Nieniemieckie
"Poniemieckie" to słowo w naszym kraju bardzo popularne nawet 81 lat po zakończeniu II wojny światowej, a przecież nie spotkamy już ludzi, którzy pamiętają niemiecki Wrocław, Jawor czy Legnicę. Wciąż dobrze się ma mit niemieckości "Ziem Odzyskanych" z Dolnym Śląskiem na czele. Tym bardziej to zadziwiające w kontekście takich "rdzennie polskich" miast jak Gdańsk czy Heilsberg zwany od 1945 roku Lidzbarkiem Warmińskim, gdzie kreska na mapie naznaczona kilkaset lat temu zmieniła postrzeganie identycznie obcych na "nasze".
O ile powierzchowne spojrzenie może wzbudzać takie uczucia wśród przybysza z Warszawy, Kielc czy Białegostoku, to już dla połowy rodaków jest to środowisko naturalne, coś zupełnie zwyczajnego, codziennego i swojskiego. Mieszkanie w starej kamienicy wybudowanej przez przedsiębiorcę z Hanoweru lub familoku z czerwonej cegły wzniesionego przez pruski koncern przemysłowy jest tak samo naturalne jak lokum w krakowskiej kamienicy z czasów potęgi Austro-Węgier. Historia miast i wsi, gdzie poza epizodami nie pojawia się nikt mówiący w naszym ojczystym języku (łącznie ze słynnymi Piastami Śląskimi) jest jednak już tylko ciekawostką interesującą jedynie maniakalnych regionalistów.
Jeżeli kogoś zmyliła dekoracja, może złożyć wizytę w jakimkolwiek dzisiejszym współczesnym mieście, gdzie na pierwszy rzut oka może być podobnie, ale im głębiej się spojrzy, tym bardziej widać jak bardzo zasymilowane i "zesłowiańczone" zostały: Śląsk, Pomorze, czy dawne Prusy Wschodnie. Nie ma już starych cmentarzy z nagrobkami pisanymi gotykiem, nie ma ozdobnych szyldów czy tablic pamiątkowych, drobnych elementów architektonicznych, zniszczonych w powojennej akcji "odniemczania". Nie ma malowideł na domach budowanych z pokolenia na pokolenie z szacunkiem dla poprzedników. Na placach nikt nie stawia słupów majowych (poza kilkoma miejscami w opolskim), mieszkańcy nie afiszują się herbami regionu na swoich samochodach (poza garstką ludzi w śląskim), nie mają tradycji regionalnych w postaci kulinarnych specjałów czy tradycji muzycznych. Zamiast nieznanego ogółowi fischbrötchen - paprykarz szczeciński.
W poniemieckich dekoracjach toczy się dokładnie takie samo życie jak w Lublinie i Kutnie, niczym nie przypominające tego z Hildesheim lub Bremy, a jedynym łącznikiem są niezliczone budy z kebabem i tanie markety na przedmieściach. W miejscach gdzie wyrosło i wychowało się już kilka pokoleń Polaków nie ma żadnej niemieckości. Świat w Sosnowcu i Chorzowie toczy się w tym samym rytmie i stylu.
Scenografia także nie jest "niemiecka" tylko właśnie "poniemiecka". Poprzerabiana w każdym fragmencie, tak jak urządza się nowe mieszkanie, wyrzucając meble po zmarłym poprzedniku. Jedni zachowają starą komodę, inni zrobią wszystko w stylu "Castorama-glamour". Taki jest właśnie Śląsk - okaleczony i karykaturalny. Nikt nie powie że Algier jest francuski, Mumbaj brytyjski, tylko dlatego że poprzednicy zostawili trwały ślad w architekturze miasta, tak samo dzisiaj Wrocław czy Bytom nie są w żadnym fragmencie niemieckie. Po ponad 80 latach stały się momentami bardziej swojskie od kosmopolitycznej Warszawy. Tą słowiańską niemieckość regionu wręcz należałoby dzisiaj chronić przed globalizacją i unifikacją jakiej poddaje się cały kraj, przed płytką rozrywką i katalogowo-deweloperskim chłamem, przed "tradycjami" serwowanymi odgórnie z centrali. "Poniemieckie" niewiele już ma wspólnego z tym co niemieckie, to nowa forma estetyczno-mentalna za którą zatęsknimy jeżeli walec brzydoty i nijakości się nie zatrzyma i nie zniszczy resztek poprzedniej cywilizacji - jedynego jeszcze regionu w Polsce, który czymś się wyróżnia na tle nijakiej i identycznej reszty.







