5/29/2011

Smutne losy dolnośląskich rezydencji

(...)Wspomniał pan o Rogowie Sobockim, omówię przeto rzecz na tym przykładzie. Ów zrujnowany dwór, należący do trzeciej klasy zabytków, stał pośrodku zabudowań PGR i - prawdę mówiąc - był zawalidrogą. Dyrekcja gospodarstwa cierpliwie zabiegała o rozbiórkę: w niezabezpieczonych piwnicach buszowała dzieciarnia, w każdej chwili mogło się zdarzyć nieszczęście. Ministerstwo Kultury nie godziło się na rozbiórkę, poleciło zakonserwować obiekt jako "trwałą ruinę". Trwałe ruiny mają to do siebie, że - o ile brak stałego dozoru - stają się ruinami coraz mniej trwałymi. Po namysłach zapadło postanowienie, że z obiektu zachowa się tylko fragmenty: portal, fosę, trochę muru. Ale spółdzielnia, która przyjechała realizować roboty, posłużyła się dynamitem... Gdy przybyłem interweniować, właściwie nie było już nic do ratowania, traktory plantowały teren. Oczywiście, stała się szkoda społeczna. Oczywiście mogłem wzywać prokuratora. Lecz nie zawsze, moim zdaniem, konserwator musi o może trzymać się sztywno zasad, dla których ochrony jest powołany. Stwierdziłem na miejscu, że ludzie odetchnęli z ulgą, gdy przepadło tamto "straszydło". Stwierdziłem też, że ci ludzie mieszkają w warunkach fatalnych. Proszę sobie wyobrazić, że czas się cofa: do Rogowa jedzie ekipa remontowa i na oczach ludzi, żyjących w ruderach, zabezpiecza kosztem iluś tam set tysięcy złotych, rozpadające się mury. Mury, których i tak już nic - na długą metę - nie ocali, które nie będą nigdy najmniejszą choćby ciekawostką turystyczną, które zarazem utrudniają pracę gospodarstwa i rozdrażniają ludzi. Niech pan teraz zważy racje konserwatorskie i zwykłe racje życiowe - i wyda sprawiedliwy wyrok.(...)



Te słowa konserwatora zabytków pochodzą z książki "Losy rezydencji dolnośląskich w latach 1945-1991, autorstwa Romualda Łuczyńskiego, która niedawno pojawiła się w księgarniach. Dotyczą renesansowego dworu w Rogowie Sobockim, otoczonego fosą, po którym nie pozostał żaden ślad, a gruzy budowli posłużyły do zasypania samej fosy. Przykład jeden z wielu, jakie zostały poruszone w książce, będącej pierwszym tego typu opracowaniem na temat dolnośląskich dworów, pałaców i zamków.

5/11/2011

Pałac Kornów w Siedlimowicach

Pewnego dnia pod pałac podjechał samochód. Nic nadzwyczajnego, bo przecież ruiny pałacu są atrakcją turystyczną, co prawda rzadko, ale jednak odwiedzaną przez turystów. Ludzie wyszli i zniknęli wśród zarośli, można przypuszczać, że jak wielu innych poszli zwiedzać zabytek. Wieczorem przy ogrodzeniu odnaleziono rzeźby z pałacowego parku. Czekały ułożone, aż ktoś je stamtąd zabierze. Przetransportowano je za pomocą wózka w czasie "zwiedzania". Innym razem ktoś pokusił się na bogato zdobiony szczyt pałacowy. Niestety runął i roztrzaskał się w wąwozie poniżej pałacu. Przed fasadą leży do dzisiaj rzeźbiona muszla, która jest jedynym świadkiem tamtego wydarzenia. Pewnego razu postanowiono zdemontować portal, ale zrobiono to w kompletnie amatorski sposób i jego część została zniszczona. Kamienne lwy leżące przed wejściem zostały już dawno temu zabrane w okolice Bogatyni do ozdoby tamtejszego parku lub biurowca elektrowni. Być może ktoś z Was je widział ? Zabudowania gospodarcze, które jeszcze nie tak dawno były w dość dobrym stanie spłonęły pewnej nocy doszczętnie i dzisiaj wita nas morze ruin. To niedaleka historia i teraźniejszość pałacu w Siedlimowicach. W zasadzie nic nadzwyczajnego, bo takie rzeczy zdarzają się wszędzie, ale każda z nich szokuje i boli tak samo.


W miejscu dzisiejszego pałacu stał w XVI wieku dwór. W XIX wieku posiadłość nabyła rodzina Kornów z Wrocławia i oni w latach 1873-1875 przebudowali dwór na pałac w stylu neorenesansowym. Była to dość znana i zasłużona dla naszego kraju rodzina, co rzadkie na terenach Dolnego Śląska w tym okresie. W XVIII wieku Kornowie założyli we Wrocławiu wydawnictwo, które specjalizowało się w publikacjach dla Europy Wschodniej, a przede wszystkim Polski. Wydawali polskie podręczniki i uruchomili składy księgarskie w Warszawie, Poznaniu i we Lwowie. Dostarczali książki min. Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu i Uniwersytetowi Wileńskiemu. Ich sentencja "CANDIDE ET CAUTE" znajduje się w portalu pałacowym, a oznacza w tłumaczeniu: Zacnie i Przezornie. Nowi gospodarze ich majątku po II wojnie światowej nie zamierzali zacnie i przezornie postępować z pałacem, który w zasadzie przetrwał bez większych zniszczeń. Był przez jakiś czas użytkowany, ale stopniowo niszczał. Okoliczni mieszkańcy zaczęli demontować drewniane stropy i dach, a reszta poszła już szybko. Dzisiaj stoją już tylko ściany nośne, ale nie wszystkie bo spora część zabytku legła w gruzach. Szkoda, że tak pięknie położony obiekt nie ma szczęścia do właścicieli i nikt nie chce go chociaż zagospodarować. Mieszkający w pobliżu mieszkańcy są życzliwie nastawieni do turystów więc warto podjechać i zobaczyć jak wiele jeszcze zostało z pięknej niegdyś rezydencji wrocławskich wydawców, którzy chlubnie zapisali się także w historii naszego kraju.

 

5/08/2011

Najmniej znany zabytek z listy UNESCO

Park Mużakowski jest najmniej znanym polskim zabytkiem na liście UNESCO. Być może wpływ na to ma fakt, że dzielimy go wspólnie z Niemcami, może peryferyjne położenie, lub po prostu mało spektakularny rodzaj zabytku jakim jest park. Nic bardziej mylnego.



Założył go  książę Hermann von Pückler-Muskau w 1815 roku, a prace trwały aż do 1845 roku. Nadzorował je Eduard Petzold. Ze względów finansowych nie udało się zrealizować wszystkich elementów zaplanowanych przez twórców. W 1864 roku właścicielem parku został książę Fryderyk Niderlandzki, który wraz z Petzoldem kontynuował prace. W 1945 roku założenie zostało podzielone granicą państwową, a część budowli zniszczona podczas działań wojennych. W 1989 roku podpisano międzynarodową umowę w sprawie rekonstrukcji i ochrony parku. W 2004 roku został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.


Park jest rzeczywiście niezwykły. Po polskiej stronie znajdują się dwie trzecie jego obszaru i ma charakter naturalistyczny, gdzieniegdzie urozmaicony budowlami parkowymi. Po stronie niemieckiej znajduje się ogromny Nowy Zamek, nieco mniejszy Stary Zamek oraz stajnie, zabudowania gospodarcze i wiele innych budowli. Wszystkie wyremontowane i zagospodarowane. Ta część to ogród uporządkowany w przenośni i dosłownie. Rzuca się w oczy różnica w dbałości o turystów. Przejażdżki rowerowe, konne, bryczką, restauracje, kawiarnie, muzeum, oblegane przez odwiedzających z obu krajów. Po polskiej stronie żadnych drogowskazów do parku, dziki parking wśród wątpliwej jakości zabudowy jednorodzinnej i informacja turystyczna w drewnianej budzie - w majowy weekend zamknięta. Na szczęście są mapy parku, ale o drogowskazach do poszczególnych miejsc nie ma mowy. W drodze do Łęknicy widać, że miasto żyje z zupełnie innej działalności. Pobocza oblegają panie lekkich obyczajów, a im bliżej centrum, tym więcej budek z papierosami i straganów. Wszystko obskurne i tymczasowe. Park jest gdzieś na uboczu tego wszystkiego. To także obraz naszej narodowej mentalności i braku poszanowania dla historii. Liczy się dzień dzisiejszy i zysk, a nie walory estetyczne, czy dbałość o otoczenie. Po tych wszystkich narzekaniach trzeba jednak wejść do polskiej części parku, żeby zostawić za sobą cały ten chaos i podziwiać otaczające nas piękno przyrody, którą ujarzmiła kiedyś romantyczna wyobraźnia księcia von Pücklera .

Historia w nieprzyjemnym zapachu

Pałac w Brzezince to zabytek wyjątkowy ze względu na swoją historię i walory artystyczne. Doceniany w naukowych publikacjach, ale jednocześnie systematycznie niszczony i dewastowany. Budowę pałacu rozpoczęli w 1725 roku bracia von Kospoth, którzy nie doczekali końca prac. Projektantem był Blasius Peintner, nadworny architekt biskupa wrocławskiego, który był również budowniczym gmachu Uniwersytetu Wrocławskiego. Wnętrza tworzył Albrecht Seigwitz, autor rzeźb w bazylice św. Elżbiety we Wrocławiu i na tamtejszym uniwersytecie. Kamieniarkę wykonywał Johann Adam Karinger, autor fontanny Neptuna na wrocławskim Nowym Targu, a prace sztukatorskie przeprowadzili mistrzowie włoscy. Flandryjski malarz, Franz de Backer zadbał o wystrój malarski rezydencji. Najbardziej reprezentacyjnymi salami były sala balowa i myśliwska ulokowane od strony ogrodowej. Na starych fotografiach do dzisiaj robią wrażenie swoim rozmachem, którego resztki możemy oglądać w zrujnowanych pomieszczeniach.
Za pałacem rozciągał się park zakomponowany na osi, udekorowany licznymi rzeźbami i elementami małej architektury. Należał do najciekawszych przykładów sztuki ogrodowej XVIII wieku.
Kres świetności przyszedł w 1945 roku. Opuszczony pałac był stopniowo rozkradany i dewastowany. W 1949 roku w Brzezince pojawił się Tadeusz Zeleny - wojewódzki referent muzeów, który na miejscu zinwentaryzował 23 posągi kamienne w 14 dekoracyjnych wazonów. W 1950 roku zostały one przewiezione do Warszawy (22 sztuki) i ustawione na tarasach pałacu w Wilanowie, gdzie znajdują się do dzisiaj. W 1957 roku pałac częściowo wyremontowano poprzez zabezpieczenie dachu i zamurowanie otworów. Na początku lat 60-tych zabezpieczono i zakonserwowano plafony we wnętrzu pałacu. W 1973 roku ponownie remontowano dach i zabezpieczano otwory, ze względu na postępującą dewastację. Planowano zagospodarowanie pałacu na archiwum i dom pracy terenowej Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. W reprezentacyjnych salach planowane były wystawy. Z planów nic nie wyszło, a w latach 90-tych obiekt sprzedano prywatnemu właścicielowi, Juliuszowi Sytemu. Właściciel energicznie przystąpił do prac remontowych. Wymienione zostały stropy i w zasadzie tyle... Plany miał ogromne, skontaktował się nawet z przedwojennymi właścicielami, zapowiadał powrót posągów z Wilanowa do Brzezinki. Wyszło jak zwykle, a może nawet gorzej.
 Nie tak dawno w pałacu runął dach niszcząc nowe stropy aż do parteru. Na ścianach wciąż widać resztki dekoracji sztukatorskiej, która kontrastuje ze wspomnianymi stropami prefabrykowanymi dając surrealistyczny efekt. Częściowo wyremontowany pałac jest dzisiaj opuszczony i ogólnodostępny dla każdego, co widać na miejscu. W kominkach palone są ogniska, w kącie leżą resztki dekoracji zwalone na kupę, a wandale nie odpuszczają i prawdopodobnie to nie koniec. Resztki dachu zwisają niebezpiecznie, stwarzając realne zagrożenie dla każdego przebywającego w murach pałacu. Turyści muszą kierować się jedynie swoją wyobraźnią, bo brak jakichkolwiek zabezpieczeń, czy tablic ostrzegawczych. Wystarczy kilka cegieł do zamurowania otworów, tak jak robiono to kiedyś i zrzucenie zniszczonego dachu, który dzisiaj już niczego nie zabezpiecza. Tylko kto to ma zrobić ? Czy czekamy aż stanie się nieszczęście i wtedy ktoś zacznie działać ?
Właściciel chyba nie interesuje się swoją własnością, a pozostawienie pałacu w takim stanie, w jakim jest dzisiaj trzeba przyjąć za zniszczenie zabytku. Zarwany dach i prefabrykowane stropy z wprowadzonymi ceglanymi ściankami działowymi praktycznie zatarły dawny urok tego miejsca. Tylko sztukaterie i elementy kamieniarskie świadczą o tym, że mamy do czynienia z czymś cennym. W sąsiednim parku już nieliczne rośliny wśród gąszczu chwastów przypominają o jego rodowodzie. Brzezinkę każdy zna, wielu opisuje, każdy docenia, ale nie ma to żadnego przełożenia na rzeczywistość. Po tym miejscu pozostały już chyba tylko wspomnienia.
Dojeżdżając do Brzezinki już wiele kilometrów przed wsią czuć sprawcę tego, że wszystko wygląda jak wygląda. Intensywna woń obornika pochodząca z pobliskiego gospodarstwa zapewne zabija wszelką inicjatywę. Ciężko wierzyć, że pałac w tych warunkach kiedykolwiek będzie odbudowany.

5/04/2011

Dwór w Piotrowicach Świdnickich remontowany

Charakterystyczny dwór w Piotrowicach Świdnickich w okresie powojennym nie miał szczęścia, jak wiele innych zabytków w regionie. Długi czas stał opuszczony i niszczał. W 2002 roku skradziono renesansowy portal główny, a po zabudowaniach gospodarczych, które były nierozerwalnie związane z dworem, pozostały jedynie ściany zewnętrzne.

Obiekt powstał w XVI wieku jako założenie obronne zbudowane przez Jacoba von Zedlitza. W 1600 roku wszedł w skład wielkiego majątku z siedzibą w Łażanach i całość w 1622 roku została przejęta przez ród Nossitzów. Po wojnie 30-letniej właściciele przenieśli się do Łażan, a dwór w Piotrowicach w XVII wieku został przebudowany. W XVIII wieku wieś z dworem przejął hrabia von Burghauss, za czasów którego przeżywała swój rozkwit. W XIX wieku w pobliżu dworu powstał szpital dla biednych, a w 1894 roku został on ponownie przebudowany. Częściowo uszkodzony w 1945 roku budynek przejęły Jaroszowskie Zakłady Materiałów Ogniotrwałych, a po nich miejscowy PGR. Mimo prac zabezpieczających dwór stopniowo zamieniał się w ruinę.


Budynek od jakiegoś czasu posiadał prywatnego właściciela, ale w dalszym ciągu nie poprawiał się jego stan. W ostatnim czasie wiele się zmieniło. Wycięto krzaki i drzewa, wyczyszczono fosę, uporządkowano jego otoczenie. Na jednej z narożnych wież pojawiło się nowe pokrycie z blachy, na dziedzińcu folwarcznym widać spory ruch i trwają kolejne prace. Wygląda na to, że ten ciekawy zabytek w końcu odzyska dawną świetność.