4/01/2012

44 tiry dziedzictwa niczyjego

Na łamach tego bloga było ostatnio sporo na temat tożsamości, dziedzictwa kulturalnego Śląska, zasadności postrzegania tej spuścizny jako czegoś swojego. Było o roli "Warszawy" w pojęciu tego słowa jako synonimu polityków oraz ludzi biznesu, a nie miasta i jego mieszkańców, w marginalizowaniu i jednoczesnym niszczeniu dóbr kultury w całym kraju przez wydawanie naszych wspólnych pieniędzy na inwestycje w stolicy. Tam powstają współczesne "piramidy" za setki milionów na cześć i chwałę ich fundatorów, którzy już dawno zapomnieli że w dużej mierze wywodzą się z prowincji. Była też mowa o tym że z pieniędzy zarobionych z wydobycie śląskiej miedzi sfinansowana zostanie częściowo renowacja warszawskich Łazienek. Gdy znajdziemy się w tym miejscu ponownie musimy zastanowić się nad dolnośląskim dziedzictwem. Za sprawą dyrektora tej instytucji - Tadeusza Zielniewicza.

Jak donosi niezależna.pl:


Tadeusz Zielniewicz - historyk sztuki i konserwator zabytków architektury, były instruktor ds. kultury w Komitecie Wojewódzkim PZPR w Lublinie. W latach 90. został generalnym konserwatorem zabytków. Z tego stanowiska odszedł w atmosferze skandalu – w 1995 r. zezwolił, mimo głośnych protestów, na wykreślenie z rejestru zabytków pięknej willi „Brzozy” przy ulicy Batorego w podwarszawskim Konstancinie. Dzięki tej kontrowersyjnej decyzji właścicielka „Brzóz”, milionerka Iwona Büchner (prezes m.in. domu aukcyjnego Pol-Swiss Art), kilkanaście miesięcy później wyburzyła budynek i postawiła w tym miejscu „nowocześniejszą” rezydencję. Krótko przed rezygnacją ze stanowiska generalnego konserwatora zabytków Tadeusz Zielniewicz wydał zezwolenie na wywóz do Niemiec kilkuset XIX-wiecznych wyrobów kamiennych, zabranych z parków i dworków Dolnego Śląska. 44 tiry z cennymi zabytkowymi dekoracjami zatrzymano w ostatniej chwili na przejściu granicznym w Olszynie. Zawartość ciężarówek – jak się okazało – miała trafić w ręce prywatnego niemieckiego obywatela, gdyż – jak oficjalnie tłumaczyli urzędnicy Zielniewicza – były to „wyroby niemieckie”, których „wywóz nie spowoduje uszczerbku dla kultury narodowej”. Niedługo po tym, jak ówczesny wiceminister kultury Tadeusz Polak nazwał tę operację „skandalem i grabieżą”, a prasa zainteresowała się wykreśleniem z rejestru zabytków willi „Brzozy” – Zielniewicz podał się do dymisji i podjął pracę jako doradca w Polskiej Radzie Biznesu, założonej przez kilkunastu najbogatszych polskich przedsiębiorców, w tym Jana Wejcherta oraz Piotra Büchnera, męża Iwony Büchner.

Ile zabytków zmieści się w 44 tirach ? Ile się zmieści chociażby w 14 ? Akcja sprzed kilkunastu lat jest porażającym przykładem arogancji władzy, niewiedzy, ignorancji oraz zwyczajnym okradaniem społeczeństwa.  Jaki był dalszy ciąg ? Co się stało z zawartością tirów ? Tego do dzisiaj nie wie nikt. Być może wyjechały za Odrę tak jak to było wcześniej ustalone. Zabytki na pewno nie wróciły na swoje miejsce i dzisiaj nikt nie jest w stanie powiedzieć co tak naprawdę znajdowało się w tym transporcie. Trzeba tylko pamiętać że w latach 90-tych nastąpiła fala kradzieży w obiektach zabytkowych na terenie Dolnego Śląska, której skutki widać do dzisiaj w postaci doszczętnie ograbionych z kamieniarki pałaców i dworów. Jak się okazuje - dzięki generalnemu konserwatorowi zabytków mogły wyjechać z kraju legalnie.

Jest on obecnie dyrektorem warszawskich Łazienek, a w ubiegłym roku (04.06.2011) z rąk prezydenta Bronisława Komorowskiego otrzymał Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski.

wiadomości pochodzą z:


4 komentarze:

  1. "Gdy przejmuje się zabytki kultury - można mówić tylko o depozycie. To, co należy do
    kultury jakiegoś narodu, pozostaje na zawsze jej dorobkiem i chlubą. Depozytariusz zaś bierze na siebie zarazem obowiązki. Po tym, czy je wypełnia, ocenia się jego kulturę; rozliczyć go z tego ma prawo Europa, gdyż i to, co stworzyli Niemcy, i to, co stworzyli Polacy-należy do wspólnej kultury europejskiej."
    prof. Jan Józef Lipski ("Depozyt. Niemieckie dziedzictwo kulturowe w Polsce" w: Gazeta Wyborcza , 01.03.1990 r.)

    OdpowiedzUsuń
  2. "Było o roli "Warszawy" w pojęciu tego słowa jako synonimu polityków oraz ludzi biznesu, a nie miasta i jego mieszkańców"

    Bardzo bym jednak prosił o nazywanie polityków i ludzi biznesu "politykami i ludźmi biznesu", bo nawet jeśli stosuje się taki skrót myślowy "Warszawa", to nie każdy to rozumie i w umysłach wielu ludzi (którzy nie wiedzieć czemu nie rozróżniają miasta od urzędów centralnych w nim się mieszczących) Warszawa i jej mieszkańcy są winni całemu złu dziejącemu się w Polsce co najmniej od 1945, a może i od 1596. Widzę, że Ty to zauważasz, ale wielu nie.

    Z Zielniewiczem, jeśli to prawda, to niezła granda.

    OdpowiedzUsuń
  3. Warszawa i jej mieszkańcy NIE są winni całemu złu dziejącemu się w Polsce co najmniej od 1945, a może i od 1596.

    Obwinianie mieszkańców stolicy o całe zło jest absurdem! Warszawiakom szczerze współczuję, że w ich mieście panoszą się przyjezdni z całej Polski oraz politycy robiący na ulicach igrzyska, a ich miasto jest obwiniane wszystko co jest nie w porządku w tym kraju.

    Wielu Warszawiaków zamieszkało po 1945 roku właśnie na Dolnym Śląsku i tworzyło na tych ziemiach od nowa Polskę. To nie Warszawiacy niszczyli śląskie miasta, burzyli pałace, kradli co się dało, a poszło na ich konto. Jak zwykle, bo uproszczenia są najłatwiejsze i nawet ja czasem się daję ponieść jak sam zauważyłeś.

    Z ręką na sercu jednak przyznaję że "Warszawa" pisana w ten sposób lub "warszafka" nie ma nic wspólnego z Twoim miastem i jego mieszkańcami, a jest przyjętym w całym kraju synonimem pewnego modelu zachowań. Nie ja go stworzyłem i nie Warszawiacy...

    OdpowiedzUsuń
  4. Wiem - to chyba namocniejszy stereotyp "regionalny" w Polsce. Wielu ludzi wysysa niechęć do warszawiaków z mlekiem matki (są tak wychowywani) choć w życiu żadnego nie spotkali.

    OdpowiedzUsuń

Administrator strony nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.