i zgliszcza. Trzeba sobie jednak zadać pytanie - co z nami jest nie tak ?

Dlaczego czeska maleńka wioska potrafi w kilka lat dokonać cudu, którego nikt u nas nie oczekuje od Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego ? Dlaczego bogate polskie gminy i miasta nie robią nic żeby zachować w obecnym stanie swoje to co jest na ich terenie ? Dlaczego państwowi użytkownicy w postaci Agencji Nieruchomości Rolnych, Lasów Państwowych i wielu innych instytucji nie kiwną palcem żeby chociaż zachować twarz oszpeconą licznymi ruinami ? Dlaczego nikt nie dba o nas obywateli ? To przecież w dużej mierze nasza własność, bezczelnie marnotrawiona i niszczona przez naszych pracowników, którym my płacimy z naszych podatków. Po co odbudowywać i ratować ?

Jak wyżej. W Kuninie jest muzeum przyciągające turystów (licznych z Polski) W tym  muzeum jest przynajmniej kilka miejsc pracy dla młodych i wykształconych ludzi, oprowadzających po zabytku, zarządzających, przeprowadzających proste konserwacje, organizujących życie kulturalne i imprezy. To ostatnie jest kluczowe, bo są wystawy czasowe, zorganizowane zajęcia dla dzieci i sporo cennych inicjatyw. W większych obiektach znalazły się także etaty dla ogrodnika, stróża i wielu innych, niezbędnych do jego obsługi ludzi, mieszkających zresztą na miejscu, przez co zabytek jest cały czas pilnowany, a jego los związany z całymi rodzinami na pokolenia. Tak się u nas ubolewa na tym że młodzi uciekają do miast czy za granicę... Kolejne miejsca pracy to restauracja oraz niewielki hotelik, zapewne wynajęte ajentowi. Ten schemat jest zresztą w czeskich zabytkach powielany z dobrym skutkiem. Do tego zadbany park, przyjazna przestrzeń publiczna, której tak często brakuje. Korzystają wszyscy, miejscowi i przyjezdni. Trzeba pamiętać że Czechy to jednak inna kultura i inny świat, my mamy też swoje uwarunkowania i wytłumaczenia, ale...

To jest właśnie patriotyzm w najlepszym wydaniu.




Dlaczego u nas się nie da ?

Jesteśmy gorsi ?

Chyba nie ma już sensu się powtarzać. Prawdopodobnie wszyscy, bez względu na swoje polityczne poglądy, jesteśmy obywatelami drugiego sortu. Na własne życzenie, wierzymy w bajki które nam się od dziesiątków lat powtarza, kochamy te wciskane na siłę mity. Uwierzyliśmy w swoje nieszczęścia i biedę jak nikt inny. Gdy wybrani przez nas samych  "jaśniepanowie" przy okazji rzucą niewielki ochłap cieszymy się jak dzieci. O więcej nie śmiemy prosić. Nie potrzebujemy...

Żeby było zabawnie, w te same mity wierzą też Czesi, ze współczuciem kiwający głową nad naszym nieszczęściem, nad niszczycielską wojną która nas pozbawiła kultury i pamiątek historycznych, wpędziła nas w biedę. My mieliśmy szczęście, a wam Niemcy i Rosjanie zdemolowali kraj - tak mówią. Do głowy im nie przyjdzie że sami sobie robimy z własnego kraju brzydki śmietnik. Nikt normalny by w coś takiego nie uwierzył! Przecież to niemożliwe!

My jednak wierzymy w nie takie bajki.

10/22/2017

Mitologia (3)

Śląsk po 1945 roku znalazł się na terytorium Polski ale nie wolno zapominać że jego niewielka część ze stolicą Opawie jest dzisiaj częścią Republiki Czeskiej. Granica podzieliła istniejące obok siebie wsie i miasteczka tworząc dwie różne rzeczywistości funkcjonujące przez lata w podobnych realiach. Pechowo, czeska część Śląska padła ofiarą ofensywy Armii Radzieckiej nazwanej później Operacją Morawsko-Ostrawską, niszczącej nawałnicy która zmiotła z powierzchni ziemi Opawę, Wodzisław Śląski, Głubczyce, Karniów, Racibórz i kilka innych miejscowości. Straty były podobne po obu stronach granicy, ale ich naprawa po zakończeniu wojny przebiegała w zupełnie inny sposób.

Nie ma sensu po raz kolejny roztrząsać powojennych losów Śląska, grabieży, dewastacji, "cegły dla Warszawy" i "małpy z zegarkiem". Było, minęło. Tym bardziej że czasy się zmieniły, granice są widoczne jedynie na mapach i w ludzkich głowach. Każdy z nas może w związku z tym odwiedzić pałace po czeskiej stronie, zwłaszcza że są one w większości udostępnione dla turystów. Jeden z nich dosłownie stoi na granicy, tuż przy rzeczce Opawicy, która dzieli dawne dobra ziemskie na dwie części. Zamek Linhartovy raczej nie rzuca na kolana. Renesansowy pałac z wewnętrznym dziedzińcem swój obecny eklektyczny wygląd uzyskał na początku XX wieku i nie była to przebudowa zbyt udana. Podczas wojny spłonął, w 1947 roku runął dach i długie lata stał jako smętna ruina na krańcu czeskiego świata. W 1957 roku rozpoczęła się odbudowa, a w 1966 roku budynek przejęło państwowe przedsiębiorstwo zaopatrzenia medycznego które urządziło sobie w jego murach magazyn. W 2001 roku zabytek przejęła gmina Město Albrechtice kontynuując remonty i urządzając we wnętrzach ekspozycję.







Kto się spodziewa wnętrz na miarę Hluboki nad Wełtawą lub Kromeriża pewnie się rozczaruje. Niewiele się zachowało z dawnego wystroju. Kilka polichromii na ścianach, garstka mebli i obrazów, część sklepień w przyziemiu. Wybiałkowane ściany, systemowe stropy i przemysłowe posadzki nie tworzą żadnego specjalnego klimatu. Sama wystawa też w większości stworzona jest na zasadzie "mydło i powidło" - ceramika, rzeźby z papieru i drewna, zabawki, plansze z historią, poroża, grafiki i plakaty. Część prezentowanych wyrobów to dzieła miejscowych artystów i rzemieślników, promocja gminy, a nawet wystawa fotografii artystki z Polski. Co gmina miała ciekawego do pokazania to umieściła w pałacowych murach. Do tego trzeba dodać liczne imprezy kulturalne organizowane przez cały rok oraz możliwość wynajmu na ceremonie ślubne i inne okoliczności.

Co to musi być za bogata gmina, że stać ją na utrzymanie takiego ośrodka kultury!

Samo Město Albrechtice zamieszkuje 3 638 osób (!!!!). Dla porównania Chełmsko Śląskie -2175 osób, Nowogrodziec - 4244 osób, Głogówek - 5755 osób (Wikipedia). Niejedna wieś na Śląsku jest kilkukrotnie większa. Tak mała mieścina, w biednej raczej gminie, łoży wielkie środki finansowe na utrzymanie pałacu i parku, które dochodu jej na pewno nie przynoszą. Z naszego punktu widzenia - fanaberia i samobójstwo. Takich gmin w Czechach są setki i każda ma podobny "balast" do na głowie.








My na polskim Śląsku rozważamy sytuację w której powiat kłodzki (166 000 mieszkańców, samo Kłodzko 27 792 mieszkańców) musiał sprzedać pałac w Bożkowie prywatnemu inwestorowi ponieważ nie miał (i wciąż pewnie nie ma) środków finansowych na taki cel. Tak samo by zrobił z każdym innym zabytkiem który jest w jego posiadaniu, podobnie jak każdy inny powiat w Polsce (z nielicznymi wyjątkami). Urzędnicy i samorządowcy składają bezradnie ręce i tłumaczą się biedą oraz brakiem możliwości. Po co komu pałac w Bożkowie ? Po co komu muzeum w jego wnętrzach ? Wystawy dla lokalnych artystów i cykliczne imprezy ? Niech to zrobi prywatny inwestor, to teraz jego problem. Bo zabytek jest problemem, podobnie jak każda inna sprawa związana z szeroko rozumianą kulturą. Gdy zawaliła się ściana pałacu w Chocianowcu gmina wystąpiła o środki finansowe do MKiDN. Nie na odbudowę, ale na betonowy płot którym można go odgrodzić od świata. I tak jakaś inicjatywa, bo większość nie robi nic. Dla urzędników z bogatego Opola (118 000 mieszkańców) niszczejąca na starym cmentarzu mała kaplica jest "nieopłacalna".

Miła Pani przewodnik w linhartovskim pałacu pyta gościa z Polski, to u was nie ma środków z Unii Europejskiej ?







Nauczono nas niestety żeby niczego od państwa nie wymagać, bo ono i tak nie pomoże. Od wieków wmawia się mieszkańcom że jest bieda, była wojna, są przejściowe trudności, trzeba zaciskać pasa itd. W tysiącletniej historii naszego kraju zawsze chyba było źle i czekaliśmy kiedy się polepszy zadowalając ochłapami. Niestety, większość w to uwierzyła i "niedasizm" jest już czymś normalnym, nad czym się nawet nie dyskutuje. Dotyczy to każdej dziedziny życia, nie tylko zabytków, chociaż te przypadki są zdecydowanie na końcu listy potrzeb od zawsze i na zawsze. Po co ludziom kultura ? Im większymi są chamami, tym łatwiej nimi sterować, czego przykłady widzimy w naszej codzienności, a przykład idący z góry tylko to potwierdza. Dlatego zabytki możemy sobie odbudowywać sami, co najwyżej ministerstwo rzuci jakąś jałmużnę. Państwo nie jest dla obywateli, jest dla samego siebie i grupy cwaniaków na stanowiskach. Tu jest Polska!

Wycieczka w Linhartovach przechodzi na balkon, skąd widać rzeczkę i zarośnięte chaszczami podwórko w polskich Lenarcicach. Pani przewodnik wskazuje palcem majaczące w krzakach ruiny, gdzie kiedyś była pałacowa oranżeria. Bezradnie rozkłada ręce, bo ruiny znajdują się po drugiej stronie granicy, w Polsce. Wielka szkoda, bo można by było je odbudować i urządzać w ich murach imprezy...

10/17/2017

Mitologia (2)

W poprzednim wpisie bardzo ogólnikowo nakreślona została historia Dolnego Śląska po 1945 roku ze szczególnym uwzględnieniem losu jej zabytków, które jeżeli nie liczyć licznych dewastacji i kradzieży wyposażenia, w większości przetrwały wojenną zawieruchę bez szwanku. Wyobraźmy sobie te czasy i stojący nad stawem pałac w Kopicach, gdzie tylko wybite szyby i powszechny bałagan świadczą o tym że coś się tutaj złego wydarzyło (spłonął w 1958 roku) . Spójrzmy na przepiękny pałac w Goszczu, który niedawno opuścili dawni niemieccy właściciele a nowi gospodarze zasiedlają pospiesznie jego mury (spłonął w 1947 roku), możemy też zajrzeć do Dziewina gdzie renesansowy dwór majestatycznie dominuje od wieków nad okolicą, ponownie uratowany z wyniszczającej wojny (dzisiaj zostały smętne resztki). Takie obrazki były powszechne, bo poza zamkiem w Gościszowie i kilkunastoma innymi rezydencjami wojna oszczędziła zabytki na prowincji. Nawet w Kamieńcu Ząbkowickim pałac stał mimo pożaru w oficynie i czekał na zagospodarowanie. Można było wyselekcjonować te najcenniejsze obiekty, zinwentaryzować ich wyposażenie, wysłać ludzi którzy w ich murach otworzyliby muzea, domy kultury, ośrodki pracy twórczej itd. Kto jednak sobie wtedy zawracał tym głowę ? Czesi.

W tym momencie każdy prychnie, przecież oni nie mieli wojny! U nich wszystko przetrwało nienaruszone! W ten sposób powiela się stereotypy i tworzy mity.

To prawda że Czechom udało się uniknąć takich zniszczeń jak w przypadku Wrocławia czy Warszawy, ale bzdurą jest twierdzenie że wojna zupełnie ominęła ich kraj. Wystarczy spojrzeć jak wyglądała w 1945 roku Opawa, Morawski Krumlov czy Fulnek, gdzie zastanawiano się nad sensem ponownej odbudowy miasteczka. Tam też przeszedł walec w postaci Armii Radzieckiej która niespecjalnie przejmowała się zabytkami i jak wszędzie dochodziło do kradzieży i gwałtów. Ta sama armia narzuciła im taki sam ustrój jak nam, podobnie gorliwie wdrażany w czyn. Tak samo nienawidzono Niemców, chociaż nie spotkały Czechów podobne represje jak to miało miejsce w Polsce. Każdy z nich jednak pamiętał masakrę Lidic i problemy z Sudetenlandem. Na tych terenach dominował żywioł niemiecki niechętny Czechom, z bogatymi właścicielami ziemskimi na czele i obejmował on sporą część kraju z miastami takimi jak Czeski Krumlov, Pizlno, Karlowe Wary, Liberec czy Opawa. W samej Pradze mnóstwo niemieckich obywateli kwiatami witało Hitlera i jego oprawców. Można gdybać co by było gdyby Czesi założyli coś na kształt Armii Krajowej i walczyli na ulicach zamiast montować czołgi i armaty dla okupanta. To jednak jest bezcelowe ponieważ mentalnie jesteśmy na różnych biegunach, a historia pokazała jednak że polskie walki niewiele zmieniły. Wojna skończyła się tam z podobnym skutkiem jak na Śląsku - ze zniszczeniami w różnych punktach ale ogólnie kraj był w dobrym stanie. Wraz z nim jego najcenniejsze skarby w postaci bezcennych zabytków. W myśl Dekretów Benesza skonfiskowano własność niemieckich obywateli a ich samych, często w brutalny sposób, wypędzono.


Na tym jednak podobieństwa się kończą. Skutkiem wspomnianych dekretów była nie tylko konfiskata, ale oddanie tych dóbr narodowi i nie był to tylko slogan. Liczne zamki i pałace zostały zabezpieczone, a ich wyposażenie zinwentaryzowane. Często niemal natychmiast otwierano w zabytkowych wnętrzach muzea, zdarzały się też takie przypadki jak w Czeskim Sternberku gdzie dotychczasowy właściciel został mianowany kustoszem, po czym po swoich pokojach oprowadzał wycieczki. Warto pamiętać że coś takiego jak czeska szlachta w zasadzie nie istniało, w większości byli to potomkowie możnych niemieckich rodów różniący się stopniem "zczechizowania" do jakiego doszło przez wieki. Taki sam los spotkał wszystkich, bez względu na lojalność wobec państwa czechosłowackiego, także Liechtensteinów którzy nie uważali się za Niemców. Czesi jednak, w przeciwieństwie do Polaków, ich majątek uznali za swoje dobro narodowe i otoczyli lepszą lub gorszą opieką. 


Trudno było wymagać od osadników na naszych Ziemiach Odzyskanych aby przyjęli dobra Schaffgotschów jak swoje, ale tutaj po praz pierwszy zawiodło państwo które zachowało się jak złodziej, na domiar złego kradnąc samemu sobie. Oczywiście istniała niepewność statusu tych ziem, jednak wandalizmu i głupoty w żaden sposób to nie tłumaczy. Można było te dobra zabezpieczyć w podobny sposób jak to zrobili nasi południowi sąsiedzi, co nie było takie abstrakcyjne o czym świadczy przykład pałacu w Pszczynie. Dlaczego tylko tam się dało ? Dzisiaj wszyscy świetnie wiemy że spora część zabytkowych kolekcji wylądowała u różnego rodzaju aparatczyków i sprytnych złodziejaszków, zamiast w muzeach. Kolejne zostały bezmyślnie zniszczone. Naród dostał opuszczone rudery i na szybko stworzone PGR-y, w zamian mógł sobie też ukraść resztki z pańskiego stołu, z czego skwapliwie korzystał i korzysta do dzisiaj.

Zniszczone podczas wojny rezydencje szybko w Czechach odbudowywano, a te które ocalały adaptowano nie tylko na muzea, ale i na siedziby różnych instytucji. Bardzo często robiono to w taki sposób jak u nas, wysypując w zamkowych komnatach zboże lub wykorzystując je jako magazyny co doprowadzało do kolejnych dewastacji. Mało kto może sobie dzisiaj wyobrazić w pałacu Liechtensteinów w Valticach (na liście UNESCO) parkujące traktory i zawalone dachy, a przecież tak tam długi czas "gospodarowano". W niedalekich Miloticach, które tak dzisiaj zachwycają swoim oryginalnym wystrojem, urządzono szkołę dla Armii Radzieckiej, w Uhercicach wywieziono całe wyposażenie i stworzono gospodarstwo rolne, doprowadzając przepiękny pałac do kompletnej ruiny. Cenne księgozbiory klasztorne wywożono do Pragi, zamykano zakony i kościoły. Co się stało że mimo wszystko bezcenne budowle przetrwały tam do dzisiaj w tak dobrym stanie ?



Szybko przyszło opamiętanie. W mrocznych czasach komunizmu zaczęły się liczne renowacje, zwłaszcza w wytypowanych jako najcenniejsze zabytkach. Kto sobie dzisiaj wyobraża pałac w Litomyślu (UNESCO) bez wspaniałych dekoracji sgraffitowych ? Kto zdaje sobie sprawę że zamek w Kromeriżu (UNESCO) spłonął częściowo w 1945 roku, a słynne ogrody biskupie były zapuszczoną kępą chaszczy ? Kto wyobraża sobie słynną brneńską willę Tugendhadt (UNESCO) jako przedszkole z pomalowanymi na różowo ścianami ? Mikulov z doszczętnie wypalonym zamkiem ? Brudny Czeski Krumlov tonący w oparach wyziewów miejscowej papierni ? Trebicz (UNESCO) z przeznaczoną do wyburzenia dzielnicą żydowską ? Zamek Veveri z zawalonymi stropami i dachami ? 

Wykonano OGROMNĄ pracę, przeznaczono OGROMNE środki aby te wszystkie cuda przywrócić do dawnej świetności. Zwłaszcza po upadku komunizmu, do dzisiaj czerpiąc garściami pieniądze unijne nawet w najmniejszych wioskach, gdzie przeprowadzane są prace renowacyjne w skali o jakiej nam się nie śniło. Warto jednak sobie uświadomić że w Czechach głównym gospodarzem jest państwo a nie prywatni właściciele. Ci ostatni jeżeli chcą coś kupić mogą co najwyżej liczyć na te najmniej znaczące obiekty, których nikt nie chce, albo nie ma na nie żadnego pomysłu. Wyjątkiem są zamki i pałace odzyskane przez przedwojennych właścicieli, ale i oni wykorzystują je w pierwotnym kształcie jako muzea czy galerie. Czeski Narodowy Instytut Dziedzictwa (NPU) zarządza ponad dwustoma najcenniejszymi obiektami w całym kraju przeznaczając ogromne środki na ich nieustające remonty i nowe wystawy, podczas gdy analogiczna instytucja w Polsce zarządza co najwyżej swoją stroną internetową. Pozostałe są w gestii samorządów, gdzie nawet najmniejsze miasteczko jest w stanie utrzymać spory pałac i robi to z powodzeniem urządzając w jego murach muzea, biblioteki, domy kultury czy galerie z wyrobami lokalnych artystów. Niewiele jest zabytków do których nie ma wstępu przeciętny turysta, wszystko jest dla obywatela! Państwo czeskie, trzykrotnie mniejsze od Polski, z czterokrotnie mniejszą populacją, utrzymuje bezpośrednio kilkaset dużych rezydencji na prowincji (nie licząc Pragi), podczas gdy u nas takich obiektów jest co najwyżej kilkanaście. Na Śląsku Górnym i Dolnym - ZERO.



Wyobraźmy sobie na koniec czeski pociąg pancerny zdobywający Międzylesie w 1945 roku. Był przecież taki moment, gdy nasi południowi sąsiedzi zgłaszali historyczne racje do Ziemi Kłodzkiej,  powiatu raciborskiego oraz głubczyckiego chcąc je zbrojnie odebrać. Wyobraźmy sobie że Stalinowi ręka zadrżała i podarował Kłodzko (Kladsko) nie nam, ustalając granicę gdzieś w okolicy Barda, Złotego Stoku i Nowej Rudy. Na mocy Dekretów Benesza Niemcy zostają wypędzeni a ich dobra skonfiskowane. Szybko zajęte zostają ocalałe bez szwanku zamki i pałace, a w najcenniejszych pojawiają się urzędnicy i wartownicy aby przekazać je nowym osadnikom jako ośrodki kultury. W nietkniętym pałacu w Bożkowie trasę turystyczną po pańskich pokojach, bogato zdobionych i wyposażonych, można otwierać od razu. Podobnie jest w Wilkanowie, Międzylesiu, Trzebieszowicach, Ołdrzychowicach, Ścinawce Górnej i Gorzanowie. Zwłaszcza ten ostatni zachwyca swoją renesansową bryłą i teatrem podobnym do tych z Litomyśla czy Czeskiego Krumlova. Są wprawdzie przypadki takie jak w Ratnie gdzie czeskie ministerstwo zdrowia robi sobie magazyn strzykawek i bandaży, czy w Piszkowicach gdzie zrobiono wielki spichlerz ale te "błędy i wypaczenia" zostaną kiedyś naprawione. W Korytowie, Różance, Łomnicy i pałacu Raczyn miejscowe samorządy urządzają domy kultury i biblioteki. W Żelaźnie czy w Ścinawce Średniej działają państwowe gospodarstwa rolne ale zabytki są należycie utrzymywane. Przetrwały wszystkie do naszych czasów poza wyburzonym pałacem w Wolanach (w Czechach i takie przypadki się zdarzały) ale to jedyna strata. 

I jedyna prawdziwa historia, bo tego pałacu, podobnie jak kilku innych, na polskiej Ziemi Kłodzkiej od dawna nie ma. Pozostałe są w tragicznym stanie, podnoszone z ruiny przez prywatnych właścicieli.


Mitologia jednak trzyma się mocno - "była wojna, było ciężko". Najważniejszy mit jednak jest taki, że to nie my, ale nam to zrobili. Chociaż pozytywne przykłady mamy na wyciągnięcie ręki, nikt nie wyciągnął do dzisiaj wniosków. Pałac w Bożkowie zamiast na turystów czeka na kolejnego właściciela...

10/16/2017

Mitologia (1)

Gdy przejeżdżamy przez wsie Dolne Śląska w oczy rzuca się wszechobecne zniszczenie i zaniedbanie ich zabudowy, folwarków,  zamków, dworów i pałaców. Jeżeli nie są w ruinie to bardzo często się ku niej chylą, zdewastowane i opuszczone, porzucone w zarośniętych i zdziczałych parkach, zarzucone stertami śmieci. Nieliczne wyjątki podnoszonych z upadku rezydencji nie zmieniają złego wrażenia, które dopadnie każdego kto zboczy z utartych ścieżek. Dlaczego tak się dzieje ? Co jest przyczyną ? Czy jest szansa na ratunek ? Kto ma zadbać o zabytki ?


Na te pytania nie ma prostej odpowiedzi, można za to przyjrzeć się po raz kolejny jak poradzili sobie z tym "problemem" nasi południowi sąsiedzi. Wyobrazić sobie co by było gdyby np. Kotlina Kłodzka z kaprysu Stalina trafiła w ich ręce, do czego mieli historyczne prawa i próbowali tego dokonać na własną rękę tocząc z Polską niewielką wojenkę w 1945 roku. Political fiction jest ostatnio bardzo modne (zazwyczaj doprowadzone do absurdu) więc i my wyobraźmy sobie że historia potoczyła się zupełnie inaczej.

Zacznijmy jednak od zastanowienia się co jest przyczyną dewastacji kwitnącego kiedyś regionu. Dla każdego Polaka (dla Czechów i Niemców także) winna jest wojna. Każdy ma natychmiast przed oczami obrazki zniszczonej Warszawy, ruin Wrocławia czy płonących wiosek na Kresach. Idąc tym tokiem myślenia wyobrażamy sobie to samo w całej Polsce, więc także na Śląsku. Tymczasem w tym regionie wojny prawie nie było. Do końca 1944 roku nie spadła tu ani jedna bomba, a kataklizm przyszedł wraz z "wyzwoleniem" w 1945 roku. Wtedy własnie w poważnym stopniu zburzono miasta takie jak Wrocław, Nysa, Głogów, Lubań i kilka innych. Po "wyzwoleniu" Armia Radziecka urządzała sobie fajerwerki podpalając miejscowości zdobyte z marszu, bez większych walk, gwałcąc, kradnąc i niszcząc wszystko co spotkała na swojej drodze. Brygady trofiejne grabiły dzieła sztuki, a prości żołnierze często niszczyli je dla zabawy w pijanym widzie, strzelając do obrazów, paląc meble w kominkach. To wszystko jest powszechnie znane i nie ma sensu rozwijać tematu, tym bardziej że powinni to robić zawodowi historycy. Warto jednak zastanowić się nad tym o czym się nie mówi. Co się stało gdy walki ustały ? Jak wielkie były straty ? Jak wyglądał Śląsk po "wyzwoleniu" ?

Z relacji większości pionierów wynika że przyjeżdżali do kompletnie zachowanych miasteczek i wsi, gdzie wybite szyby i poprzewracane meble były najgorszym widokiem jaki zastali. To oczywiście nie dotyczyło wszystkich, bo Wrocław czy Głogów to było morze ruin po horyzont, ale jednak to był w skali regionu margines a nie norma. Szybko rozeszła się po Polsce legenda o krainie mlekiem i miodem płynącej więc przyciągała ona coraz więcej szabrowników i pospolitych przestępców dzięki którym wkrótce we Wrocławiu powstało ogromne targowisko ze skradzionymi przedmiotami eufemistycznie nazwane "Szaberplacem". Można sobie wyobrazić jak plądrowano to co zostało jeszcze po przejściu Armii Radzieckiej aby sprzedać za bezcen lub zwyczajnie zniszczyć aby "zemścić się" na niewidocznym wrogu. Przyjeżdżali także z "Centralnej Polski" grabieżcy urzędowi, wybierający co lepsze kawałki do kolekcji muzealnych Warszawy czy Poznania. Przydawało się wszystko co miało jakąkolwiek wartość, aż doszło do rozbiórek i wyburzania budynków w całkiem dobrym stanie, aby można było wysyłać cegłę na place budów w Warszawie, Gdańsku i Nowej Hucie. Czy efektem tych działań są dzisiejsze przykre widoki na prowincji ?


W pewnym sensie tak, bo mało który zamek czy pałac pozostał nietknięty przez szabrowników w postaci "wyzwolicieli" ze wschodu i naszych wygłodniałych po wojnie rodaków. Czy można to jednak zakwalifikować jako zniszczenie wojenne ? Wojna była przyczyną powszechnej biedy która pchała ludzi na "Ziemie Odzyskane" aby mogli się chociaż trochę wzbogacić i godnie żyć. Wojna była przyczyną wrogości do Niemiec i wszystkiego co było z tym narodem związane więc niszczono na potęgę każdą pamiątkę po ciemiężycielach. Wojna spowodowała zniszczenia w "Centralnej Polsce", które próbowano zrekompensować sobie na zachodzie. To nic że z dzisiejszej perspektywy wygląda to tak jakbyśmy sami siebie okradli, chociaż przez długie lata "Ziemie Odzyskane" były w "tymczasowej administracji" więc nie było pewności czy pozostaną częścią PRL. Wojna była przyczyną ale nie spowodowała bezpośrednio w wielu miejscach zniszczenia.

Dzisiejsza Świdnica jest cieniem samej siebie jeżeli porównamy stan obecny z przedwojennymi zdjęciami lotniczymi. Gdzie przepadła połowa jej zabytkowej zabudowy jeżeli na miasto spadła jedna bomba i w 1945 roku przejęta została przez polskie władze nietknięta ? Gdzie podziały się zabytkowe rynki wielu dolnośląskich miast widoczne na powojennych zdjęciach, które dzisiaj oszpecone są blokami z wielkiej płyty ? Gdzie pałace i zamki które w 1945 roku miały co najwyżej zdewastowane komnaty i wybite szyby a dzisiaj nie ma po nich śladu ? To efekt powojennej socjalistycznej gospodarki która zmieniła nagłą śmierć w agonię. PGR-y dorzynały zabytkowe rezydencje, a w miastach doprowadzano wiekowe kamienice do kompletnej ruiny aby zastąpić je blokowiskiem lub zwyczajnie śmietnikiem. Zamiast gospodarki był eksploatacja, zarówno na szczeblu centralnym, jak i w zwykłych gospodarstwach rolnych. Nikt nie traktował tych ziem i budynków na nich stojących jak swoje, czego efekty po upadku PRL były opłakane. I gdy wydawało się że to już koniec, że przyszły lepsze czasy, w wielu miejscach wolny rynek dobił dogorywające trupy na zawsze. Nikogo nie interesowały zabytki, które stały się tanim towarem na rynku nieruchomości, rozdawanym za przysłowiową złotówkę komu popadnie, aby się pozbyć problemu. Większość porzucono razem z ludźmi zamieszkującymi ich mury i folwarki, jakby to były nikomu niepotrzebne relikty poprzedniego systemu. Inwestycje w kulturę ? Rewitalizacja zaniedbanych regionów ? Odbudowa więzi lokalnych ? Tym mieli się zająć prywatni inwestorzy, nieliczni jacy podjęli się odbudowy zabytkowych pałaców i zamków. Państwo abdykowało.


Oczywiście były wtedy większe problemy niż odbudowa zabytków (dla nich nigdy nie ma dobrego czasu), jednak warto spojrzeć na problem szerzej, bo Polska nie jest samotną wyspą historycznie oderwaną od reszty Świata. Nie tylko u nas była wojna, nie tylko u nas był komunizm, nie tylko my mieliśmy problemy po jego upadku. Nasze dzieje są wbrew pozorom typowe dla tej części Europy i nie jesteśmy w niczym wyjątkowi. Przynajmniej nie tak jak nam się to wiecznie wydaje. Warto obalić pewne mity, które są bezmyślnie powielane od dziesiątków lat i usprawiedliwiają zwyczajne niechlujstwo, brak kultury, bezmyślność, barbarzyńskie podejście do otoczenia, brak gustu i dbałości o wspólne dobro. Cechy które przyjechały z dalekiego wschodu zmieniają Polskę do dzisiaj w mentalną rosyjską prowincję. Spójrzmy na braci Słowian, naszych południowych sąsiadów, których losy wbrew pozorom są bardzo podobne chociaż los oszczędził im nieszczęsnych wiatrów ze wschodu. Może warto ich naśladować ?

Aby to zrobić trzeba obalić stworzoną na własne usprawiedliwienie mitologię.