Szukaj w tym blogu

Ładowanie...

Najczęściej czytane

Polecane blogi

Obserwatorzy

Technologia Blogger.

Wiadomości

Loading...

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Google+ Followers

7/05/2015

Co Pan tam robi w tych Gliwicach ?


Człowiek żyje prawdziwie ludzkim życiem dzięki kulturze
św. Tomasz z Akwinu


Wielokrotnie na łamach tego bloga były poruszane problemy miasta Gliwice z zachowaniem swojej spuścizny historycznej oraz braku inicjatyw ze strony urzędników, mających na celu uatrakcyjnienie przestrzeni miejskich oraz organizacji wydarzeń kulturalnych. Efektem tego stała się pustynia kulturalna i zaniedbane, zachowane niemal bez zmian zabytkowe miasto śląskie z różnorodnymi zabytkami budowanymi od średniowiecza do epoki industrializacji w XIX i XX wieku. Stare Miasto w obrysie murów obronnych (fragmenty istniejące), dzielnice mieszkalne i willowe z kompletną od czasów powstania reprezentacyjną zabudową miejską, okazałe budynki użyteczności publicznej i obiekty poprzemysłowe tworzą (jeszcze) spójną i atrakcyjną całość. Niestety, atuty konsekwentnie ignorowane przez urzędników miejskich i degradowane jako coś nieprzystającego do naszych czasów i postępu, który musi je zmieść z powierzchni ziemi. Miasto stało się tylko sypialnią dla pracowników stojących w polach hal z płyty warstwowej i mini-biurowców zagubionych wśród wybetonowanych parkingów. Estetyka stałą się rzeczą drugorzędną, kultura fanaberią, przestrzeń miejska jedynie tłem dla PR-owych haseł. 


"Gliwice - Miasto Nowych Technologii" - nie bardzo wiadomo jakich, ale brzmi to jak w czasach słusznie minionych  - "Bytom - miasto węgla i stali". Efekty tej polityki odczuwalne są dla mieszkańców Bytomia do dzisiaj wyjątkowo boleśnie. Nie z powodu szkód górniczych, a wizerunku miasta przemysłowego, brudnego, atrakcyjnego jedynie dla pracowników fizycznych. W "mieście węgla i stali" nie wspominano o pięknych zabytkach, które po latach zaniedbań lawinowo są wyburzane, o ile same wcześniej nie runą. "Nowe technologie" w przyszłości mogą się przysłużyć w podobny sposób Gliwicom, czego dzisiaj nie potrafią zrozumieć piewcy tego typu haseł. Ludzie ograniczeni umysłowo i mentalnie. Dla nich miasto ma wymiar jedynie finansowy i propagandowy, a miarą sukcesu nie są ulice i place pełne ludzi tylko cyfry w arkuszu kalkulacyjnym.



W "Gazecie Wyborczej" z dnia 04.07.2015 ukazał się obszerny wywiad ze znanym Gliwiczaninem, Wojciechem Pszoniakiem, (I tak pani nie zdąży) którego fragment wiele tłumaczy dlaczego tak się dzieje w tym "technologicznym raju":

(...)Jestem związany z Gliwicami - tam się wychowałem, zrobiono mnie honorowym obywatelem. Kiedy umarł Tadeusz Różewicz, wielki i piękny człowiek, mój mentor i przyjaciel, dzięki któremu jestem taki, jaki jestem, to chciałem ze swoją fundacją zorganizować w Gliwicach Dni Różewiczowskie. On tam żył, synowie mu się tam urodzili, napisał tam wiele rzeczy. Wystąpiłem z propozycją do prezydenta miasta, prezydent odesłał mnie do zastępcy. Powiedzieli komuś, że można powiesić tablicę w szkole. Oczywiście zrezygnowałem. Zgłosiłem się do Karpacza, gdzie Różewicz został pochowany - przyjęto mnie entuzjastycznie i tam zrobię te Dni Różewiczowskie. Wszystko zależy od ludzi. Jeżdżę po Polsce z monodramem „Belfer” i widzę, że są miasta, miasteczka, gdzie istnieje potrzeba kultury wysokiej.(...)

W Gliwicach nie istnieje.


Ten trend ma się dobrze od wielu lat i jest konsekwencją polityki przyjętej jeszcze w PRL. Tadeusz Różewicz mieszkał w Gliwicach w latach 1949-1968 w charakterystycznej kamienicy na ulicy Zygmunta Starego 28. To w niej napisał setki wierszy oraz słynną "Kartotekę", na ten okres przypada szczyt jego twórczości. Już wtedy Julian Tuwim napominał Różewicza: "Ale, na miłość Boską, co Pan tam robi w tych Gliwicach ?" - w mieście gdzie kultura była czymś gorszym od zakładów chemicznych czy huty. Nie wytrzymał i wyjechał do Wrocławia.


Miłośnik Gliwic Marian Jabłoński dodaje kilka gorzkich słów w internetowym komentarzu po śmierci poety:

Nigdy nie lubił Gliwic, a tym bardziej po gomułkowskim roku 1968. Na siłę wciskany jest bezustannie do historii naszego miasta. Rok temu GZUT skończył prace przy odlaniu tablicy pamiątkowej która ma się kiedyś znaleźć na ścianie budynku w którym niegdyś mieszkał. Na razie wisi w ZSO 11 przy ul. Górnych Wałów. Jakiś czas temu wspólnota, która się zawiązała w dawnym miejscu zamieszkania poety, nie wiadomo czemu zdjęła istniejącą tablicę czyli ją USUNĘŁA, zostały tylko dziury po śrubach. Teraz elewacja jest akurat w remoncie to i dziury znikną.

Podczas rozmów z mieszkańcami tego budynku pamiętającymi lata 60-te ub. wieku i Różewicza, określili go jako domowego despotę. Mieszkanie które zajmowała rodzina Różewiczów na I piętrze jest całkowicie wyremontowane i zmienione. Nic w tym wnętrzu nie przypominało dawnych lat. Nawet widok z okna na koszary zamienione w mieszkania jest inny (opisał je krótko je w jednym ze swoich dzieł). Jedynie z zewnątrz można popatrzeć na piękny wykusz z jego pokojem.
sień przez którą przechodził, poręcze których się trzymał, stare stopnie schodów po których stąpał, piękne płytki posadzkowe sieni i stara klamka w drzwiach wejściowych – to wszystko było jeszcze parę lat temu. Tu był ten klimat lat 60-tych, teraz tylko zdjęcia zostały.



"Gliwice - przyszłość jest tu" to kontynuacja PRL-owskiego kierunku rozwoju czyli braku pomysłu na miasto. Jego mieszkańcem był kiedyś żydowski fabrykant, który wdrożył prawdziwe "nowe technologie" - wynalazł min. plaster samoprzylepny, proszek do mycia zębów oraz krem "Nivea". 
Oskar Troplowitz również nie doczekał się żadnego upamiętnienia w postaci tablicy lub nazwy ulicy. Pamiętano za to o Antonio Gaudim, Gustawie Eiffel'u czy Leonardo da Vinci - kompleksy nie znają granic.

Ulicy Tadeusza Różewicza w Gliwicach również nie znajdziemy.

Miejsce na reklamę

Złotoryja - młyn wybudowany w 1668 roku (data na zachowanym portalu). Nad portalem wnęki z dwoma kamiennymi wazonami. Na murze poniżej kamienna tablica z zaznaczonym poziomem wody w Kaczawie w 1608 i 1702 roku. Jeden z najstarszych zachowanych zabytków techniki w Polsce spłonął w 1999 roku. Dzisiaj służy jako stelaż na reklamy...









W "państwie polskim istniejącym tylko teoretycznie" (cyt. były szef MSW Bartłomiej Sienkiewicz) teoretycznie istnieje także ustawa krajobrazowa oraz ustawa o ochronie zabytków.
7/03/2015

Wojciechów - agonia

Chociaż słychać tutaj szum przejeżdżających w pobliżu tysięcy samochodów, mknących z ogromną prędkością autostradą A4, wydaje się że to koniec świata. Boczna dróżka prowadzi na rozległy folwark nad którym góruje ruina ogromnego budynku gospodarczego oraz szereg zabudowań w różnym stanie zachowania. Gdyby nie one, świat by ujrzał jak kona w mękach piękny barokowy dwór, którego mury zdają się wołać o pomoc każdą cegłą. Powstał w 1782 roku w miejscu wcześniejszego założenia obronnego po którym zostały jedynie ślady fosy. Odnawiano go w 1894 roku, a po II wojnie światowej znalazły w nim schronienie rodziny pracujące dla miejscowego PGR. W 1966 roku był już opuszczony ale w 1975 roku rozpoczęto remont. Źródła milczą czy został on przeprowadzony, chociaż w tej chwili to i tak bez znaczenia. Spękane ściany, zarwane stropy, zawalony dach to efekt "gospodarskiej ręki" miejscowego PGR i jego współczesnego następcy - Agencji Nieruchomości Rolnych.


Lokalizacja wydaje się doskonała - blisko zjazdu z autostrady, w zaciszu pięknego parku, ale doświadczenie mówi że to koniec. Zanim ktoś zechce ten piękny pałac sprzedać, zanim znajdzie się kupiec, pozostanie już tylko kupa gruzu i szum mknących w pobliżu tysięcy samochodów. Wbrew temu zawali się w kompletnej ciszy, na uboczu współczesnego świata.



6/21/2015

Jasnogórski styl

Klasztor jasnogórski to jedna z najważniejszych wizytówek turystycznych naszego kraju. Odwiedzane przez miliony pielgrzymów miejsce kultu o ogromnym znaczeniu dla kościoła katolickiego oraz historii i kultury polskiej. Gromadzone przez wieki bezcenne dzieła sztuki w zestawieniu z wiekowymi murami przyciągają zarówno wierzących, jak i zwykłych turystów z całego świata. Jest co podziwiać, poczynając od zachowanych niemal w niezmienionym kształcie budowli wraz z ich wnętrzami, poprzez kilka muzeów w których możemy zobaczyć wspaniałe eksponaty i pamiątki historyczne które przez stulecia były gromadzone w tym miejscu jako wota dziękczynne dla Czarnej Madonny. Mawia się, że tutaj bije serce narodu, co przekłada się także na ogromne znaczenie częstochowskiego klasztoru w życiu codziennym i politycznym kraju. Tutaj przybywają papieże, prezydenci, premierzy oraz inni możni tego świata. Wraz z łaskami spływającymi na ich głowy pojawiają się dowody wdzięczności, od drobnych prezentów po dotacje przeznaczone na renowację zabytku i rozbudowę istniejącej infrastruktury.


Poza środkami publicznymi i prywatnym sponsoringiem do klasztornej kasy wpływają datki składane przez miliony zwykłych pielgrzymów i turystów. Ogromne parkingi, dziesiątki sklepów i lokali gastronomicznych oraz hoteli, które oblepiły szczelnie jasnogórskie wzgórze tworzą złudzenie ogromnego kombinatu, którego działalność komercyjna zdaje się przerastać tą duchową. Wydawać by się mogło, że to dla zabytku idealna sytuacja, dająca mu nieskończone fundusze na codzienne funkcjonowanie i remonty. Kto nigdy w Częstochowie nie był, lub od dawna nie odwiedzał tego miasta i jego największej atrakcji spodziewa się widoków do jakich przyzwyczaił się w innych miejscach kraju, gdzie fundusze unijne doprowadziły najbardziej znane zabytki do stanu w jakim nigdy jeszcze nigdy nie były. Gdzie pieniądze wręcz wyrzuca się na fanaberie i "malowanie trawy", a wszystko od dawna już lśni nowością.








Na Jasnej Górze jest inaczej. Wprawdzie nie ma ruiny jak we wspominanym wcześniej Lubiążu, lecz daleko zabytkowym budowlom do ideału jakim na ich tle są tysiące budowli sakralnych w całej Polsce. Stolica polskiego katolicyzmu, oskarżanego o niezmierzone bogactwo i rozpustę w wydawaniu pieniędzy, to w dużej mierze odrapane i "udekorowane" liszajami elewacje, wybrukowane betonową kostką place, zarośnięte i zaśmiecone fosy i najtańsze rozwiązania materiałowe przy przeprowadzanych remontach. W zabytkowe fortyfikacje pompowany jest bez umiaru beton, nowa stolarka okienna jest tak niskiej jakości że w wielu przypadkach rozpada się na naszych oczach, odnawiane detale architektoniczne tracą swój charakter i kształt. Pojawiły się nowe elementy w postaci pomników, elementów małej architektury, których niska jakość artystyczna i wykonanie przyprawiają o ból głowy co wrażliwsze osoby. W obudowanym krużgankami wieczerniku postawiono wielki namiot, jakby żywcem wyjęty z biesiady piwnej, zamieniając go w kaplicę. Również udostępnione wnętrza rażą zaniedbaniem i przypadkową ekspozycją gdzie dzieła sztuki o ogromnej wartości artystycznej i materialnej sąsiadują z tandetą, która koniunkturalnie wypiera inne eksponaty np. w historycznym Arsenale  poza dwiema zbrojami nie zobaczymy innych obiektów związanych z dawną funkcją tego budynku. Jeszcze niedawno były...










Dlaczego częstochowski klasztor jest opisywany na blogu o śląskich zabytkach ? Chociaż znajduje się on we współczesnym województwie śląskim, razem z otaczającym go miastem i specyficznym regionem, ze Śląskiem zasadzie nie ma nic wspólnego. Jest to jeden z najważniejszych zabytków sakralnych w kraju, o ile nie najważniejszy, więc porównując i przyjmując odpowiednie proporcje można sobie wyrobić opinię o stopniu zadbania i zachowania innych obiektów sakralnych, zwłaszcza na terenie całego Śląska. To także przykład, że oskarżany o marnotrawstwo publicznych pieniędzy kościół o śląskie zabytki dba w najlepszy możliwy sposób. Rzut oka na Krzeszów, Cieplice, Strzegom, czy nawet niewielkie Głębowice, gdzie miejscowy proboszcz dokonuje cudów mając nieporównywalnie mniejsze możliwości i pieniądze sprawia że trzeba docenić tą pracę. W wielu przypadkach na prowincji jest o wiele lepiej niż w "Duchowej Stolicy Polski" i trzeba trzymać kciuki aby te wysokie standardy zostały zachowane. Dla dobra śląskich zabytków...




6/14/2015

Industriada 2015 - zadyszka

Industriada 2015, czyli Święto Szlaku Zabytków Techniki Województwa Śląskiego, już za nami. Impreza poświęcona w całości popularyzacji zabytków na razie nie doczekała się swojego odpowiednika w innych częściach kraju, przynajmniej nie w tej skali. Tym bardziej należy docenić organizatorów, właścicieli i osoby odpowiedzialne na co dzień za obiekty oraz setki wolontariuszy. Co rok wykonywana jest tytaniczna praca, której efekty możemy podziwiać w ten magiczny czerwcowy dzień i żałować, że jest on tak krótki. Industriada to coś więcej niż zestaw atrakcji organizowanych na tle poprzemysłowych reliktów, to wizytówka województwa i dobro, które powinno być szczególnie chronione i rozwijane.




Tegoroczna impreza jak zwykle należała do udanych, chociaż można było odnieść wrażenie że dostała lekkiej zadyszki. Być może to subiektywne odczucie jest efektem wygórowanych oczekiwań po rekordowej i wyjątkowo udanej Industriadzie w 2014 roku, ale nie sposób było nie poczuć lekkiego rozczarowania, na co składało się wiele czynników zaobserwowanych na miejscu.


Już rzut oka na (doskonale edytorsko przygotowany) program zapowiadał, że przełomu nie będzie. Poza kilkoma spektakularnymi koncertami, z finałowym Miuosh & NOSPR & Jimek + Parkour Party i Laser Show na czele, dominowała "szarzyzna" czyli zwykłe zwiedzanie + grill + zabawy dla dzieci. To zdecydowanie za mało aby wyciągnąć całe rodziny do uczestnictwa w imprezie w tak upalny dzień, stąd pustki i wiejąca nuda na wielu industriadowych przystankach. Widok przykry, zwłaszcza że sporo osób włożyło serce aby było inaczej. Zespoły grające dla kilku pojedynczych osób lub zabawy z nagrodami, w których nie miał kto uczestniczyć pozostają na długo w pamięci. Niestety, jest to efekt dużej polaryzacji zabytków na szlaku, które mimo atrakcyjnej wizualnej oprawy są skrajnie różnie zarządzane. Podczas gdy jedni stają na głowie aby przyciągnąć coraz większe rzesze zwiedzających, inni zwyczajnie odbębniają ten dzień. co jest bardzo czytelne nawet dla postronnych uczestników. Przykładem może być gliwicka radiostacja, gdzie co rok jest prawie taki sam program, te same namioty i tylko wyjątkowo dobry obserwator jest w stanie zauważyć czym różnią się między sobą kolejne industriadowe lata w tym miejscu. Powstała atrakcja raczej osiedlowa, która raczej nie zainteresuje mieszkańców innych miast, ponieważ podobne mają u siebie przy okazji zwykłych festynów. Zaprzecza to idei szlaku.




Kolejnym mankamentem, który miał wpływ na niską frekwencję w wielu miejscach może mieć czas w którym są organizowane atrakcje. Bardzo wiele z nich startowało dopiero po południu, kolejne bardzo szybko kończyły swoją działalność. Nawet przy świetnie zorganizowanej komunikacji trudno było zwiedzić chociaż kilka z nich, pozostając na jednym miejscu przynajmniej 30 minut. Wiadomo, dnia wydłużyć się nie da, ale znacznie łatwiej by było gdyby niektórzy organizatorzy nie rozkładali się dopiero przed godziną 15 i składali 3 godziny później... Być może lepiej zorganizować imprezę w niedzielę, a może rozłożyć ją przynajmniej na 2 dni ? Może Industriada powinna trwać całe lato, w każdy weekend w innym miejscu ? Na pewno warto rozważyć każdy pomysł.




W tym roku zdecydowanie za mało było obiektów towarzyszących stałym atrakcjom szlaku (dom towarowy Kaufhaus w Rudzie Śląskiej, osiedle robotnicze w Czerwionce-Leszczynach oraz śluza w Rudzińcu). Możliwość odwiedzenia obiektów zazwyczaj niedostępnych lub mniej znanych stanowiła ogromny atut w latach poprzednich. Niestety, z różnych powodów, zabrakło nawet zabytków "sztandarowych" takich jak: elektrociepłownia "Szombierki", szyb "Krystyna", Muzeum Odlewnictwa Artystycznego (GZUT i dawna kopalnia "Gliwice") itd. Szkoda że w święcie nie uczestniczyły nowe atrakcje turystyczne, które z racji swojej lokalizacji, jak najbardziej mogą się znaleźć na szlaku czyli Muzeum Powstań Śląskich w Świętochłowicach oraz Centrum Dokumentacji Deportacji Górnoślązaków w Radzionkowie.




Mankamentem może być także reklama. Billboardy, ulotki, zapowiedzi w mediach, bardzo ładna grafika i oprawa imprez na terenie... województwa śląskiego. W mediach ogólnopolskich, nawet w ościennych województwach ta impreza praktycznie nie istnieje. Dziwić może dlaczego nie zainwestuje się w billboardy i akcję reklamową chociaż na terenie województwa opolskiego, małopolskiego, dolnośląskiego lub łódzkiego. Może warto propagować ideę święta i szlaku nawet daleko poza granicami województwa ? Nawiązać współpracę w świeżo wyremontowaną wałbrzyską Starą Kopalnią lub kopalnią węgla w Nowej Rudzie i tam zorganizować "filię" Industriady, która mogłaby być świetną reklamą dla obu regionów. Jeżeli chcemy żeby poprzemysłowe zabytki województwa było licznie odwiedzane przez turystów z całego kraju, zaprośmy ich na własnie Industriadę. Trudno o lepszą wizytówkę. Organizowanie lokalnych festynów dla garstki mieszkańców mija się z celem. To można robić w każdy inny weekend.




Dlaczego tyle negatywnych spostrzeżeń jeżeli było pięknie ? Pochwalne hymny można przeczytać na każdym kroku, a konstruktywna krytyka może mieć swoje pozytywne skutki w przyszłości. Jeżeli ktoś był na połączonych z dniami miasta imprezach w Parku Tradycji w Siemianowicach Śląskich lub na koncercie finałowym w zabrzańskiej "Królowej Luizie" zapewne nie wie o co chodzi, jednak nie wszędzie było tak dobrze i nie wolno udawać że nie ma żadnych problemów. Być może ktoś "obudzi" niektórych zarządców z letargu, może ograniczy ich liczbę kosztem wzrostu jakości ? To są problemy nad którymi, dla dobra imprezy, powinni się pochylić organizatorzy w przyszłym roku. Mimo słów krytyki należy im podziękować za wykonaną pracę. Na koniec jeszcze ogromne słowa uznania dla ludzi obsługujących Industriadę, którzy imponują swoim zaangażowaniem i profesjonalizmem. Setki, być może tysiące osób ubranych w pomarańczowe koszulki sprawiły że impreza się po raz kolejny udała, a za rok na pewno będzie jeszcze lepiej.

Facebook