10/04/2014

Pionierzy Ziem Wyzyskanych

"Ziemie Odzyskane", nazywane także trafnie "wyzyskanymi", trafiły po 1945 roku pod administrację Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, która w modelowy sposób miała je zagospodarować i pokazać wrażym kapitalistom wyższość naszej cywilizacji i systemu socjalistycznego nad zgniłym imperializmem. Propaganda przedstawiała ten okres jako wielkie przedsięwzięcie polskich pionierów zakończone spektakularnym sukcesem. Wróciliśmy na odwiecznie piastowskie ziemie jako zwycięzcy.


Jak wyglądały te dni przedstawiają wspomnienia Jana Kurdwanowskiego, lekarza i żołnierza walczącego w Powstaniu Warszawskim zatytułowane "Jak wybrałem wolność na Zachodzie". W przeciwieństwie do ocenzurowanych i pisanych na zamówienie pamiętników z tego okresu, wspomniana publikacja powinna być lekturą obowiązkową dla każdego interesującego się powojenną historią Śląska. Poniżej wybrane (drastyczne) fragmenty pierwszych dni "zwycięstwa" w Legnicy.

(...)Po kilku dniach dotarliśmy do celu wyprawy, do Lignicy, którą dziś zwą Legnicą. U naszych stóp, trzydziestu pionierów z Kielc, Ostrowca i Starachowic, leżało miasto znane z podręczników historii. Tu przed siedmiuset laty Mongołowie pobili sprzymierzone wojska polskie i niemieckie. Miasto rozległe, bogate i bezludne. Czyste, niemal wymuskane. Z ludności Lignicy podobno pozostało siedmiuset Niemców zamkniętych za drutami, pracujących w elektrowni. Rzadko, nie każdego dnia, spotykało się na ulicy Niemca. Zawsze byli to mężczyźni w bardzo podeszłym wieku. Mijając nas, młokosów, zdejmowali kapelusz kłaniając się i pozdrawiali: „Guten Morgen, Guten Tag, Mahlzeit" lub inaczej w zależności od pory dnia. Czułem się odrobinę zaambarasowany. Nikt od nich nie wymagał, aby tak się upokarzali.(...)

(...)Miasto stało otworem... Można było wziąć w posiadanie mieszkanie, willę, kamienicę... Po lekarzu, po bankierze, po generale. Można było dom podpalić.(...)

(...)Niedostatek jedzenia kompensowała nieograniczona wolność. Nie było żadnej władzy. Nie obowiązywało żadne prawo poza moralnym. Nie było własności prywatnej zatruwającej stosunki pomiędzy ludźmi. Wszystko należało do wszystkich i do nikogo. Można było brać w posiadanie, nie odbierając innemu. Można było niszczyć, nie niszcząc cudzego.(...)

(...)Poszukiwanie żywności było koniecznością życiową coraz rzadziej uwieńczoną mizernym sukcesem. Za to szaber obfitował w niezapomniane przeżycia. To bogactwo - którego można było brać, ile się chciało, ale które miało wartość przysłowiowych diamentów na pustyni - wielu ludziom odbierało rozum. Podczas gdy ja i starachowiczanin już po dwóch czy trzech dniach wprowadziliśmy się na Raupachstrasse, większość pionierów, oszołomiona i oślepiona nieograniczonymi możliwościami, nie potrafiła znaleźć sobie miejsca zamieszkania. Nawet ja, choć z doktorskiej rodziny, chwilami traciłem zdrowy rozsądek na widok tych nagromadzonych przez wieki dóbr, a co dopiero ci biedacy z suteren i lepianek, którzy w życiu niewiele zaznali poza ciężką pracą i marnym zarobkiem. Ci „bezdomni" sypiali obok stołówki, a dniem chodzili, zwykle po kilku, od willi do willi, nie mogąc podjąć decyzji. Temu nie odpowiadało, że weranda wychodziła na północ; tamtemu, że fortepian był w nieodpowiednim kolorze; okna to za duże, to za małe; żyrandol nie przypadł do gustu; nie takie meble.

Czasem dwaj kumple chcieli zamieszkać obok siebie. Jednemu podobała się willa, drugi nie mógł znaleźć odpowiedniej w pobliżu, więc obaj szli dalej. Nasłuchałem się tych smutnych opowieści przy wieczornej miętówce. Zachodzili ci „bezdomni" do stołówki po całodziennych poszukiwaniach, utrudzeni, mając w nogach wiele kilometrów i pięter, w stanie pogłębiającej się frustracji. Byli i tacy, którzy znaleźli wymarzony dom, wprowadzili się, a potem znaleźli jeszcze bardziej wymarzony. A było w czym wybierać. W Lignicy mieszkało wielu emerytów, ludzi zamożnych, oficerów, przemysłowców. Do skromniejszych dzielnic nikt nie zachodził.

Szabrem mienia porzuconego zajmowali się chyba wszyscy, nie porzuconego nie było. Typowy szabrownik, z pustym workiem przerzuconym przez plecy, ruszał w drogę po porannej miętówce. Szedł od domu do domu wypatrując najwartościowszych i najlżejszych przedmiotów. Tym wymaganiom najlepiej odpowiadały dwa towary, czółenka do maszyn do szycia i skóra. Potem dopiero szły kryształy, srebro stołowe i cokolwiek, co wyglądało na srebro. Na widok fotela obciągniętego skórą, szabrownik sięgał po nóż, wycinał połeć skóry i wrzucał do worka. Wydawać by się mogło, że gdy worek wypełnił się, szabrownik powinien wrócić do domu. Wcale nie. Szedł dalej pomimo ciężaru na plecach z nadzieją, że trafi na coś jeszcze lepszego. I trafiał. Skóra na innym fotelu prezentowała się bardziej okazale, więc wycinał nowy połeć, wyrzucał poprzedni. I tak pełny worek zmieniał powoli swą zawartość.

Nigdy nie spotkałem tylu osób opukujących ściany w poszukiwaniu ukrytych skarbów. Czasem pruli podejrzane kanapy, materace, pierzyny. Ja sam nabrałem znacznej wprawy w opukiwaniu po prostu z ciekawości, nie wierząc, że cokolwiek znajdę. Sądzę, że ten staż przydał mi się w późniejszych studiach lekarskich.

Widywało się ludzkie ekskrementy w najbardziej nietypowych miejscach. Pośrodku łóżka na poduszce, w damskich kapeluszach, w cylindrach, w kryształowych wazonach. Bardziej cywilizowani wypróżniali się na podłogę. Wody na piętrach nie było, zaledwie sączyła się w piwnicach, więc chodzenie do ubikacji częściowo mijało się z celem. Wydawało mi się to i obrzydliwe, i zabawne.(..)

(...)Czasem w centrum miasta widziało się rekonwalescentów. Spacerowali zwykle grupami, co najmniej po dwóch. Oficjalnie w stroju szpitalnym - zwykle w białej koszuli i takichże kalesonach. Niekiedy dla zgrywy przywdziewali części cywilnej garderoby. Głowy ozdabiali cylindrami, melonikami, czapkami studenckich korporacji, tyrolskimi kapelusikami z piórkiem; na nogach bambosze z pomponami. Podobnie jak my przeszukiwali domy. Z wysokich pięter dla rozrywki wyrzucali przedmioty zbytku: klosze, kryształowe wazony, fajansowe nocniki, które uderzając o asfalt pryskały odłamkami. Leciały krzesła, fotele i co popadło. A gdy wypchnęli z balkonu stary klawikord, jaki to dźwięk ostatni wydał on w zetknięciu z ziemią!(...)

(...)Każdego dnia słupy dymu wznosiły się ku niebu. Coraz więcej kamienic płonęło. Nikt się tym nie przejmował - tyle ich było. Przeważała opinia, że to szabrownicy przez nieostrożność lub celowo wzniecali pożary, bądź też że to Rosjanie rekonwalescenci i cywile. Jeśli ktoś miał żyłkę podpalacza, mógł się wyżyć.(...)


więcej na stronie www.kurdwanowski.pl gdzie znajdziemy także pełny tekst książki do pobrania

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Administrator strony nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.