2/27/2021

Betonice

Otaczający nas świat nieustannie się zmienia. Wymaga ciągłej modernizacji i ulepszeń, aby nasze życie było przyjemniejsze i łatwiejsze, a postęp wymusza kolejne rozwiązania, zastępując te, które dotychczas wydawały nam się wystarczające. Zwłaszcza tam, gdzie pojawiają się odpowiednie fundusze (zazwyczaj z UE), dotychczasowa infrastruktura przestaje być odpowiednia dla władz poszczególnych miejscowości i ich mieszkańców spragnionych "nowoczesności" i fajerwerków jakie dotychczas oglądali tylko w telewizji. Zaczyna się "modernizacja", a na jej drodze staje to co "stare" lub "niepotrzebne". Ruszają buldożery oraz piły aby przygotować plac budowy pod kolejne "nowoczesne" inwestycje. Ku chwale miejscowego kacyka, jego urzędników i gawiedzi.



W całym kraju na liście "niezbędnych" inwestycji znajdują się tak zwane "centra przesiadkowe", czyli modernizacja istniejących przystanków komunikacyjnych. Często, poza poprawą ich estetyki, nie zmieniająca zupełnie nic w dotychczasowym układzie komunikacyjnym. Nie przybywa środków komunikacji, ani kolejnych połączeń, za to budowane są kolejne ziejące pustką wiaty i perony za miliony złotych oraz przeprowadzane "na bogato" remonty istniejących budynków. Wszak lud musi widzieć, że władza ma rozmach i wizję, a lud za to tę władzę będzie kochał po wsze czasy.



W końcu przyszedł czas na podobne rozwiązania w Gliwicach (mieście gdzie całkiem niedawno zlikwidowano jedyną linię tramwajową). Zaczęło się od remontu miejscowego dworca, który kilka lat temu zyskał nowe oblicze, co jednak nie zmieniło sytuacji że większość czasu zieje pustką, zwłaszcza gdy porównamy tą sytuację z taką samą dekadę wcześniej. Jego otoczenie wciąż straszyło, a przystanki komunikacji miejskiej na niedalekim Placu Piastów straszyły jeszcze bardziej, oblegane przez grupy meneli i złodziejaszków. Postanowiono zlikwidować tą antywizytówkę miasta, koncentrując się na nowym "centrum przesiadkowym" ulokowanym w zupełnie innym miejscu, co w tym przypadku jest bardzo dobrym pomysłem i tylko wyjątkowo źle nastawiony mieszkaniec mógłby mieć jakieś negatywne uwagi. 



Niestety, zrobiono to "po gliwicku", na początek doprowadzając przestrzeń publiczną do stanu agonalnego, aby na koniec dokonać spektakularnej rzezi drzew. Dlaczego "po gliwicku" ? Bo drzewa i zieleń są jakąś obsesją miejscowych władz. Jeszcze niedawno głośna była sprawa wycinki lipowej alei przy ulicy Mickiewicza (którą na szczęście po długiej batalii uratowali mieszkańcy wpisując ją do rejestru zabytków), budowy polderów zalewowych w miejscu służących dzisiaj rekreacji łąk przy ulicy Słowackiego (chwilowo odłożone), zniszczenia tzw. Wilczych Dołów, wycinki szpalerów drzew wzdłuż rzeki Kłodnicy itd. Każdego dnia pod topór idą kolejne drzewa, pod pozorem ich złego stanu (jak widać na zdjęciach) lub kolizji komunikacyjnych, betonowane i asfaltowane są kolejne przestrzenie zielone. Do tego miasta nie dotarła wiedza na temat globalnego ocieplenia i jego skutków, sposobu zapobiegania klęskom żywiołowym typu susza czy powodzie. Nikt nie neguje potrzeby zmian w obskurnym centrum, jednak dlaczego robione jest to w taki sposób ? Dlaczego w mieście, gdzie działa prężny Wydział Architektury na Politechnice Śląskiej nikt nie wpadł na pomysł, że tak prestiżowa część centrum powinna być rozstrzygnięta za pomocą konkursu architektonicznego ? Dlaczego nikt nie zapytał ekspertów, jak powinno się projektować takie miejsca w zgodzie ze współczesnymi trendami, zamiast tego zlecając te prace najtańszemu wybranemu w przetargu ? Litościwie pomińmy nazwisko człowieka i członków zespołu, którzy "zaprojektowali" nową przestrzeń jakby mentalnie tkwili w latach 90-tych, albo i wcześniej. Katastrofalny projekt to tylko połowa dramatu, niestety według tego projektu musiały być wycięte wszystkie drzewa, zamieniając plac w pustkowie. Na ten projekt powołują się dzisiaj urzędnicy, tłumaczący że drzewa kolidowały z jego realizacją, jakby były to tablice dziesięciu przykazań przekazane Mojżeszowi, a nie uzgodnione wcześniej wspólne założenia. W związku z tym "nic nie można było zrobić", nawet wtedy gdy pojawili się protestujący mieszkańcy i społecznicy. W zamian zasadzone zostaną setki nowych drzew, niestety nie podano gdzie, bo na wizualizacjach ich nie widać. 

Wydawać by się mogło że takie praktyki odchodzą w przeszłość, zwłaszcza po tym, gdy ukazała się niedawno głośna książka Jana Mencwela pod trafnym tytułem "Betonoza". Niestety, w gliwickim magistracie prawdopodobnie nikt nie zadał sobie trudu aby ją chociaż przejrzeć, co być może sprawi że miejscowi notable znajdą się na kartach kolejnych tego typu publikacji, a także tych traktujących o arogancji, głupocie i bezkarności władzy. W mieście gdzie jedna opcja, a nawet jeden człowiek, rządzi kilkadziesiąt lat nie ma miejsca dla demokracji i obywatela. W tak długim okresie czasu rodzi się przekonanie że władza wie lepiej czego ten obywatel potrzebuje, nawet jeżeli on protestuje. Traktuje go jak niesforne dziecko, na początek ignorując, a później strasząc. Eliminując i ośmieszając opozycję, doprowadzając do sytuacji gdy nie ma żadnej konkurencji i pola wyboru, rozdzielając stanowiska dla swoich, dozgonnie wdzięcznych i służalczych ludzi oraz powiązanych z urzędami firm, tworząc siatkę wzajemnych powiązań, po latach tak trwałych że tylko jakaś totalna rewolucja byłaby w stanie ją rozbić. Do tego nie dojdzie ponieważ władza ma swoich klakierów i wyznawców jak w religijnej sekcie, gotowych zakrzyczeć, obrazić i zniszczyć w internetowych komentarzach każdego, kto śmie mieć inne zdanie. Nie podoba ci się? To się wyprowadź do miasta X, Y czy do lasu - to podstawowy argument lokalnych bezmyślnych trolli. Podobnie podległe i zależne są lokalne media, tworzące propagandę wzbudzającą uśmiech politowania, czasem udające niezależność, gdy nie dotyka to bezpośrednio "dyktatora" i jego świty. Miejscowe inwestycje też muszą być spektakularne, gdyby miasto leżało nad Zalewem Wiślanym to przekop byłby tu już dawno, gdyby była taka możliwość to Centralny Port Komunikacyjny byłby zamiast pobliskiego lasu. Na razie mieszkańcy muszą się "zadowolić" ogromną halą na kilkanaście tysięcy widzów, wartą kilkaset milionów złotych, bo takie drobnostki jak deptak, mała architektura czy proste chodniki nie są godne aby zajmować głowy miejscowych "wizjonerów". To jest miasto dla śmiałych wizji a nie dla zwykłych ludzi. Jak głosi hasło "Przyszłość jest tu". Ta przyszłość jest w tabelce Excela, stworzona przez firmy PR-owe na zamówienie i ku uciesze wyznawców sekty.

Wszystko co wyżej opisane na szczeblu lokalnym jest odbiciem tego co dzieje się w Warszawie i całym kraju. Postępowanie miejscowych władz i jej akolitów niczym się nie różni od tego co prezentuje sobą partia rządząca na czele z jej "naczelnikiem" wyjętym żywcem z XIX wieku. Ludzie z poprzedniej epoki (albo i epok) meblujący świat według swojego widzimisię, wbrew temu czego naprawdę potrzebują ludzie. Nikt i nic nie może stanąć na ich drodze, żadne zabytki, żadne drzewa, żadni społecznicy i mądrale. Kto nie z nimi ten przeciw nim. Problem w tym, że w Gliwicach nie rządzi PIS, tylko ich opozycyjni rywale. Tym bardziej szokuje ich arogancja i podobieństwo w postępowaniu, tym bardziej nie daje nadziei na przyszłość, jeżeli jest to miasto w którym mieszka (i rozdaje karty) przewodniczący największej partii opozycyjnej (KO). Jeżeli się nie obudzimy to ci wszyscy polityczni jaskiniowcy, których mentalność tkwi gdzieś w PRL, umeblują nam świat według swoich średniowiecznych zasad. Wbrew nadciągającej katastrofie klimatycznej, wbrew naukowcom, architektom, prawnikom, ekologom. Można się nie interesować polityką, ale to nie drwale, tylko politycy zdecydowali o losie drzew przed gliwickim (i nie tylko) dworcem. Polityczny beton wbrew ludziom.

7/27/2020

Dwór sołtysi w Złotniku uratowany!

Dwór sołtysi w Złotniku (gm. Żary) jest bardzo mało znanym, ale niezwykle cennym zabytkiem na terenie historycznych Dolnych Łużyc. Wzniesiony w roku 1534 obiekt, za wyjątkiem niewielkich napraw prowadzonych w kolejnych stuleciach, przetrwał do naszych czasów w praktycznie niezmienionym stanie. Szczególnie cennymi elementami decydującymi o jego wartości są oryginalna więźba dachowa i drewniane stropy z XVI w. oraz ceramiczne pokrycie dachu, którego dachówki powstały w okresie od XVI do XIX w. Ostatni remont-przełożenie dachu był przeprowadzony prawdopodobnie w 1722 r. z wykorzystaniem starszych, zachowanych w dobrym stanie dachówek. W kolejnych wiekach na dachu dokonywano jedynie miejscowych uzupełnień i tym samym dwór sołtysi w Złotniku posiada obecnie od strony północnej, prawdopodobnie najstarsze oryginalne ceramiczne pokrycie dachu in situ w województwie lubuskim. 




Od końca II WŚ w budyku nie były prowadzone praktycznie żadne prace remontowe, w związku z czym obiekt w roku 2013 zagrożony był katastrofą budowlaną. W ostatniej chwili nieformalna grupa miłośników zabytków, za zgodą i wsparciem właściciela – gminy Żary – i przy merytorycznym wsparciu ze strony Lubuskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, przeprowadziła najpilniejsze prace zabezpieczające i w ten sposób uratowała zabytek od grożącej mu zagłady. Stan obiektu wciąż był jednak zły, a zabezpieczenia miały charakter jedynie prowizoryczny. Dzięki wsparciu finansowemu przyznanemu przez Niemiecko-Polską Fundację Ochrony Zabytków Kultury i rząd federalny Niemiec w wysokości 100.000 zł, dotację Lubuskiego Konserwatora Zabytków w wysokości 25.000 zł, oraz dzięki środkom własnym Gminy Żary (właściciela obiektu) i Stowarzyszenia „Region Łużyce” (obecnego użytkownika obiektu) na przełomie 2019/2020 udało się przeprowadzić fachowe prace konserwatorsko-budowlane przy więźbie dachowej, pokryciu dachowym i drewnianym stropie nad parterem.




Szczególnym elementem wyróżniającym tę inwestycję był sposób konserwacji dachu. W przeciwieństwie do wielu innych remontów polegających na wymianie poszycia dachowego na nowe, w Złotniku zdecydowano się na całkowite zachowanie oryginalnej dachówki wraz z minimalną ingerencją w mocno zdeformowaną konstrukcje więźby dachowej. Do uzupełnienia poszycia użyto specjalnie zakupionych w tym celu różnych rodzajów historycznej dachówki karpiówki. Dodatkowo na połaci południowej możemy znaleźć historyczne dachówki ze zniszczonych w ostatnich latach dachów zamku Czocha, baszty bramy lubańskiej we Lwówku Śl. czy kościoła w Niwnicach. Natomiast drewniany strop belkowy na parterze został uzupełniony z wykorzystaniem historycznego materiału. W ten sposób remont dworu sołtysiego w Złotniku można uznać za wzorowy z punktu widzenia maksymalnego zachowania substancji zabytkowej.




Obecnie wykorzystując rusztowania postawione do prac przy dachu, prowadzone są jeszcze prace przy punktowej naprawie elewacji dworu, gdyż już jesienią tego roku w ramach kolejnej edycji Europejskich Dni Dziedzictwa, Stowarzyszenie „Region Łużyce” planuje otwarcie we wnętrzach zabytku muzeum dawnej ceramiki budowlanej i udostępnienie go do zwiedzania. Ponadto dzięki przyznanej dotacji z budżetu Gminy Żary i środkom własnym Stowarzyszenia „Region Łużyce”, jeszcze w tym roku zostanie zrealizowany kolejny etap prac remontowo-konserwatorskich związanych z zabezpieczeniem i uzupełnieniem stropu belkowego na piętrze dworu.




Niemiecko-Polska Fundacja Ochrony Zabytków Kultury z siedzibą w Görlitz od 13 lat wspiera działania zmierzające do uratowania zabytków ważnych dla społeczeństwa i kultury obu krajów. Na terenie województwa lubuskiego dotacjami Fundacji objęte zostały w poprzednich latach prace budowlane i konserwatorskie przy tak znamienitych zabytkach jak kaplica grobu bożego w Żaganiu, dawny kościół ewangelicki pw. Żłóbka Chrystusa we Wschowie czy też kościoły w Klępsku i Paradyżu. Tym bardziej cieszy nas fakt, że Fundacja doceniła znaczenie dworu sołtysiego w Złotniku jako zabytku architektury świeckiej i wsparła jego ratowanie środkami Republiki Federalnej Niemiec.

Arkadiusz Gutka

więcej zdjęć tutaj

4/17/2020

Dolnośląskie zamki i pałace - rekonstrukcje

Większość dolnośląskich (i nie tylko) rezydencji nie przetrwała do naszych czasów. Zazwyczaj niszczone po 1945 roku, niektóre ciągle aż do teraz, przypominają zarośnięte bujną roślinnością pozostałości po zaginionej cywilizacji. A przecież jeszcze niedawno żyli ludzie, którzy widzieli je w czasach świetności, obserwowali ich stopniowy upadek, często czynnie w nim uczestnicząc. Kikuty ścian, zarwane stropy i dachy, anonimowe gruzowiska w niczym nie przypominają najpiękniejszych szlacheckich siedzib. Zdecydowana większość z nich nie ma też większych szans na odbudowę. Złe decyzje administracyjne, nieciekawe lokalizacje i sąsiedztwo, nieodpowiedzialni i przypadkowi właściciele, zbyt duży stopień degradacji i związane z tym ewentualne nakłady finansowe w zasadzie skazują je na pewną śmierć i zapomnienie. Dzięki współczesnej technice możemy je odtworzyć na ekranie komputera, ożywić w bardzo uproszczony sposób ten zaginiony świat. W każdy piątek na kanale Youtube pojawią się kolejne animacje. Nie będą to rekonstrukcje pokazujące jak dawniej wyglądały wybrane zamki i pałace, to raczej wyobrażenia jaki potencjał skrywają. Być może jednak kiedyś jeszcze zobaczymy je w takim stanie na żywo ?

9/02/2019

Dlaczego ?

Duży zamek w Janovicach koło Rymarowa to połączenie renesansowego dworu z nowożytnym pałacem dobudowanym w XIX wieku. Powstał w XVI wieku jako ufortyfikowany zameczek i był przebudowywany na obronną rezydencję szlachecką. Przez wieki modernizowany i przystosowywany do nowych czasów dotrwał do 1945 roku, kiedy padł łupem szabrowników i wandali. Sporą część wyposażenia wywieziono wcześniej, jednak złodzieje, także ci urzędowi,  wynieśli meble, obrazy, książki... Na szczęście budynki szybko zabezpieczono i przekazano miejscowemu archiwum oraz państwowemu gospodarstwu rolnemu. W ogołoconych salach umieszczono regały z dokumentami, a w pomieszczeniach przyziemia leżały sterty ziemniaków. Aż do 2002 roku kiedy rozpoczęła się batalia z potomkami dawnych właścicieli o odzyskanie majątku. Opustoszałe mury czekały na wyrok...


Historia w większości elementów pasuje do naszych realiów. Zupełnie jakbyśmy opisywali historię Lubiąża, Książa, Jedlinki, Daszowa czy dziesiątek innych rozkradzionych obiektów w których urządzono magazyny, PGR-y i inne instytucje mające utrzymać je przy życiu. Różnica jest jednak taka, że w naszych realiach większości z nich się to nie udało i doprowadzono zabytki do kompletnej ruiny. Dlaczego w PRL i później w III RP nie łatano dachów, nie wstawiano wybitych szyb, nie podpierano wygiętych stropów ? Na ten temat powstało już wiele opracowań i tysiące artykułów, nie ma sensu po raz kolejny tego analizować.


Także bryła pałacu w Janovicach jest bardzo "swojska". Ile takich renesansowych dworów jest na naszym Dolnym Śląsku ? Czy nie przypomina on podobnych w Gościszowie, Starych Rochowicach, Jędrzychowicach, Dębowym Gaju, Mietkowie, Kostrzy, Rogowie Sobockim, Żarkach Średnich ? Oczywiście mówimy o okresie pochodzenia i gabarytach budynków, bo "nasze" istnieją już w zasadzie w szczątkowej formie więc porównywać możemy jedynie archiwalne fotografie.




Na tym podobieństwa się kończą. Po wyprowadzce archiwum opuszczony budynek czekał na rozstrzygnięcie w sądzie, jednak w tym czasie nie pozwolono na jego upadek. Sytuacja była przecież dla państwa czeskiego komfortowa, zgłosili się spadkobiercy i była szansa na pozbycie się zbędnego balastu. Zamków i pałaców w niewielkich Czechach są setki, z czego większość jest utrzymywana przez podatników więc po co im jeszcze kolejny ? A jak już mają brać, to przecież to na razie niczyje - niech sobie nowi właściciele załatają dach jak już sąd im przyzna. Nie będziemy dbać o nie swoje, nie jesteśmy naiwni. Czy to nie tak u nas wygląda ? W Janovicach grupa ludzi na bieżąco czyściła rynny, przekładała dachówki i pilnowała budynków, chociaż proces trwał kilkanaście lat i nie było pewności jaki wyrok zapadnie. Gdy okazało się że jednak utrzymano w mocy tzw. Dekrety Benesza, natychmiast pojawili się ministerialni urzędnicy i fachowcy od konserwacji. Zabezpieczono natychmiast i wywieziono do renowacji wszystkie elementy ruchome, zrobiono inwentaryzację budynków i koncepcję ich zagospodarowania. W czerwcu 2019 roku zapadła decyzja że obiekt przechodzi pod kuratelę Narodowego instytutu zabytków (Národní památkový ústav) i powstanie w nim muzeum. Całą operacja przywracania do dawnej świetności potrwa zapewne długie lata, ale już dzisiaj możemy zwiedzać zamkowe sale, gdzie chwilowo gospodarzami są także dzieci miejscowych szkół i pasjonaci tworzący prowizoryczne wystawy. Dodać należy że sąsiedni zadbany park był i jest utrzymywany przez lokalny samorząd, a zabudowania gospodarcze są siedzibą służb leśnych. Tylko duży browar stoi opuszczony, jednak zadaszony i zabezpieczony.




Patrząc na to wszystko nie sposób nie zadać sobie pytania, dlaczego u nas tak się nie da ? Nie ma już co marzyć o wymienionych kompletnych ruinach, ale przecież rezydencji w podobnym stanie jak w Janovicach jeszcze kilka ocalało i można by podjąć podobne kroki aby uratować chociaż część śląskiego dziedzictwa. W Bożkowie pałac, który przetrwał w doskonałym stanie wymagał naprawdę stosunkowo niewielkich nakładów aby stworzyć w nim muzeum, w zasadzie można to było zrobić od razu. Były meble, obrazy, stałe elementy wystroju, wystarczyło stopniowo konserwować. Tymczasem sprzedano wszystko pierwszemu lepszemu aby "pozbyć się problemu" i dzisiaj potrzebne są miliony aby doprowadzić zabytek do stanu sprzed sprzedaży, a jego stan pogarsza się z roku na rok. A przepiękna Brzezinka, która wołała o pomoc przez dziesiątki lat ? Zabrakło pieniędzy na stemple podpierające stropy i strażnika ? Dzisiaj nie ma czego ratować. Bełcz Wielki, gdzie zostawiono otwarte na oścież drzwi i zniszczono to o co dbały pokolenia ludzi długo po wojnie ? Gdzie było państwo polskie, gdzie były samorządy, ministerstwo (podobno) kultury (bo sztuki od dawna już nie jest), konserwatorzy, lokalni patrioci (o ile tacy istnieją), jacyś właściciele ?




Przykład Janovic pokazuje że nie trzeba wiele. Puste pomieszczenia mogą służyć lokalnym społecznościom na co dzień, a turystom wystarczy kilka plansz, dobry przewodnik, niepowtarzalny klimat starych domów... Nie trzeba milionów, żeby udostępniać takie miejsca, nie trzeba dziesiątek nowych urzędników i skomplikowanych procedur. Zresztą i na Śląsku nie brakuje podobnych inicjatyw. Różnica jest tylko taka, że u nas są one wyłącznie prywatne. Gdzie jest nasz Narodowy Instytut Dziedzictwa, Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ? Ile patosu jest w tych nazwach, w każdej przymiotnik "narodowy", problem jest jednak w tym że "naród" jest tutaj traktowany tylko i wyłącznie jako stado naiwnych zrzucających się na wypłaty urzędników. W zamian nie trzeba dawać nic. Wystarczy sfinansować kilka kluczowych muzeów gdzieś w dużych miastach, zorganizować kilka imprez i rzucić jakieś ochłapy raz w roku, chociaż i tak mało kogo to interesuje. Na czele ministerstwa stoi partyjny aparatczyk, który z szeroko rozumianą kulturą i sztuką nie ma nic wspólnego, a jego wypowiedzi, posunięcia i zachowania wręcz przeczą tym słowom. Czy można od kogoś takiego wymagać że będzie walczył o pałac w Bożkowie ? Po co ? Przecież liczą się głosy w wyborach, a takie posunięcia ich nie dają. Lepiej zorganizować "patriotyczny" piknik, albo inne propagandowe igrzyska ze słowem "naród" w tytule. Twarz tego "profesora" pełna frazesów i nieskrywanej pogardy dla współobywateli jest idealnym obrazkiem naszego poziomu kulturalnego. Nikomu niepotrzebny urzędnik w nikomu niepotrzebnym ministerstwie. I żeby być sprawiedliwym, poprzednicy nie byli wiele lepsi, następcy "profesora" też raczej nie będą.




Czy Czesi są od nas mądrzejsi ? Pod względem dbania o swoją historię i kulturę na pewno. W ten sposób wyrażany jest ich patriotyzm, a nie przez machanie szmatką na kijku i bezmyślne wykrzykiwanie sloganów. To nie tylko dbałość o zabytki, ale też o koleje, biblioteki, muzea, lokalne drogi, przyrodę, czyli wszystko z czym stykamy się każdego dnia. Gdyby nie zostawiono naszych Bełczy i Brzezinek na pastwę losu gdzieś na końcu świata, nie kazano miejscowym zajmować się samym sobą, to być może poczuliby się  prawdziwym"narodem" i zadbali o swoje otoczenie. Jeżeli nie było tam przez lata państwa, to trudno wymagać aby tamtejsze zabytki były "czyjeś". Zniknęły stacje kolejowe, komisariaty, poczty, szkoły, nikomu też nie są potrzebne pałace. Tego państwa nie ma tam nadal, chyba że mówimy o propagandowej obecności w telewizji. Czesi mają równie głupich polityków jak my. Wystarczy prześledzić pijackie wyczyny ich prezydenta, przekręty premiera i takie absurdalne przypadki jak skośnooki czeski nacjonalista. Jednak bez względu na rządy, bez względu na ustroje jedno jest niezmienne - stawianie na kulturę. Czy to komunizm, czy czasy obecne, zawsze tak samo dbano o zabytki, kolej czy biblioteki. Tamtejszy minister kultury może być nawet kosmitą, ale cała rzesza urzędników i instytucji realizuje pewien program, który powstał jeszcze w czasach Benesza i żadne zawirowania polityczne nie są w stanie tego powstrzymać. Tamtejsze ministerstwo kultury utrzymuje ponad 200 zamków i pałaców, kolejne kilkaset lokalne samorządy, a przecież Republika Czeska jest nieporównywalnie mniejsza od Polski. I tutaj trzeba zadać sobie pytanie - ile zamków i pałaców utrzymuje na Śląsku (licząc 3 województwa) nasze Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ?

ZERO

Przykład czeskiego Rymarova pokazuje, że nigdy nie jest za późno, jednak tylko głupcy wierzą że coś się zmieni.

więcej na poczechach.blogspot.com