6/09/2019

Indu-nuda 2019

Industriada - święto zabytków techniki województwa śląskiego to impreza szeroko znana w całej Polsce, a nawet poza jej granicami. Hucznie obchodzona, licznie odwiedzana, pełna unikalnych atrakcji i entuzjazmu organizatorów. Tego dnia przystrojone zabytki techniki rzeczywiście miały swoje święto, a sama idea popularyzowała je wśród ludzi, którzy na co dzień mijają je obojętnie. To była znana marka i wizytówka, której zazdrościli nam w innych częściach kraju.




W chwili gdy pisane są te słowa Industriada 2019 wciąż trwa, ale można ją subiektywnie podsumować - niestety jako kompletną klapę. Miały to być wielkie urodziny, wspaniały bal (INDU-bal), święto jeszcze większe niż dotychczas, a wyszła żenująca nuda i stypa. O ile sama inicjatywa wydawała się bardzo trafiona, to niestety zawiodła organizacja i już na etapie śledzenia wydarzeń można było tą nudę zauważyć. Nie stało się to nagle, tendencja spadkowa była widoczna od kilku lat i opisywana na tych łamach, chociaż organizatorzy i media zakłamywali rzeczywistość, w entuzjastycznym tonie informując o kolejnych rekordach frekwencji. Nawiasem mówiąc, w tym roku można oczekiwać podobnych komunikatów, gdzie tabelki Excela zastąpią zdrowy rozsądek, a liczby wzięte z sufitu poprawią niektórym samopoczucie i być może zapewnią premie. Tymczasem, każdy kto był to widział jak to z bliska wygląda. W większości miejsc straszyła pustka i cisza. Tym razem publika zawiodła, chociaż dochodziły gdzieś tam głosy że w niektórych miejscach był ścisk i tłum, ale nie dane mi było to zobaczyć, mimo odwiedzonych kilku atrakcji jedna po drugiej. Smutne to były widoki, ale spodziewane. W 2019 roku nie wystarczy zorganizować konkurs plastyczny dla dzieci, dać im pośpiewać i postraszyć skarbnikiem. W części zabytków zresztą program dla dzieci jest jedyną atrakcją, jakby najmłodsi przyjeżdżali tam bez rodziców, bo o nich organizator zapomniał oferując jedynie infantylne zabawy. Tak jest najprościej, a raczej było.




Grzechów jest więcej. W części miejsc młodzi wolontariusze zajmujący się głównie sobą, albo własnymi telefonami, rozwaleni na leżakach, zapomnieli po co tam byli. Na szczęście nie wszędzie. Kolejny absurd - biletowane i rezerwowane wcześniej wycieczki. Dla przykładu Sztolnia Luiza - czym się różni Industriada w tym miejscu od zwyczajnej soboty ? Tylko wprawne oko było w stanie znaleźć różnicę, która zresztą polegała na tym że były jakieś znaki imprezy i programy na stojaku. Jakby to był wielki problem udostępnić wszystkim wieżę widokową, albo chociaż kilka budynków na powierzchni, co zresztą miało miejsce jeszcze niedawno. Zamknięte restauracje w których były organizowane zamknięte imprezy, puszczanie na cały regulator muzyki z kilku źródeł na raz, niezorientowana obsługa (w dwóch miejscach ludzie z obsługi nie wiedzieli że jest tego dnia takie święto!!!). W Pławniowicach dobrowolna (ale dla przyzwoitych obowiązkowa) opłata za parking, za wstęp do parku, za zwiedzanie pałacu (obowiązkowa), za robienie zdjęć (dodatkowa)... Piszący te słowa nie ma z tym problemu, ale nie taka była idea Industriady. Ile razy można organizować takie same spacery po familokach ? Ile razy można organizować zwyczajny festyn dla dzieci (patent gliwicki) ? Ile razy nawet największy fan zabytków industrialnych jest w stanie zwiedzać tą samą sztolnię czy halę ? Dlaczego w sobotę, a nie w niedzielę ? Widocznie wielu straciło cierpliwość, co było widać gołym okiem w kolejnych miejscach, gdzie było smutno i pusto. Organizator zapewne już ma gotowy komunikat o kolejnym frekwencyjnym rekordzie, który podbił jakiś koncert lub jedna z atrakcji, więc średnia będzie się zgadzała, ale jaki to ma sens ? Może lepiej zorganizować coś porządnego w kilku wybranych lokalizacjach, zamiast fundować wszędzie mizerię ? Kto przez ostatnie 10 lat uczestniczył w Industriadzie nie da się już nabrać, a nowych jest coraz mniej...




Żeby nie było tylko czarnych barw to wielkie brawa należą się Koszęcinowi za zorganizowanie wspaniałej imprezy, która i bez pomarańczowego logo by się odbyła i byłaby tak samo udana, dla biblioteki w Chebziu za entuzjazm i miłą obsługę i tradycyjnie dla Szybu Wilson. Może gdzieś jeszcze było pięknie ale nie było mi dane tego zobaczyć ?

12/02/2018

Niewidzialny Dolny Śląsk

Dolny Śląsk to jeden z najpiękniejszych regionów Europy Środkowej. Nieoceniona w tym zasługa zamków, pałaców i dworów, które w takiej obfitości już nigdzie w Polsce nie występują. Majestat Książa, Czochy czy Kliczkowa jest zwierciadłem, w którym lubimy się przeglądać. Z zachwytem i beztroską, zwykle nieświadomi jak wielki, ziejący przerażającą pustką mrok kryje się po drugiej stronie lustra.

W 1945 roku wraz z Dolnym Śląskiem historia podarowała nam co najmniej dwa tysiące rezydencji. W ciągu kolejnych siedmiu dekad połowa tych budowli została… zrównana z ziemią. Podpalane, burzone, zatapiane i wysadzane w powietrze pałace zamieniły się w anonimowe pagórki, stosy kamieni i zaciśnięte korzeniami na fundamentach bezimienne kępy drzew.


Niewidzialny Dolny ÅšlÄ…sk

To cytat z najnowszej książki Hannibala Smoke p.t. "Niewidzialny Dolny Śląsk", pierwszej i jedynej dotychczas pozycji dokumentującej zagładę dolnośląskich rezydencji. Renesansowe dwory obronne, eklektyczne i barokowe pałace wraz z otaczającymi je parkami, często pełnymi rzeźb oraz cennego starodrzewu, zostały w ciągu kilkudziesięciu lat wymazane z powierzchni ziemi i ludzkiej pamięci. Zwłaszcza to ostatnie szokuje, ponieważ mamy do czynienia z wydarzeniami dziejącymi się "wczoraj", a zdarza się że nikt nie potrafi wskazać miejsca gdzie stał ogromny budynek. Przeglądając ten bogato ilustrowany album można żałować że nie powstał 30-40 lat temu, a nawet wcześniej, kiedy żyli jeszcze świadkowie zagłady, bardzo często ich sprawcy. Z drugiej strony można się cieszyć że powstał teraz i nareszcie przełamuje temat tabu, stanowi kamień milowy uświadamiający nam ogrom zniszczeń jaki spotkał bogaty europejski region w czasach pokoju. Temat niespecjalnie ukrywany, raczej nie interesujący większości z nas, z konserwatorami zabytków na czele. Nie potrafili oni zapobiegać zniszczeniu, ale i nie chcieli tego dokumentować. Po wielu zabytkach zostały dzisiaj jedynie przedwojenne pocztówki, a okres kiedy przestały istnieć jest bardziej tajemniczy niż czasy pierwszych Piastów. Hannibal Smoke wykonał ogromną pracę jeżdżąc w teren w poszukiwaniu tych wiejskich Atlantyd, przepytując ostatnich świadków, dokonując kwerendy w poszukiwaniu zapomnianej historii. To nie tylko encyklopedia czy leksykon, ale po prostu piękna książka wywołująca refleksję i dostarczająca wzruszeń co wrażliwszym duszom.

NIEWIDZIALNY DOLNY ŚLĄSK to jedyny w swoim rodzaju album dokumentujący masakrę dziedzictwa materialnego regionu w jego historycznych granicach, od Świebodzina w Lubuskiem po Nysę w Opolskiem. Blisko 450 zachowanych na zdjęciach rezydencji, o których mieliśmy zapomnieć...

8/12/2018

Pasja

Niewielka wieś położona jest kilkanaście kilometrów od Zielonej Góry, lecz żeby tu dotrzeć trzeba przepłynąć promem Odrę, lub nadrobić kolejne kilkadziesiąt kilometrów do najbliższego mostu. Być może dlatego niewielu przyjeżdża w te strony, chociaż jest tutaj co podziwiać, a jednym z najpiękniejszych zabytków w regionie jest rokokowy pałac w Bojadłach. Zdewastowany po 1945 roku przez przypadkowych użytkowników i miejscową ludność wciąż jest cieniem swojej dawnej świetności, mimo wszystko z dachem i cudem zachowanymi elementami wystroju wnętrz.




Wrażenie robią dwie wspaniałe kordegardy tuż przy przecinającej park drodze z widokiem na piękny szachulcowy kościół. Otwarta brama, za nią tłum ludzi krzątających się wokół pałacu - to grupa wolontariuszy, która zgłosiła się na apel właścicieli do porządkowania otoczenia zabytku. Co chwilę przyjeżdża samochód, co jakiś czas ktoś wbiega i wybiega przez otwarte drzwi do zacienionego hallu. Chociaż odbudowa tak naprawdę dopiero się zaczyna, zabytek tętni życiem bardziej niż niejedna rozreklamowana turystyczna atrakcja.




Wszystko to za sprawą Arkadiusza Michońskiego i Anety Kamińskiej, którzy od 2014 roku opiekują się pałacem. Od tego czasu to jest ich dom, ale też ogromna pasja. Tutaj każda dachówka, każda cegła jest otoczona opieką, nie ma miejsca na żadne uproszczenia i niepotrzebne kompromisy. Wszystko ma wyglądać jak dawniej i co najważniejsze, powinno być oryginalne w miarę możliwości. Nie ma możliwości aby pojawiły się plastikowe okna czy rynny, gdy brakuje materiałów i elementów wyposażenia są adaptowane z innych miejsc, jak piękne piece kaflowe czy zegary na kordegardzie. To hobby w najczystszej postaci, gdzie najważniejsza jest sama renowacja, a jej koniec jest przede wszystkim satysfakcją, nie materialnym zyskiem. Oczywiście pałac w przyszłości będzie miał też funkcje komercyjne, lecz nie widać tej wszechobecnej presji powodującej często drogę na skróty. Gdy pan Arkadiusz Michoński opowiada o swoim domu w jego oczach widać rzadki płomień, jego poglądy na konserwację zabytków są radykalne i do bólu konserwatywne, ale przecież w tym wszystkim właśnie o to chodzi. To gwarancja, że efekt końcowy będzie olśniewający, zresztą nie jedyna, bo przecież właściciele Bojadeł nie są nowicjuszami, a ich pracę można podziwiać w niedalekim Broniszowie. Tamtejszy barokowy szpital otrzymał w 2015 roku prestiżową nagrodę "Zabytek Zadbany" i jest jedną z najlepiej wykonanych tego typu realizacji w Polsce.




Co będzie gdy Bojadła odzyskają swój dawny blask ? Pan Arkadiusz nie zamierza zwalniać tempa i już zaopiekował się wspaniałym pałacem w Piotrkowicach koło Trzebnicy gdzie wykonuje prace zabezpieczające. W oczach znowu pali się płomień gdy o tym opowiada... Szkoda tylko że takich pasjonatów jest garstka i nie ma możliwości aby zajęli się wszystkimi walącymi się rezydencjami. To nie pieniądze, ustawy czy szczęśliwy traf, tylko LUDZIE ratują zabytki.




Pałac w Bojadłach jest udostępniony do zwiedzania a Fundacja Pałac Bojadła zajmuje się różnorakimi działaniami kulturalnymi, naukowymi i promocyjnymi. Więcej na stronie fundacji.

zabytkislask.blogspot.com

7/24/2018

Zmartwychwstanie

Równe 4 lata temu w bytomskiej dzielnicy Bobrek spłonął zabytek

"...stał sobie drewniany kościół, który nie był bezcennym zabytkiem, ale ważnym świadkiem historii przemysłowego Śląska. Stopniowo rozkradany i niszczony, zamieniony w melinę i chlew. W stusiedemdziesięciotysięcznym mieście otoczonym miastami zamieszkałymi przez kolejne setki tysięcy mieszkańców. Miał być wkrótce rozebrany i przeniesiony do chorzowskiego skansenu. 23 lipca o godzinie 19.42 pojawiły się pierwsze płomienie, które strawiły dach i wieżę pieczętując jego los. Strażacy podejrzewają podpalenie."




Szerzej historia i losy zabytku były opisane we wpisie Był sobie kościół. Jeszcze tliły się zgliszcza, gdy mieszkańcy, niewiele sobie robiąc z obecności Straży Miejskiej i ochronnych taśm, "świętowali" na trupie świątyni rozkradając jej smętne resztki, które można było spieniężyć na złomie lub spalić zimą w piecu. Część przyglądała się obojętnie popijając nalewki i dopingując miejscową dzieciarnię, która w ruinach znalazła sobie miejsce do zabawy. Nikt się nie przejął, nikt nie zapłakał i zapewne do dzisiaj nikomu nie brakuje tego historycznego budynku na zabytkowym osiedlu. Na czele z miejscowymi władzami, dla których zabytki są problemem który parzy, czego przykładem są losy niedalekiej Elektrociepłowni "Szombierki" i ogólny widok Bytomia.




Tymczasem wydarzył się cud. Kilkanaście kilometrów dalej, na terenie Górnośląskiego Parku Etnograficznego, "zmartwychwstała" świątynia z Bobrka. Odbudowana z oryginalnymi elementami wyposażenia pełni funkcję sakralno-wystawienniczą. Szczelnie otoczona płotem i chroniona przez odpowiednie służby, daleko od mieszkańców "dzielnicy cudów"jest bezpieczna i stanowi jedną z nowych atrakcji turystycznych. Jej historia jest świetnym przykładem jak potrafimy zobaczyć drzazgę w oku naszych sąsiadów, a nie widzimy belki w swojej. 




Ktoś by uwierzył że w chrześcijańskim kraju wybija się szyby i podpala dla zabawy zabytkowy kościół ? Tyle jest lamentów i rozpaczy nad podpalonym samochodem we Francji ale dziwnym trafem historia z Bobrka nie przebiła się do powszechnej świadomości. Lubimy się oszukiwać że u nas jest inaczej ? Że jesteśmy lepsi ? Że nie mamy problemów z zapuszczonymi dzielnicami i wandalizmem ? Warto się nad tym zastanowić gdy stoimy przed zrekonstruowanym za spore pieniądze kościołem. Powiązać jego losy z ginącym zabytkowym osiedlem, z umierającym kilkanaście kilometrów dalej miastem.