9/21/2014

Krajobraz po bitwie

Na ekrany kin wszedł długo wyczekiwany film Jana Komasy - "Miasto 44". Zrealizowana z ogromnym, jak na polskie warunki, rozmachem historia młodych ludzi z Powstaniem Warszawskim w tle, a raczej na pierwszym planie. Przez ekran przelewają się hektolitry krwi, miasto zmienia się w morze gruzów, aż do ostatecznego unicestwienia. Jednych ten film zachwyci, inni będą pod ogromnym wrażeniem, kolejni mogą się rozczarować, wręcz nudzić monotonią i powtarzalnością poszczególnych scen. Gdy bohaterowie docierają na Czerniaków w tle majaczy wieża kościoła w Świebodzicach...

Do tego miasta oraz do Walimia przyjechali filmowcy aby "wykorzystać" księżycowy krajobraz jaki pozostał po miejscowych zakładach przemysłowych. Sam reżyser w lipcowym wydaniu "Polityki" opisał to w ten sposób:

"Ze względu na skalę zniszczeń największym wyzwaniem okazał się zrujnowany, księżycowy pejzaż Czerniakowa, który sfilmowaliśmy na Śląsku w Świebodzicach. Właściciele pozwolili nam wyburzyć trzy i pół hektara starych fabryk. Dzięki koparkom i kruszarkom mieliśmy do dyspozycji tony gruzu."

Sporo osób oburzyły te słowa i postępowanie twórców filmu. Przyznać jednak trzeba że wspomniane zakłady były ruinami jeszcze przed przyjazdem ekipy, nie były wpisane do rejestru zabytków, stopniowo rozkradane przez złomiarzy stanowiły zagrożenie dla zdrowia i życia ludzi. Niesmak jednak pozostał, jeżeli uświadomimy sobie w jaki sposób traktowane jest industrialne dziedzictwo Dolnego Śląska i dlaczego taki "naturalistyczny" plan filmowy, gdzie stuletnią "dekorację" wysadza się w powietrze, nie był możliwy na terenie Warszawy lub Łodzi... 

"Miasto 44"

Mamy okazję przekonać się na własne oczy czy warto było poświęcić te resztki budynków i jaki efekt został osiągnięty po ostatecznym montażu. W filmie nie brakuje wstawek komputerowych, których jakość i ilość w polskim kinie nie była dotychczas spotykana. Bohaterowie przemierzają przedwojenną stolicę stworzoną w wirtualnej rzeczywistości z ogromną pieczołowitością. Przez Marszałkowską jedzie tramwaj, w pełnym reprezentacyjnych kamienic śródmieściu majaczy w tle Prudential, wali się wysadzony w powietrze most Poniatowskiego (?), na jednej z ulic Starego Miasta wybucha czołg-pułapka. Wszystko odwzorowane w najdrobniejszych detalach. 



Nagle trafiamy na Czerniaków (do Świebodzic) gdzie akcja toczy się wciąż na jednym podwórku, a raczej takie można odnieść wrażenie. Bohaterowie biegają tam i z powrotem wśród fabrycznych hal jakby producentom skończyły się fundusze na efekty komputerowe lub postanowili pobawić się w wysadzanie prawdziwych budynków. Jak na trzy i pół hektara poświęconych na ten cel historycznych obiektów wyszło to bardzo monotonnie i wypada żałować że nie wykorzystano do tego celu komputera z pożytkiem dla filmu i dolnośląskich pozostałości wielkiego przemysłu. Gdy dzisiaj widzowie w całej Polsce podziwiają (lub nie) końcowy efekt, w Świebodzickich i Walimskich ruinach razi pustka po bitwie... Happy endu jak w filmie nie można się spodziewać.

2 komentarze:

  1. W Walimiu też filmowali?

    OdpowiedzUsuń
  2. W Warszawie, Łodzi, Wrocławiu, Świebodzicach i Walimiu

    OdpowiedzUsuń

Administrator strony nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.