Szukaj w tym blogu

Ładowanie...

Najczęściej czytane

Polecane blogi

Obserwatorzy

Technologia Blogger.

Wiadomości

Loading...

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Google+ Followers

10/22/2014

Off

Łódzki kompleks OFF Piotrkowska uznany został przez czytelników National Geographic Traveler za nowy cud Polski.


OFF Piotrkowska to unikalny w skali ogólnopolskiej projekt skupiający przedstawicieli przemysłów kreatywnych. W jednym miejscu swoje podwoje otworzyły pracownie projektantów mody, designu, architekci, kluby muzyczne, restauracje, przestrzenie wystawiennicze, sale prób, showroomy, concept store i klubokawiarnie. Przy Piotrkowskiej 138/140 powstał najmodniejszy dziś w Łodzi punkt na kulturalnej mapie miasta. Na terenie dawnej fabryki bawełny Franciszka Ramischa realizowany jest projekt, którego celem jest stworzenie alternatywy dla głównego konsumenckiego nurtu, kształtującej ten obszar na wzór bohemy tętniącej życiem tylko w sobie właściwym tempie.

Ludzie i ich wyobraźnia są jedynym ograniczeniem dla działalności kulturalnej w tym miejscu.

Pomysłodawcą i koordynatorem projektu OFF Piotrkowska jest deweloper i zarządca nieruchomościami, firma OPG Orange Property Group. Mury dawnej fabryki Ramischa stały się miejscem rozwoju kultury, sztuki i kreatywnego biznesu. Znakomita lokalizacja przy ul. Piotrkowskiej pomaga w rozwoju kreatywnej działalności, a kreatywna działalność zapewnia aktywizację miejsca.






Nieco zaniedbana niewielka fabryka z czerwonej cegły pozostawiła w tyle ogromną perłę śląskiego baroku w Lubiążu, czy wybudowany za setki milionów złotych architektoniczny fajerwerk z Katowic, że weźmiemy pod uwagę tylko śląskie nominacje. Ta nagroda to coś więcej niż kilkadziesiąt procent głosów oddanych przez internautów, to sygnał, że skończyła się pewna epoka więc czas zacząć myśleć o mieście i jego zabytkach w inny sposób. Głos młodego pokolenia pokazujący jak powinna wyglądać rewitalizacja oraz ożywianie zapomnianych i zniszczonych zaułków. Szczególnie donośny, jeżeli porównamy wspomniane śląskie atrakcje z hipsterskim zaułkiem Łodzi.




W dawnej fabryce Ramischa dokonano tylko niezbędnych remontów, które pozwoliły na otwarcie poszczególnych lokali usługowych i restauracji. Nikt nie wypiaskował ceglanej elewacji, nie wymienił starych okien na ślusarki PCV, nie wyłożył najtańszą kostką podwórek. Receptą na sukces okazali się ludzie, a nie miliony złotych wpompowane w beton, styropian i bruk. Tego nie wymyśliły znudzone kobiety w niemodnych garsonkach, o charakterze tego miejsca nie decydowali podstarzali politycy. OFF Piotrkowska to miejsce wykreowane przez pasjonatów i wizjonerów, stworzone dla ludzi a nie dla wyborców.


To takie proste ale i takie trudne dla śląskich samorządowców, którym wciąż się wydaje że budowa stadionów, gigantycznych hal, malowanie elewacji i brukowanie kolejnych placów coś zmieni. Tymczasem po pustych salach Muzeum Śląskiego oraz Lubiąża hula wiatr... Cały Śląsk, od Nysy Łużyckiej po Beskidy, wciąż tkwi w epoce styropianu pastelowego, kwitnącej pod czujnym okiem betonowych polityków i czeka na cud.

10/06/2014

Muzeum jak za dawnych lat

Muzeum Sprzętu Gospodarstwa Domowego w Ziębicach odstrasza swoją długą i niezbyt nośną marketingowo nazwą. Co takiego ciekawego może się kryć w jego murach ? Stare garnki, pralki, maszyny do szycia ? Takie pytania stawia sobie chyba każdy turysta stojący przed okazałym ratuszem, bijąc się z myślami czy jest sens wejść do środka.





Pierwsze wrażenie robi sama budowla dawnych władz miejskich, doskonale zachowana w najmniejszym detalu, co przy obecnych zapędach modernizacyjnych jest rzadkością. Najciekawsze kryje się jednak w ratuszowych salach, gdzie przetrwało w niemal niezmienionym stanie przedwojenne Heimatmuseum, wzbogacone o kolekcję sprzętów gospodarstwa domowego. Na Dolnym Śląsku, rozszabrowanym i zdemolowanym na niewyobrażalną skalę to jest unikat. Strat nie przyniosła II wojna światowa, a gdy pojawiły się w miasteczku polskie władze niemiecki kustosz przekazał im zbiory, które udostępniono publiczności ponownie w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Aby nie drażnić zwierzchników pokazywaniem "niemczyzny" w piastowskich Ziębicach nadano muzeum obecną nazwę i profil działalności co zaowocowało kolejnymi nabytkami związanymi z tematyką placówki. Nie byłoby tego wszystkiego bez światłych i rozsądnych ludzi, którzy uratowali zabytki przed zniszczeniem i szabrem, ludzi których zabrakło w innych miastach gdzie muzea regionalne świecą pustkami. 








Zachwyca trochę siermiężny i staroświecki wystrój, eksponaty w archaicznych gablotkach, poustawiane w każdym możliwym wolnym miejscu. Podziw wzbudzają stylizowane wnętrza pełne autentyzmu i oryginalnych pamiątek historycznych. Poza niezwykle bogatą kolekcją związaną z profilem placówki (min. największa w Europie kolekcja żelazek) nie brakuje akcentów regionalnych. To jest prawdziwe muzeum, jakie wielu z nas pamięta ze swojego dzieciństwa, gdzie ważna była treść a nie forma. Chociaż nie znajdziemy tutaj multimedialnych wydmuszek, obrazów największych mistrzów i złotych skarbów o wielkiej wartości materialnej, znajdziemy prawdziwy klimat muzeum i pasję ludzi którzy je stworzyli. W naszych czasach absolutna rzadkość.

10/05/2014

Orła cień

Ogromny piastowski orzeł dumnie spogląda ze szczytu miejskiego parku na strzeliste wieże starego miasta i sąsiadujące z nim wzgórza. Pojawił się w 1971 roku upamiętniając powrót piastowskich Ziębic do macierzy oraz tysiąclecie chrztu Polski, jakby chciał swoją wielkością rzucić cień i zakryć dawny niemiecki Münsterberg, wciąż mocno tkwiący w murach starych domów. Zaprojektowany przez Tadeusza Tellera, wykonany przez pracowników miejscowych zakładów Maszyn Ceramicznych i Kamionki jest największym ceramicznym Orłem w Europie, a może i na świecie. Wysoki na 8 metrów, ze skrzydłami rozpostartymi na 10 metrów, mimo swoich rozmiarów jest kompletnie zapomniany przez turystów przemierzających dolnośląskie szlaki. Nie kierują w to miejsce żadne drogowskazy, jakby miejscowe władze wstydziły się orła niosącego nikomu dzisiaj niepotrzebny ideologiczny ładunek. To pamiątka z przeciwległego bieguna, chociaż dorównująca gigantomanii Jezusa ze Świebodzina. Stoi samotnie na rozpadającym się coraz bardziej cokole w którym umieszczono ziemię pól bitewnych i czeka na ponowne odkrycie oraz bieżącą konserwację. To jeden z niewielu pomników, jakie pojawiły się na Dolnym Śląsku po II wojnie światowej, który powinien być w szczególny sposób chroniony i eksponowany. Rozpadająca się ciekawostka i pamiątka historyczna.







więcej na www.zabytkidolnegoslaska.com.pl
10/04/2014

Pionierzy Ziem Wyzyskanych

"Ziemie Odzyskane", nazywane także trafnie "wyzyskanymi", trafiły po 1945 roku pod administrację Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, która w modelowy sposób miała je zagospodarować i pokazać wrażym kapitalistom wyższość naszej cywilizacji i systemu socjalistycznego nad zgniłym imperializmem. Propaganda przedstawiała ten okres jako wielkie przedsięwzięcie polskich pionierów zakończone spektakularnym sukcesem. Wróciliśmy na odwiecznie piastowskie ziemie jako zwycięzcy.


Jak wyglądały te dni przedstawiają wspomnienia Jana Kurdwanowskiego, lekarza i żołnierza walczącego w Powstaniu Warszawskim zatytułowane "Jak wybrałem wolność na Zachodzie". W przeciwieństwie do ocenzurowanych i pisanych na zamówienie pamiętników z tego okresu, wspomniana publikacja powinna być lekturą obowiązkową dla każdego interesującego się powojenną historią Śląska. Poniżej wybrane (drastyczne) fragmenty pierwszych dni "zwycięstwa" w Legnicy.

(...)Po kilku dniach dotarliśmy do celu wyprawy, do Lignicy, którą dziś zwą Legnicą. U naszych stóp, trzydziestu pionierów z Kielc, Ostrowca i Starachowic, leżało miasto znane z podręczników historii. Tu przed siedmiuset laty Mongołowie pobili sprzymierzone wojska polskie i niemieckie. Miasto rozległe, bogate i bezludne. Czyste, niemal wymuskane. Z ludności Lignicy podobno pozostało siedmiuset Niemców zamkniętych za drutami, pracujących w elektrowni. Rzadko, nie każdego dnia, spotykało się na ulicy Niemca. Zawsze byli to mężczyźni w bardzo podeszłym wieku. Mijając nas, młokosów, zdejmowali kapelusz kłaniając się i pozdrawiali: „Guten Morgen, Guten Tag, Mahlzeit" lub inaczej w zależności od pory dnia. Czułem się odrobinę zaambarasowany. Nikt od nich nie wymagał, aby tak się upokarzali.(...)

(...)Miasto stało otworem... Można było wziąć w posiadanie mieszkanie, willę, kamienicę... Po lekarzu, po bankierze, po generale. Można było dom podpalić.(...)

(...)Niedostatek jedzenia kompensowała nieograniczona wolność. Nie było żadnej władzy. Nie obowiązywało żadne prawo poza moralnym. Nie było własności prywatnej zatruwającej stosunki pomiędzy ludźmi. Wszystko należało do wszystkich i do nikogo. Można było brać w posiadanie, nie odbierając innemu. Można było niszczyć, nie niszcząc cudzego.(...)

(...)Poszukiwanie żywności było koniecznością życiową coraz rzadziej uwieńczoną mizernym sukcesem. Za to szaber obfitował w niezapomniane przeżycia. To bogactwo - którego można było brać, ile się chciało, ale które miało wartość przysłowiowych diamentów na pustyni - wielu ludziom odbierało rozum. Podczas gdy ja i starachowiczanin już po dwóch czy trzech dniach wprowadziliśmy się na Raupachstrasse, większość pionierów, oszołomiona i oślepiona nieograniczonymi możliwościami, nie potrafiła znaleźć sobie miejsca zamieszkania. Nawet ja, choć z doktorskiej rodziny, chwilami traciłem zdrowy rozsądek na widok tych nagromadzonych przez wieki dóbr, a co dopiero ci biedacy z suteren i lepianek, którzy w życiu niewiele zaznali poza ciężką pracą i marnym zarobkiem. Ci „bezdomni" sypiali obok stołówki, a dniem chodzili, zwykle po kilku, od willi do willi, nie mogąc podjąć decyzji. Temu nie odpowiadało, że weranda wychodziła na północ; tamtemu, że fortepian był w nieodpowiednim kolorze; okna to za duże, to za małe; żyrandol nie przypadł do gustu; nie takie meble.

Czasem dwaj kumple chcieli zamieszkać obok siebie. Jednemu podobała się willa, drugi nie mógł znaleźć odpowiedniej w pobliżu, więc obaj szli dalej. Nasłuchałem się tych smutnych opowieści przy wieczornej miętówce. Zachodzili ci „bezdomni" do stołówki po całodziennych poszukiwaniach, utrudzeni, mając w nogach wiele kilometrów i pięter, w stanie pogłębiającej się frustracji. Byli i tacy, którzy znaleźli wymarzony dom, wprowadzili się, a potem znaleźli jeszcze bardziej wymarzony. A było w czym wybierać. W Lignicy mieszkało wielu emerytów, ludzi zamożnych, oficerów, przemysłowców. Do skromniejszych dzielnic nikt nie zachodził.

Szabrem mienia porzuconego zajmowali się chyba wszyscy, nie porzuconego nie było. Typowy szabrownik, z pustym workiem przerzuconym przez plecy, ruszał w drogę po porannej miętówce. Szedł od domu do domu wypatrując najwartościowszych i najlżejszych przedmiotów. Tym wymaganiom najlepiej odpowiadały dwa towary, czółenka do maszyn do szycia i skóra. Potem dopiero szły kryształy, srebro stołowe i cokolwiek, co wyglądało na srebro. Na widok fotela obciągniętego skórą, szabrownik sięgał po nóż, wycinał połeć skóry i wrzucał do worka. Wydawać by się mogło, że gdy worek wypełnił się, szabrownik powinien wrócić do domu. Wcale nie. Szedł dalej pomimo ciężaru na plecach z nadzieją, że trafi na coś jeszcze lepszego. I trafiał. Skóra na innym fotelu prezentowała się bardziej okazale, więc wycinał nowy połeć, wyrzucał poprzedni. I tak pełny worek zmieniał powoli swą zawartość.

Nigdy nie spotkałem tylu osób opukujących ściany w poszukiwaniu ukrytych skarbów. Czasem pruli podejrzane kanapy, materace, pierzyny. Ja sam nabrałem znacznej wprawy w opukiwaniu po prostu z ciekawości, nie wierząc, że cokolwiek znajdę. Sądzę, że ten staż przydał mi się w późniejszych studiach lekarskich.

Widywało się ludzkie ekskrementy w najbardziej nietypowych miejscach. Pośrodku łóżka na poduszce, w damskich kapeluszach, w cylindrach, w kryształowych wazonach. Bardziej cywilizowani wypróżniali się na podłogę. Wody na piętrach nie było, zaledwie sączyła się w piwnicach, więc chodzenie do ubikacji częściowo mijało się z celem. Wydawało mi się to i obrzydliwe, i zabawne.(..)

(...)Czasem w centrum miasta widziało się rekonwalescentów. Spacerowali zwykle grupami, co najmniej po dwóch. Oficjalnie w stroju szpitalnym - zwykle w białej koszuli i takichże kalesonach. Niekiedy dla zgrywy przywdziewali części cywilnej garderoby. Głowy ozdabiali cylindrami, melonikami, czapkami studenckich korporacji, tyrolskimi kapelusikami z piórkiem; na nogach bambosze z pomponami. Podobnie jak my przeszukiwali domy. Z wysokich pięter dla rozrywki wyrzucali przedmioty zbytku: klosze, kryształowe wazony, fajansowe nocniki, które uderzając o asfalt pryskały odłamkami. Leciały krzesła, fotele i co popadło. A gdy wypchnęli z balkonu stary klawikord, jaki to dźwięk ostatni wydał on w zetknięciu z ziemią!(...)

(...)Każdego dnia słupy dymu wznosiły się ku niebu. Coraz więcej kamienic płonęło. Nikt się tym nie przejmował - tyle ich było. Przeważała opinia, że to szabrownicy przez nieostrożność lub celowo wzniecali pożary, bądź też że to Rosjanie rekonwalescenci i cywile. Jeśli ktoś miał żyłkę podpalacza, mógł się wyżyć.(...)


więcej na stronie www.kurdwanowski.pl gdzie znajdziemy także pełny tekst książki do pobrania
10/03/2014

Rozstania i powroty

Szaber śląskich obiektów zabytkowych po II wojnie światowej jest tematem, który wciąż budzi ogromne emocje, zwłaszcza wtedy, gdy mamy do czynienia z "translokacją" zabytków na terenie całej Polski. We wpisie zatytułowanym Sztuka niczyja opisany był przypadek eksponowania zbiorów z dolnośląskich kościołów w toruńskim Muzeum Okręgowym, jednym z niewielu mających odpowiednie opisy pochodzenia eksponatów, za co należy się ogromna pochwała i uznanie. 


W Domu Eskenów, również będącym częścią Muzeum Okręgowego w Toruniu, możemy się zapoznać z wystawą czasową zatytułowaną "Dzieła sztuki rusznikarskiej ze zbiorów polskich". Tutaj po egzemplarzach dawnej broni legalnie wypożyczonych z wrocławskich muzeów pozostały jedynie puste miejsca na ścianie i odpowiednie opisy. 

W przypadku toruńskiego muzeum taki zwrot budzi mieszane uczucia a myśli wędrują ku wrocławskiej placówce. Co będzie gdy kiedyś swoje "depozyty" odbiorą warszawskie muzea, które "wypożyczyły" do niej ogromną ilość eksponatów nie będących wystawą czasową a istotnym elementem ekspozycji i najważniejszymi skarbami śląskiej sztuki (Muzeum wypożyczonych dzieł) ? 






Facebook